piątek, 16 lutego 2018

PAPIEŻ, TO JEST FIRMA!

„Tylko papieża stopy całować mają wszyscy książęta. On sam tylko może używać insygniów cesarskich. Z obłożonymi przez niego klątwą nie wolno przebywać w jednym domu. Przez nikogo nie może być on [papież] sądzony. Kościół rzymski nigdy nie pobłądził i po wszystkie czasy, wedle świadectwa Pisma św., w żaden błąd nie popadnie. Biskup rzymski, jeśli kanonicznie został obrany, dzięki zasługom św. Piotra, niewątpliwie staje się świętym”.

Powyższy tekst jest fragmentem tzw. Dictatus Papae – dokumentu zawierającego 27 tez, których autorstwo jest przypisywane papieżowi Grzegorzowi VII. Został on sformułowany w 1075 roku i odnosił się do wzajemnych stosunków między władzą kościelną i świecką. W obliczu pojawiających się w nim, tak radykalnych, stwierdzeń nie trudno zrozumieć, że krytyka papiestwa jest szczególnie źle postrzegana przez katolików. Można by sobie zadać pytanie: Czy w ogóle można pisać krytycznie o papiestwie i papieżach? Już same tytuły papieskie budzą respekt: „namiestnik Jezusa Chrystusa”, „następca Księcia apostołów”, „najwyższy kapłan Kościoła powszechnego”. Czy zatem można podważać autorytet kogoś, kto określany się tak zaszczytnymi sformułowaniami?

„Brutalny język” Lutra. Papież Antychrystem? 

Paweł Lisicki w książce „Luter. Ciemna strona rewolucji” opisuje gniewną reakcję Lutra na treść bulli papieskiej Exsurge Domine. Papież Leon X, a właściwie papiescy teologowie, potępił pisma Lutra jako heretyckie: „potępiamy i odrzucamy całkowicie księgi i wszystkie pisma i kazania rzeczonego Marcina, czy to po łacinie czy w jakimkolwiek innym języku, zawierające rzeczone błędy bądź którykolwiek z tych błędów; i chcemy, aby je uważano za całkowicie potępione i odrzucone”.

W odpowiedzi na papieski dokument Luter napisał rozprawę „Przeciw wstrętnej bulli Antychrysta”. Ten tekst, dla Lisickiego, jest dowodem na to, że „Luter potrafił być skrajnie brutalny, wręcz wulgarny i nie liczył się z żadnym autorytetem”. Lisicki komentując rozprawę Lutra pisze w swojej książce, że „nie był to normalny tekst. To był wytrysk lawy, potężny ryk zranionego zwierzęcia. Papież okazuje się Antychrystem, Luter prorokiem broniącym świat przed złymi mocami. Wszystkie tamy puściły. Szydził, drwił, potępiał, szalał, wył i ciskał gromy”.

Dziś może nas dziwić język debaty i polemiki z czasów Reformacji. Ostry język polemiki na linii papiści-protestanci znany jest także z pism obrońców katolicyzmu. Naczelny szermierz kontrreformacji, jezuita Piotr Skarga, pisał: „A tą [wiarą], którą niedawno diabelski posłaniec i ślubów Bogu uczynionych gwałtownik, cielesny i rozpustny Luter przyniósł, a nie tylko jej cudami nie potwierdził, ale ją sprośnym żywotem pomazał, niech się słusznie brzydzą, bo nie jest to wiara Chrystusowa, ale tajemne i do pogaństwa wiodące bałwochwalstwo”. Ks. Skarga modlił się też przeciwko „zaraźliwym sektom”, czyli wpływom protestantyzmu: „Rozprosz, Panie Boże nasz, wszystkie zaraźliwe sekty (...) Ożywiaj, dobrotliwy Panie, pobożność katolicką, aby za czasów naszych i liczbą, i wysługą ludu się twego wiernego przyczyniało, a pobożność dobrych uczynków ich tę Rzeczpospolitą długo trzymała i od upadku broniła”.

Nazwanie przez Lutra papieża Antychrystem może budzić zdziwienie połączone z niedowierzaniem. Luter nie był jednak prekursorem takiego sformułowania.

Żyjący na przełomie XIII i XIV wieku franciszkański mnich Hubertyn z Casale był wielkim krytykiem Kościoła rzymskiego i papiestwa. Głosił w Perugii kazania wymierzone przeciwko papieżowi i uznał go za apokaliptyczną bestię, której symbolem jest 666. W podobnym tonie wypowiadali się John Wycliffe (1329 – 1384) i Jan Jus (1370-1415).

Faktem jest, że XVI-wieczni Reformatorzy, również polscy, postrzegali średniowieczną instytucję papiestwa jako źródło zła. Nadużycia władzy papieskiej były przedmiotem dysput i ostrych polemik. W pismach Lutra pojawiają się zjadliwe komentarze wobec papiestwa. Dla Lutra papież to „Antychryst, ten, który strzyże owce, oszukańczy nauczyciel Pisma, hipokryta, mistrz oszustwa i złodziejstwa, łajdak czy łapówkarz”. Nawet nasz Andrzej Frycz Modrzewski, czołowy polski myśliciel doby renesansu i przyjaciel króla Zygmunta II Augusta, pisał: „nie pozostaje nam nic innego, tylko to, abyśmy, narody chrześcijańskie, opuścili rzymskiego Antychrysta, razem z jego kliką”.

Negatywny obraz papiestwa ukazany jest także w znanym – alegorycznym – dziele Johna Bunyana (1628-1688) „Wędrówka Pielgrzyma”. Znajdują się tam taki opis: „Widziałem dalej w moim śnie, że w końcu doliny było miejsce, gdzie znajdowało się dużo krwi, kości i pokaleczonych zwłok pielgrzymów, którzy szli tą drogą kiedyś dawniej. Gdy się zastanawiałem, dlaczego tak się stało, spostrzegłem w małej odległości przede mną jaskinię, w której w dawnych czasach mieszkało dwóch wielkoludów: Papież i Poganin. To ich moc i okrucieństwo sprawiły, że mężowie, których szczątki tam się znajdowały, zostali w straszny sposób pomordowani. Ale Chrześcijanin przeszedł koło tego miejsca całkiem bezpiecznie, ku memu niemałemu zdziwieniu. Dopiero później dowiedziałem się, że Poganin od dłuższego czasu już nie żył, a jeśli chodzi o tego drugiego, to chociaż jeszcze żyje, jednak z powodu podeszłego wieku i wielu ciężkich ciosów, które odniósł w swej młodości, stał się taki słaby, takie już ma sztywne kości, że obecnie może zaledwie siedzieć u wejścia do swej jaskini, zgrzytać zębami na widok przechodzących pielgrzymów i ogryzać paznokcie z wściekłości, iż nie może ich zaatakować”.

Antychryst w Biblii i w polemice katolicko-protestanckiej. 

W tekście biblijnym słowo „antychryst” (ἀντίχριστος) pojawia się jedynie pięciokrotnie, w czterech wersetach Pierwszego i Drugiego Listu Jana (1 J 2,18.22; 4,3; 1 J 1,7). Słownik Jamesa Stronga („Grecko-polski słownik Stronga z lokalizacją słów i kodami Popowskiego”) tak tłumaczy znaczenie tego słowa: „ἀντίχριστος oznacza kogoś, kto podszywa się pod Chrystusa; kogoś, kto stawia się w jednym rzędzie z Chrystusem lub uzurpuje sobie prawo do takiej samej chwały, jaka należy się Chrystusowi”.

Czy nazywanie papieża Antychrystem było nadużyciem i przejawem jakiejś chorobliwej obsesji przedstawicieli Reformacji? Krytyka papiestwa, z protestanckiej perspektywy, jest czymś dopuszczalnym. Wszak nie istnieje taka instytucja Kościelna, której nie możemy oceniać w oparciu o tekst biblijny. Ocena i krytyka nauczania różnych wspólnot kościelnych, czy reprezentujących te wspólnoty osób, jest nie tylko domeną protestantów. Tomasz Terlikowski w artykule „Protestanci w służbie Antychrysta” pisze: „Są sytuacje, gdy trzeba nazywać rzeczy po imieniu. Tak jest, gdy wspólnoty chrześcijańskie decydują się przyjąć nauczanie absolutnie sprzeczne z Ewangelią”. Dochodzenie prawdy i szukanie odpowiedzi na pytanie o słuszność nauk i praktyk pojawiających się w obrębie tzw. świata chrześcijańskiego to nieodłączny elementy życia ludzi Kościoła od początku jego istnienia. Zawsze pojawia się wątpliwość, na ile jesteśmy kompetentni w naszych ocenach.

Moja refleksja 

Tak długo, jak będzie istniało chrześcijaństwo, będziemy obserwować spór i polemikę pomiędzy przedstawicielami różnych nurtów chrześcijaństwa. Nie da się ukryć, że istnieją różnice pomiędzy prawosławiem, katolicyzmem czy protestantyzmem. Czy są też elementy wspólne, które pozwalają nam mówić o sobie w kategoriach „my”? Oczywiście, że są. Osobiście nie jestem jakimś entuzjastą ekumenicznego łączenia się i pomijania w dyskusji różniących nas, chrześcijan różnych tradycji, kwestii. Wierzę jednak w biblijne braterstwo oparte na Chrystusie. Taki rodzaj braterstwa nie zna granic denominacyjnych. W swoim otoczeniu znajduję ludzi różnych tradycji Kościelnych, którzy byli i są dla mnie inspiracją i zachętą na drodze biblijnego uczniostwa. Mam swoich ulubionych autorów, tak katolickich i protestanckich, do których książek i nauczania często sięgam. Czytam katolickich teologów i egzegetów, cenię ich przenikliwość i mądrość. Z tradycją protestancką łączy mnie przywiązanie do tzw. Solas, które, mojej ocenie, stanowią dobry fundament dla chrześcijańskiego życia. Głupotą jest jednak nie dostrzec, że chrześcijaństwo ma dłużą tradycję od reformacyjnego dziedzictwa.

A co z papiestwem?

Rzymskie papiestwo to ciekawy temat do badania dla historyków. Już samo wskazanie pierwszego „właściwego” papieża jest przedmiotem dyskusji. Czy był nim Leon I Wielki (440-461), a może dopiero Grzegorz I Wielki (590-604)? Wszak nie jest tak, jak próbuje to narzucić narracja katolicka, że począwszy od św. Piotra, każdy kolejny biskup Kościoła w Rzymie był papieżem, któremu można przypisać prawo pierwszeństwa i wyższości nad biskupami innych miast. W pierwszych wiekach chrześcijaństwa Kościół rzymski (z biskupem Rzymu) istniał równolegle obok całej rzeszy Kościołów, w tym tych ulokowanych na terenie największych miastach cesarstwa: Antiochii, Efezie, Aleksandrii, Lyonie, Kartaginie, Konstantynopolu. Władza biskupa Rzymu nie rozciągała się na inne biskupstwa. E.E. Cairns w swojej historii Kościoła („Z chrześcijaństwem przez wieki. Historia Kościoła powszechnego”) zauważa: „We wczesnym Kościele biskupa Rzymu uważano za jednego z wielu biskupów, którzy byli sobie równi pod względem rangi, władzy i funkcji. Między rokiem 313 a 450 biskupa Rzymu zaczęto traktować jako pierwszego wśród równych. A co było potem? Oj, działo się… Kto lubi historię, ten z pewnością znajdzie w niej wiele ciekawych wątków dotyczących papiestwa.

Współczesny wizerunek papiestwa, za sprawą chociażby papieża Franciszka, jest nieco inny niż kilka (kilkanaście) wieków temu. Obecny papież, od początku swojego pontyfikatu, kreuje swój wizerunek jako prostego, dostępnego dla ludzi i stroniącego od przepychu człowieka. Mieszka w jednym z budynków znajdujących się w pobliżu Bazyliki św. Piotra, a nie w Pałacu Apostolskim. Po Watykanie porusza się pieszo lub volkswagenem, nie nosi nawet specjalnych – czerwonych, skórzanych i szytych na miarę – papieskich butów. Niezależnie od zmian wizerunkowych instytucja papieska wciąż pozostaje, dla katolików, tą szczególną i uosabiającą majestat wiary rzymskokatolickiej. Tymczasem dla wielu protestantów papiestwo postrzegane jest w kategoriach wypaczenia autorytetu w Kościele i jest przykładem nieuprawomocnionego, w świetle nauczania Jezusa i praktyki Kościoła apostolskiego, pożądania władzy, w tym tej politycznej. Skrajnym przykładem takiego nadużycia było przypisanie sobie przez Bonifacego VIII (1294-1303) prawa decydowania o zbawieniu ludzkim: „oznajmiamy, twierdzimy, określamy i ogłaszamy, że posłuszeństwo każdej istoty ludzkiej Biskupowi Rzymskiemu jest konieczne dla osiągnięcia zbawienia” („Unam Sanctam” – bulla papieża Bonifacego VIII z 18 listopada 1302 roku). Wydaje mi się, że dzisiejsze stanowisko Kościoła katolickiego jest jednak inne. Wszak takie stwierdzenie nie idzie w parze z biblijnym (nowotestamentowym) zrozumieniem zbawienia.

sobota, 10 lutego 2018

MOJA GÓRA JEST NAJLEPSZA

Wśród zapisów rozmów, przytoczonych na kartach Ewangelii Jana, pojawia się dialog Jezusa z Samarytanką. Miejscem spotkania jest „studnia Jakuba”, w okolicach miasteczka Sychem. W tym ewangelicznym opisie pojawia się dwukrotnie element zdziwienia. Zdziwiona jest kobieta, którą Jezus prosi o wodę. Zaskoczeni są też uczniowie, że ich Nauczyciel rozmawia z Samarytanką. Ten dialog nie mieścił się w standardach życia religijnego ówczesnych Żydów. Żydzi nie rozmawiali z Samarytanami. Relacje izraelsko-samarytańskie znaczyła niechęć i wrogość. Istniało powiedzenie: „Ten, kto je chleb Samarytan jest równy temu, który je wieprzowinę”. Na etniczną nienawiść nakładała się jeszcze kwestia obyczajowa. Rozmówcą Jezusa jest kobieta. W dodatku, jak możemy wnioskować, żyjąca w cudzołóstwie.

W trakcie rozmowy Jezus rozbudził ciekawość Samarytanki, skłonił ją do zastanowienia nad własną egzystencją i dokonywanymi wyborami. Wymiana zdań stała się też powodem refleksji nad religijnym życiem kobiety. Jej silne przekonania religijne zostały skonfrontowane ze słowami Jezusa: „Wy (Samarytanie) czcicie to, czego nie znacie…”. „Jak to? Przecież nasi ojcowie nauczyli nas czci dla Jedynego Boga”. W czasach kiedy, powracający z niewoli babilońskiej, Żydzi odbudowywali świątynię w Jerozolimie, Samarytanie wznieśli własną – która stanęła na górze Gerazim. Fakt zburzenia tej samarytańskiej świątyni, w II wieku przed Chrystusem, nie zakończył oddawania czci Bogu „na tej górze”, jak wyznała Samarytanka. Utrwalona wielopokoleniową tradycją wiara miała być czymś niewłaściwym? Nie możliwe! Czy tylko Żydzi mają wyłączność „na górę” – miejsce gdzie należy czcić Boga? Jezus przyznając pierwszeństwo Żydów w sprawach zbawienia: „zbawienie pochodzi od Żydów”, w trakcie rozmowy chce skierować religijne życie kobiety na właściwe tory. Mówi jej o Ojcu, który chce, aby „czcić Go w duchu i prawdzie”. Nie na tej, czy innej górze, ale „w duchu i prawdzie”.

Temat „ducha i prawdy” pojawia się na kartach Ewangelii Jana wielokrotnie. „Prawda stała się przez Jezusa”, napisał Jan. Jezus modlił się o swoich uczniów, aby Bóg „uświęcił ich w prawdzie”. Zbawiciel zadeklarował: „Ja jestem prawdą”. Człowiek jest w stanie czcić Boga „w duchu”, jeśli został „zrodzony z Ducha Bożego”.

Wygląda na to, że temat rozmowy Jezusa z Samarytanką jest zbieżny z tym, co Zbawiciel przekazywał Nikodemowi: „Musisz się na nowo narodzić”. Nie ma odpowiedniej góry, ani etnicznego pochodzenia, które stawiałyby człowieka w pozycji uprzywilejowanej przed Bogiem. Właściwa cześć dla Stwórcy, w której On ma upodobanie, wynika z faktu posiadania serca, które kocha Boga. Ten rodzaj czci nie zna barier geograficznych, narodowych, językowych, społecznych, wiekowych czy jakichkolwiek innych. Paweł napisał: „Wszyscy przecież dzięki wierze w Jezusa Chrystusa jesteście synami Bożymi. Wy zatem, którzy w Chrystusie zostaliście ochrzczeni, przyodzialiście się w Chrystusa. Nie ma już Żyda ani Greka, nie ma niewolnika ani wolnego, nie ma mężczyzny ani kobiety, ponieważ wszyscy jesteście jedno w Chrystusie Jezusie”.

Oddawanie czci Bogu, miłe Jemu i zgodne z Jego wolą, odbywa się przez Chrystusa i w Nim. Duchowe życie nie kryje się za pochodzeniem etnicznym, czy za szczególnie uświęconym miejscem tej czy innej góry. Nawet Żydzi, którzy mieli prawo chlubić się przepychem i wielkością, budowanej przez kilkadziesiąt lat, świątyni jerozolimskiej, usłyszeli z ust Jezusa: „Zburzcie tę świątynię, a Ja ją w trzy dni odbuduję”. A autor Ewangelii wyjaśnił, że „mówił o świątyni swego ciała”. On – umarły i zmartwychwstały Zbawiciel – jest miejscem spotkania z Bogiem. W Nim możemy czcić Boga i cieszyć się Jego upodobaniem.

Samarytanka musiała znaleźć odpowiedź na najważniejsze pytanie, przed jakim wciąż stają kolejne pokolenia ludzi „z każdego narodu, plemienia czy języka”: „Kim On jest?”. „Kim jest Ten, który ze mną rozmawia? Czy On jest Tym oczekiwanym Mesjaszem?”.

Istotą życia religijnego, które ma wartość w Bożych oczach, jest osobiste spotkanie z Jezusem. Jego śmierć i zmartwychwstanie stanowią fundament pobożności i czci okazywanej Bogu. W Nim dostępujemy przebaczenia grzechów, w Nim widzimy pełnię Bożej miłości, w Nim dostępujemy błogosławieństwa, w Nim zostajemy uniewinnieni, w Nim stajemy się „ożywieni przez wiarę pochodzącą z działania Boga”… Całe chrześcijańskie życie kryje się w tym prostym stwierdzeniu: „w Chrystusie”.

A co z górą, którą wskazali nasi ojcowie, jako miejsce czci dla Boga? Właściwie postawione pytanie brzmi: „Czy moje serce zostało ożywione przez Boga, aby Go kochać, szukać i zabiegać o Jego bliskość?” Czy doświadczyłem tego szczególnego spotkania z Jezusem, kiedy On zapewnił mnie o swoim wybraniu, mówiąc: „jesteś Mój!”?

Trwajmy w Nim i niech On trwa w nas!

środa, 31 stycznia 2018

UCZYŃMY SOBIE IMIĘ VS. NIECH SIĘ ŚWIĘCI JEGO IMIĘ!

„…niech się święci Twoje imię!” (Mt 6,9 BT)
„…uczyńmy sobie imię…” (Rdz 11,4 BG)

Dążenie do władzy (w tym tej autorytarnej) i pragnienie wielkości wpisuje się w historię człowieka i społeczeństw. Ludzkie pragnienie, aby być w centrum historii świata, wraz z dążeniem do usunięcia z kart dziejów Boga, było obecne przez wieki i dało się poznać za sprawą przeróżnych koncepcji i ideologii.

Autor biblijny tak opisuje pragnienia wyrażane przez ludzi przybyłych do krainy Szinear: „zbudujmy sobie miasto i wieżę, której szczyt sięgałby aż do nieba, i uczyńmy sobie imię, abyśmy nie rozproszyli się po całej ziemi!”. Biblijna opowieść, znana jako historia o „wieży Babel”, jest kolejną odsłoną degeneracji rasy ludzkiej. Począwszy od sceny upadku pierwszych ludzi – Adama i Ewy – narracja biblijna odkrywa przed czytelnikiem postępujące zepsucie człowieka. W opowieści o „wieży Babel” ujawnia się owoc szatańskiego zasiewu w sercach ludzi, wyrażonego słowami węża: „będziecie jak Bóg”. Diabeł zasiał w sercach pierwszych ludzi koncepcję wedle której to człowiek miał ustanawiać standardy „dobra i zła” i być w centrum historii. Taka koncepcja wyklucza Boży plan i zamysł, aby człowiek „stworzony na Boży obraz i podobieństwo” reprezentował Stwórcę wobec całego stworzenia i uznał Jego pierwszeństwo, władzę i autorytet. Bóg polecił: „napełniajcie ziemię”, tymczasem autor biblijny, w historii o mieście Babel, wkłada w usta ludzi słowa: „zbudujmy sobie miasto (…) abyśmy się nie rozproszyli po całej ziemi”. Ambicje budowniczych miasta i wieży stały w kontrze wobec planu Stwórcy, by całe stworzenie mogło doświadczyć Bożego panowania a „ziemia była pełna Jego chwały”.

W biblijnej opowieści o budowniczych z równiny babilońskiej (krainy Szinear) nie ma miejsca dla Boga. Pojawia się tam natomiast nieumiarkowane pragnienie posiadania władzy i chęć budowy imperium, którego znakiem rozpoznawczym byłaby „wieża z wierzchołkiem sięgającym nieba”. Wszystko miało opiewać chwałę budowniczych: „uczyńmy sobie imię”. My i tylko my.

Wskutek interwencji Boga budowla nie została dokończona. Stwórca położył kres ludzkiej pysze. Ludzie rozproszyli się „po całej powierzchni ziemi”, jednak nie wnieśli ze sobą pragnienia uwielbienia Boga. Świat napełnił się ludźmi, którzy „choć Boga poznali, nie oddali Mu czci jako Bogu ani Mu nie dziękowali, lecz znikczemnieli w swoich myślach i zaćmione zostało ich bezrozumne serce”.

Boży zamysł, aby Jego Imię było uczczone, wymagał odkupienia ludzkiej natury skażonej grzechem. Zbawienie – uwolnienie od egoistycznych pragnień stawiających człowieka w centrum historii i detronizacja ludzkiego „ego” domagającego się chwały i uwielbienia dla samego siebie – dokonało się na Krzyżu.

Prawdziwe piękno i wartość życia można odnaleźć w relacji z Chrystusem, który kieruje nas ku uwielbieniu Ojca: „niech się święci Twoje imię!”. O tym pięknie tak pisał amerykański teolog i kaznodzieja, Jonathan Edwards: „Moje serce pragnęło jednego: uniżyć się przed Bogiem w prochu i pyle, umniejszyć siebie, aby Bóg był dla mnie wszystkim, abym stał się jak małe dziecko”. Życie, którego celem jest Bóg, to spełnione życie.

„Nie nam, Panie nie nam, ale Imieniu swemu daj chwałę!”

poniedziałek, 29 stycznia 2018

BĄDŹCIE DOBREJ MYŚLI

Paweł z Tarsu i jego towarzysze podróży, będąc na statku płynącym do Rzymu, doświadczyli bardzo niesprzyjających okoliczności. Nie była to dobra pora na żeglugę. Paweł, świadomy zagrożenia, ostrzegał sternika i właściciela statku: „jeśli wyruszymy, będzie to ze szkodą i wielką stratą nie tylko dla ładunku i statku, ale również dla naszego życia”. Jego rady pozostały jednak bez echa. U wybrzeży Krety statek doświadczył niszczycielskiej siły wiatru zwanego eurakylon. Burza porwała statek, a siła narastającego sztormu odebrała podróżującym wszelką nadzieję. Szanse na ocalenie były równe zeru. W takich okolicznościach Paweł skierował do załogi i pasażerów statku słowa: „Bądźcie dobrej myśli”. Ta fraza pojawia się dwukrotnie w opisie tych dramatycznych wydarzeń przytoczonym przez Łukasza – autora Dziejów Apostolskich i współpracownika Pawła (Dz 27,21-25).

Czy Paweł był jakimś niepoprawnym optymistą? Czy było to takie „pozytywne i motywujące gadanie”? Słowa Pawła nie były odzwierciedleniem jego nad wyraz optymistycznego postrzegania rzeczywistości, ale były reakcją na zapewnienie, jakie otrzymał od Chrystusa: „Nie bój się, Pawle! Musisz stanąć przed cesarzem. Ponadto Bóg podarował ci wszystkich, którzy płyną z tobą”. Kiedy Paweł przekazywał obecnym na statku słowa: „Bądźcie dobrej myśli”, poparł je wyznaniem: „Wierzę bowiem Bogu, że będzie tak, jak mi powiedziano”.

Optymizm nie jest zły (jest raczej pożądaną postawą życiową, znacznie lepszą niż negatywne i pesymistyczne nastawienie), jednak nie daje on gwarancji na szczęśliwe zakończenie niesprzyjających okoliczności w jakich się znaleźliśmy. Pewność, że przeżywane trudy zakończą się happy endem ma swoje źródło w Bożej obietnicy i Jego wierności.

Bóg ma plan dla naszego życia. Rozpoznanie tego planu i współpraca z Bogiem na rzecz jego realizacji nie gwarantują, że nasze życie będzie wolne od trudów, niebezpieczeństw i „sztormów”. Jednak będąc w centrum Jego woli nie musimy tracić nadziei w sytuacji, gdy okoliczności krzyczą do nas głosem o sile huraganowego wiatru: „Zginiesz marnie!”, „Już nie ma dla ciebie ratunku!”. Paweł wiedział, że Bożym przeznaczeniem dla niego był cesarski Rzym – stolica Imperium. Żaden sztorm nie był w stanie pokrzyżować Bożych planów. Kiedy czytamy historię podróży Pawła do Rzymu, to widzimy, że takich niesprzyjających okoliczności było znacznie więcej. Na Malcie ukąsiła go jadowita żmija. Ale czy jej jad miał być silniejszy od Bożego zapewnienia: „Nie bój się, Pawle! Musisz stanąć przed cesarzem”?

Kiedy okoliczności są dokuczliwe i niesprzyjające nie wystarczy sam optymizm. Miejsce doświadczeń, trudów i życiowych dramatów jest doskonałą okazją, aby zadać sobie pytanie: „Czy jestem w centrum Bożej woli?”. Jeśli odpowiedź jest twierdząca, to nie ma powodu, aby ulegać presji i histeryzować. Sztorm, dokuczliwe zimno wzburzonego morza, jadowita żmija, były tłem w życiu Pawła zmierzającego do Rzymu, aby wypełnić Boże powołanie. Paweł zrealizował Boży plan nie z powodu wrodzonego optymizmu, ale dzięki wierze i zaufaniu do Boga, który dał obietnicę. Bóg, w oczach Pawła, był bardziej przekonywujący niż najbardziej nieprzyjazne okoliczności życia. Takiego zaufania i pewności, jakie towarzyszyły Pawłowi, chcę się uczyć. Potrzebuję też upewniać się, czy jestem w Jego woli podróżując do wyznaczonego mi przez Niego celu.

„Bądźcie dobrej myśli” wszyscy, którzy jesteście w Chrystusie!

poniedziałek, 15 stycznia 2018

MOJA "MAŁA OJCZYZNA" Z REFORMACJĄ W TLE

Nieopodal mojego rodzinnego Gostynina znajduje się niewielka wieś Gaśno (52°25'11"N, 19°30'08"E). Okolicznym mieszkańcom miejscowość ta znana jest głównie z pomnika upamiętniającego śmierć 49. powstańców styczniowych z oddziału Józefa Łakińskiego, którzy zginęli 12 marca 1863 r. Autorem obelisku jest gostyniński rzeźbiarz Tadeusz Biniewicz. Ale jest jeszcze inny, ciekawy, wątek historyczny związany z Gaśnem. Otóż miejscowość, podobnie jak wiele innych na Mazowszu, została założona przez osadników holenderskich (tzw. Olędrów). Choć Mazowsze, mając na uwadze rdzennych mieszkańców, pozostawało w czasie reformacji (i wciąż jest) bardzo katolickie, to jednak, za sprawą kilku fal osadniczych, swoją obecność zaznaczyli tu protestanci, którzy zmienili nieco oblicze „arcykatolickiego Mazowsza”.

Kolonizacja olęderska w Polsce, w tym także na Mazowszu, związana jest bezpośrednio z ruchami reformacyjnymi i emigracją menonitów z terenów Fryzji i Północnych Niderlandów. Nazwa „menonici” pochodzi od jednego z przywódców XVI-wiecznej reformacji, urodzonego we Fryzji, Menno Simonsa (1496-1561). Z całą pewnością tej postaci należy się ważne miejsce w historii Kościoła, obok takich reformatorów jak Ulrich Zwingli (1484-1531), Jan Kalwin (1509-1564) czy Marcin Luter (1483-1546). Osoby identyfikujące się z nurtem holenderskiej reformacji i naukami Menno Simonsa nazywali siebie „braćmi”, a w literaturze poświeconej historii Kościoła określani są też jako anabaptyści („nowochrzczeńcy”).

Menno Simons

Simons urodził się Witmarsum we Fryzji – małej miejscowości położonej kilkanaście kilometrów od Morza Północnego. Był katolickim duchownym i dwanaście lat służył jako parafialny ksiądz, w tym pięć lat w rodzinnym Witmarsum. Odejście od doktryn Kościoła rzymskiego, w przypadku Menno Simonsa, było długim i trwającym kilka lat procesem. O swojej duchowej odnowie wspominał: „Bóg miłosierdzia, przez Swą obfitą łaskę okazaną mi nędznemu grzesznikowi, dotknąwszy mego serca, dał mi nowy umysł, upokorzył mnie w bojaźni przed Nim, pouczył mnie abym siebie poznał, wybawiając z drogi śmierci i łaskawie wezwał mnie na wąską drogę życia, do społeczności z Jego świętymi. Jemu chwała na wieki, amen”. Najprawdopodobniej w styczniu 1536 roku został ochrzczony przez zanurzenie, zgodnie z wprowadzoną w XVI-wieku przez anabaptystów praktyką. Mniej więcej w tym samym czasie ożenił się, a swoje ostatnie 25 lat życia poświecił służbie duszpasterskiej wśród „braci” i głoszeniu prawd Ewangelii. Dużo podróżował przekraczając granicę Niderlandów, przebywał w północno-zachodnich Niemczech (niektórzy podają, że zawitał też do Gdańska), publikował książki i broszury, a o owocach swojej działalności pisał tak: „nie tylko wiele dumnych, upartych serc ukorzyło się, wielu nieczystych stało się czystymi, wielu pijaków porzuciło picie, wielu chciwców stało się hojnymi, wielu okrutnych łagodnymi, a bezbożnych pobożnymi, ale także przez nasze świadectwo, które zwiastujemy, nawróceni, wierni ludzie poświęcili swoje dobra i wydali ciała na tortury i śmierć”.

Niderlandzki (i nie tylko) ruch reformacyjny rozwijał się pośród męczeństwa wielu chrześcijan. O prześladowaniach, podkreślając ich duchową (demoniczną) inspirację, Menno Simons pisał: „Szatan musi oskarżać i mordować, ponieważ, jak uczy Pismo, taka jest jego prawdziwa natura i dzieło”. Więzienie, wymyślne tortury, zmuszanie do aktów seksualnych były tragiczną rzeczywistością z którą musieli zmierzyć się zwolennicy reformacji. Wśród świadectw męczenników znana jest historia, utopionego w beczce, Jorisa Wippe, którego ciało wisiało głową w dół na murze miasta Dortrecht. Wippe w pożegnanych słowach zwracał się do dzieci: „zobowiązuje was, Joos i Hanken, abyście razem z Barbelken, waszą posłuszną siostrą, opiekowali sie waszymi małymi trzema siostrzyczkami i Pierkenem, uczcie ich czytać i pracować, aby wzrastały we wszelkiej sprawiedliwości ku chwale Bożej i zbawieniu swoich dusz”.

Tolerancyjna Polska i arcykatolickie Mazowsze

Niepokojeni (prześladowani) w Europie Zachodniej menonici znajdowali schronienie na ziemiach polskich. XVI-wieczna Polska („kraj bez stosów”), na tle innych państw Starego Kontynentu, była tolerancyjnym i otwartym na przybyszów krajem. Olędrzy byli cennymi osadnikami, gdyż doskonale radzili sobie z powodziami, osuszaniem terenów zalewowych i przystosowaniem ich do upraw rolnych. Religijność menonicka była bardzo praktyczna i przejawiała się m.in. opieką nad starcami i biedakami, zgodnie z regułą: „w naszej wspólnocie opiekujemy się ubogimi w ten sposób, że chorych, biednych, wdowy i sieroty naszej wspólnoty wspieramy radą i czynem tak długo, jak długo brakuje im środków do życia”. Menonici, jak pisze Wojciech Marchlewski w książce „Menonici. Życie codzienne od kuchni”, „jeszcze w XVII wieku postrzegani byli przez swoich sąsiadów jako ludzie o wyjątkowej moralności, surowej obserwie i purytańskich obyczajach. Całkowicie wstrzymywali się od picia alkoholu i palenia tytoniu; używali bardzo skromnych i prostych ubrań w barwach ciemnych i szarych”.

Gaśno jest jedną z ponad 100 miejscowości Mazowsza ujętych w katalogu zabytków osadnictwa holenderskiego w Polsce. Menonici, a także przedstawiciele innych grup wyznaniowych wyrosłych na gruncie reformacji, zmienili nieco strukturę wyznaniową Mazowsza. Choć biskup płocki, Wojciech Baranowski, w 1595 roku zapewniał, że wszyscy mieszkańcy (diecezji płockiej) są katolikami „za wyjątkiem jednego szlachcica z Prus nazwiskiem Finck, który znalazł opiekę u starosty płockiego”, a „w innych miastach województwa płockiego nie ma w ogóle protestantów” oraz twierdził, że „do miast województwa mazowieckiego nie są dopuszczani ani protestanci ani żydzi”, to jednak, głównie za sprawą menonitów, sytuacja miała się zmienić. Zachowane po dziś dzień, na Mazowszu, materialne ślady przybyszów z Fryzji i Niderlandów można znaleźć m.in. na trasie wytyczonego „Olęderskiego Szlaku Turystycznego nad środkową Wisłą”. Żyjący na Mazowszu menonici, z całą pewnością, pozostawili też po sobie duchowe dziedzictwo. Wierzę i oczekuję, że na Mazowszu – dziś największej „białej plamie” na mapie ewangelikalnego chrześcijaństwa – powstawać będą liczne Kościoły (wspólnoty) składające się, według słów Menno Simonsa „z wybranych przez Boga Jego świętych i umiłowanych, którzy obmyli swoje szaty w krwi Baranka, którzy narodzili się z Boga i są prowadzeni Chrystusowym Duchem, którzy są w Chrystusie a Chrystus jest w nich, którzy słuchają Jego Słowa i wierzą mu, a w swej słabości żyją zgodnie z Jego przykazaniami, cierpliwie i w cichości wstępując w Jego ślady”.

wtorek, 2 stycznia 2018

WSPANIAŁE LATA 80. i 90. WYBIERAM NADZIEJĘ!

Koniec lat 80. i początek lat 90. miał dla mnie szczególne znaczenie. Rok 1989 był czasem politycznego przełomu w Polsce. Obserwowanie wydarzeń tamtych dni ukształtowało moją wrażliwość polityczną. Zwycięski ruch „Solidarności” z hasłami demokratyzacji życia, prawdy historycznej czy obywatelskiego działania, wzbudzał nadzieję na lepszą rzeczywistość. Tadeusz Mazowiecki, pierwszy niekomunistyczny premier w powojennej Polsce, był symbolem zmian, które miały przynieść wolność i ukształtować nowy ład społeczny oparty na sprawiedliwości, szacunku, uczciwości i prawdzie. Bez żalu wysłuchałem przemówienia Mieczysława Rakowskiego, który na zakończenie obrad XI Zjazdu Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej (styczeń 1990), powiedział: „Sztandar Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej wyprowadzić”. Partia, która uosabiała komunistyczny reżim przestała istnieć. Miało być po nowemu. Lepiej. Sprawiedliwiej. A nade wszystko mieliśmy zyskać poczucie obywatelskiej wspólnoty.

Przełom lat 80. i 90., poza wydarzeniami politycznymi, przyniósł jeszcze zmiany mojej świadomości religijnej. Poszukiwanie realności Boga stało się ważnym celem życiowym. Tekst Biblii, którą otrzymałem w dniu moich osiemnastych urodzin, miał się stać wkrótce źródłem fascynacji i poznania Tego, którego działanie tak opisywał autor, mojego ulubionego, Psalmu 91: „On sam cię wyzwoli (…) Okryje cię swymi piórami i schronisz się pod Jego skrzydła. Jego wierność – to puklerz i tarcza. W nocy nie ulękniesz się strachu…”.

Wchodząc w dorosłość miałem przywilej obserwować duchowe przebudzenie, którego uczestnikami byli w większości młodzi ludzie (uczniowie szkół podstawowych, średnich i studenci), w tym ci, których znałem z najbliższego otoczenia. Elementem tego ożywienia było zmienione i ukierunkowane na relację z Bogiem życie wielu osób oraz przejawianie się darów duchowych takich jak: mówienie innymi językami, prorokowanie, uzdrawianie czy rozróżnianie duchów. Widziałem ludzi, którzy doświadczali Boga w niezwykły i nieznany mi wcześniej sposób. Słyszałem wypowiadane pod natchnieniem Ducha słowa, które ujawniały ukryte myśli i były odpowiedzią na zmagania i troski oraz przynosiły rozwiązanie tam, gdzie dotąd wydawało się, że nie ma nadziei. Te doświadczenia kształtowały u mnie nowy obraz Boga, który przestał być odległym, niedostępnym i nieosiągalnym bytem. Jawił się On jako ktoś bliski i zainteresowany, aby wprowadzić do mojego życia emocjonalną i duchową stabilizację. Przyszedł taki moment kiedy ciężar grzechu, pod którym żyłem i którego obecności doświadczałem, został usunięty. Świadomość Boga – Ojca i realność Jego łaski, która objawiła się w odkupieńczej śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa, nadała mojej egzystencji nowy kierunek. Zyskałem w życiu cel. Pragnienie kochania i cenienia Chrystusa ponad wszystko, wypełniało mnie i nadawało sens mojej egzystencji.

Inaczej niż z nadziejami politycznymi, które w wielu aspektach okazały się płonne, mogę powiedzieć, że ufność i wiara zakorzenione w Chrystusie wciąż pozostają trwałym fundamentem, na którym chcę budować moją codzienność – tę teraźniejszą i przyszłą. Nie znajduję nic bardziej pewnego niż Jego obecność i przepełnione obietnicami Jego Słowo. Miłość Chrystusa i Jego przebaczenie są najbardziej realnym doświadczeniem w moim życiu. Na różne sposoby, czasami bardzo nieudolnie, próbuję dzielić się prawdą o Jego łasce. Nie należę do elity intelektualnej, finansowej i nie sytuuję się na szczycie drabiny społecznego prestiżu. Moja rzeczywistość, to małe miasteczko w centrum Polski i praca podobna tej, którą wykonuje wielu moich rodaków. Żyję zwyczajnym życiem. Jednak pośród tej „zwyczajności” poczytuję sobie za największy przywilej znać Chrystusa i chcę mówić za Pawłem z Tarsu: „Teraz już nie żyję ja, lecz żyje we mnie Chrystus. Choć nadal prowadzę życie w ciele, jednak obecne moje życie jest życiem wiary w Syna Bożego, który mnie umiłował i samego siebie wydał za mnie. Nie mogę odrzucić łaski danej przez Boga”.

Jestem wdzięczny Bogu, za przywilej poznania Go i doświadczenia tej szczególnej radości, o której pisał psalmista: „O, jak szczęśliwy jest ten, któremu przebaczono nieprawość I którego grzech został zakryty!”. Tę radość znajduję w Jezusie Chrystusie.

sobota, 30 grudnia 2017

PRZEBACZONE GRZECHY

Po zmartwychwstaniu Pan Jezus spotkał się z uczniami i, w relacji podanej przez autora Ewangelii, „tchnął na nich i powiedział: Przyjmijcie Ducha Świętego. Grzechy tych, którym je przebaczycie, są im przebaczone, a tych, którym je zatrzymacie, są zatrzymane” (J 20,22-23).

W dniach swojej ziemskiej służby Chrystus pozostawił przykład postępowania, jak myślę związany z praktykowaniem powyższego polecenia odnoszącego się „odpuszczania i zatrzymywania” grzechów.

Do sparaliżowanego człowieka, którego przyjaciele przynieśli, by dać mu możliwość spotkania z Jezusem, powiedział: „Człowieku, twoje grzechy zostały ci odpuszczone” (Łk 5,20). Prowadząca niemoralne (grzeszne) życie kobieta, która przyszła, aby rozlać na stopy Jezusa pachnący olejek alabastrowy, usłyszała z Jego ust: „Odpuszczone są jej liczne grzechy, ponieważ bardzo umiłowała” (Łk 7,47). Do innej kobiety przyłapanej na cudzołożnym czynie, kiedy jej oskarżyciele – domagający się ukamienowania – wycofali się ze swojego zamiaru, Pan Jezus powiedział: „Ja też cię nie potępiam: Idź i odtąd już nie grzesz” (J 8,11).

Istotą dzieła Jezusa jest przebaczenie. Z krzyża wybrzmiały takie słowa konającego Jezusa: „Ojcze, przebacz im…”. Odpuszczenie grzechów spotka się z docenieniem u tych, który zasmakowali jego śmiercionośnej siły i zniewolenia.

Żyjący pod ciężarem grzechu mogą doświadczyć pełnego mocy stwierdzenia: „Zostało ci przebaczone”. Dlaczego? Jak to? Ponieważ Jezus umarł i zmartwychwstał. Ponieważ „On sam w swoim ciele zaniósł nasze grzechy na krzyż. Uczynił to po to, abyśmy martwi dla grzechów, żyli dla sprawiedliwości” (1 Ptr 2,24).

Krzyż nie jest wołaniem potępienia dla grzeszników, wręcz przeciwnie, objawia niezmierzoną dobroć i przebaczenie okazywane przez Boga tym, którzy wołają: „Boże, okaż miłosierdzie mnie, największemu z grzeszników”. Czytając słowa Jezusa o „zatrzymywaniu i przebaczaniu grzechów” nie straćmy z oczu prawdy o tym, że Jego działem jest przebaczenie. On wciąż pozostaje Zbawicielem i „przyjacielem celników i grzeszników”.

Kościół wciąż pozostaje tym szczególnym miejscem, w którym grzesznik może usłyszeć pełne nadziei przesłanie: „Wiarygodna to Słowo, warte przyjęcia z całą otwartością, że Chrystus przyszedł na świat, aby zbawić grzeszników” (1 Tm 2,15).

środa, 27 grudnia 2017

GDZIE JESTEŚ?

W biblijnym opisie upadku człowieka pojawia się pytanie, które zadaje Pan Bóg „przechadzający się po ogrodzie (Edenie) podczas powiewu wiatru”. Pan Bóg woła mężczyznę (Adama) i pyta: „Gdzie jesteś?”. Jego uwaga koncentruje się na nieobecności człowieka w miejscu wyznaczonym mu przez Stwórcę. Pan Bóg zwraca uwagę na fakt, że człowieka nie ma tam, gdzie powinien być. 

To ciekawe, bo częściej w historii słyszymy pytanie, które zadają ludzie: „Boże, gdzie jesteś?”. Wraz z tym pytaniem pojawia się cała lista zarzutów: „Gdzie jesteś, kiedy w świecie obecne jest cierpienie, choroba, wojna, przemoc, nienawiść…”.

Problemem świata, w którym żyjemy nie jest nieobecność Boga. Bóg się nie ukrył i nie zataił prawdy o sobie. Paweł z Tarsu dowodzi, że ludzie mają skłonność do zakłamywania prawdy o Bogu, a przecież „to, co można wiedzieć o Bogu, jest dla nich jawne, gdyż Bóg im to objawił. To bowiem, co w Bogu niewidzialne – Jego wiekuista moc oraz boskość – od stworzenia świata staje się widzialne dzięki rozumnemu oglądaniu dzieł Bożych. Dlatego ludzie ci nie mają wymówki”.

Bóg jest tam, gdzie być powinien. Jego dziełem jest zapewnienie człowiekowi nadziei, życia i błogosławieństwa. Pełnia tych dobrodziejstw zawiera się w Chrystusie. Istotą dzieła, które dokonało się w Chrystusie jest to, że jako obcy i wrogowie przez nasze myśli i czyny, zostaliśmy pojednani z Bogiem przez krew Jego krzyża. Lista długów została anulowana. Darowane zostały nam wszelkie grzechy – Bóg usunął je, przybijając do krzyża. Śmierć została pokonana. Życie i przebaczenie triumfuje. Pełne mocy: „Wykonało się!” rozbrzmiewa z kart Ewangelii. Bóg, bogaty w miłosierdzie, objawił pełnię łaski i przebaczenia w Chrystusie. Zwycięstwo pochłonęło śmierć. Tyrania grzechu została złamana. Chrystus rozbroił diabelskie zwierzchności i władze. Wszystko gotowe. Autorzy nowego testamentu na wszelkie sposoby i rozlicznymi słowami rozgłaszają triumf Chrystusa „Pierworodnego spośród umarłych i Władcy królów ziemi, który nas miłuje i który swoją krwią uwolnił nas od naszych grzechów”.

W obliczu Bożego dzieła, zapewniającego zbawienie, życie, przebaczenie, wolność od grzechu i stanowiącego źródło wiecznego błogosławieństwa, pojawia się wciąż aktualne pytanie: „Człowieku, gdzie jesteś?”.

WYPACZONY OBRAZ

W dalekim kraju mieszkał sobie pewien artysta-malarz, który z zamiłowaniem oddawał się swojej twórczej pasji. Gdyby powiedzieć o Jego dziełach, że były ładne, to jakby nic nie powiedzieć. Z obrazów emanowało zachwycające piękno. Malarz zawarł w swoich dziełach wszystko to kim sam był. A znany był jako dobry, prawy, odważny, wrażliwy, oddany wszelkiej słusznej i szlachetnej sprawie. Taki właśnie przekaz miały obrazy, które tworzył – były doskonale dopracowane w najmniejszym szczególe i promieniowały urokiem szlachetnej duszy ich twórcy.

Tymczasem w kraju naszego artysty wybuchła wojna, w rezultacie której wszystkie jego dzieła zostały zagrabione. Niektóre zostały całkowicie zniszczone. Ocalałe trafiły w ręce pewnego człowieka, który tak dalece zaingerował w pierwotną treść dzieł, że nie urzekały już one pięknem i doskonałością, ale raczej przemawiały do oglądających swoją brzydotą i niechlujstwem. Niestety za tę brzydotę obwiniano naszego artystę. Negatywne komentarze pojawiały się obficie: „Cóż to za niepasujący do siebie zestaw kolorów!”, „Jakie rozmazane kształty!”, „Ależ okropne obrazy na których widać tylko szarość i czerń…”, „Ich twórca musiał być kompletnym nieudacznikiem”, „Z pewnością nie są to prace zasługujące na jakąkolwiek uwagę. Tragiczne!”.

Mijały miesiące, lata i dekady, które utrwaliły negatywny wizerunek naszego twórcy w opinii kolejnych pokoleń ludzi. W podręcznikach szydzono z braku jakiejkolwiek wrażliwości artystycznej malarza, a prezentowane dzieła stały się synonimem wszystkiego co złe i pozbawione choćby ułamka artyzmu. Nazwisko malarza wypowiadano z politowaniem, złością, pogardą i szyderstwem.

Kiedy imię naszego malarza zostało już całkowicie zszargane i obarczone najgorszymi epitetami pojawił się ktoś, kto twierdził, że jego dalecy przodkowie znali twórcę i zapewniał, że te krytykowane dzieła są tylko jakimś falsyfikatem, który szkodzi prawdziwemu wizerunkowi artysty. Jako dowód pokazywał zachowane zdjęcia oryginalnych obrazów. Choć były to tylko fotografie, to jednak zawierały tak wielki ładunek piękna i doskonałości, że niektórzy oglądający doświadczali szczególnego i wzniosłego „poruszenia serca”, które towarzyszyło im podczas, choćby przelotnego, na nie spojrzenia.

Człowiek, który dysponował zdjęciami oryginalnych obrazów mistrza postanowił stworzyć galerię, nazwaną imieniem artysty, która mogłyby odkłamać rozpowszechniany o malarzu przekaz. Jednak zdecydowanej większości ludzi łatwiej było żyć stereotypami. Utrwalony i negatywny wizerunek naszego twórcy był wygodny dla wszystkich, którzy chcieli w nim widzieć jedynie żałosnego i pozbawionego choćby cienia talentu malarza. Dla większości, nasz mistrz, pozostawał kimś zasługującym na politowanie i był zdecydowanie niewartym zainteresowania, chyba tylko po to, aby dać upust nienawiści i pogardy. Dziwne, że nikt nie chciał podjąć wysiłku, aby zweryfikować swoje niewłaściwe poglądy…

Ta niedoskonała historia chce przekazać ważną treść.

Nieskończenie dobry i doskonały Bóg jest twórcą, który chciał być rozpoznany w dziełach, które stworzył. Tymczasem jego „obrazy” – ludzie – zostały skażone brzydotą grzechu. Ludzie, choć stworzeni na obraz i podobieństwo Boga, stali się „samolubni, rozkochani w pieniądzu, chełpliwi, wyniośli, bluźnierczy, nieposłuszni rodzicom, niewdzięczni, niegodziwi, nieczuli, nieprzejednani, skorzy do oszczerstw, niepohamowani, okrutni, gardzący tym, co dobre, zdradzieccy, bezmyślni, nadęci…”.

Grzech wypaczył prawdę o Bogu, utrwalając negatywny i fałszywy wizerunek samego Stwórcy. Bóg przestał być postrzegany jako źródło miłości, prawdy i dobra. A jednak istnieje możliwość poznania Go takim, jakim jest On naprawdę. Problemem jest fakt, że tylko nieliczni zdobywają się na wysiłek, aby odkryć prawdę o Tym, który chce dać się poznać każdemu kto ma odwagę poddać weryfikacji utrwalone na Jego temat wyobrażenia i poglądy. Jego dzieła, podobnie jak On sam, nie noszą znamion brzydoty, której przejawem są: kłamstwo, wykorzystanie, nienawiść, chciwość, obłuda i wiele innych. Na przestrzeni lat, dekad i wieków, wielu z tych, którzy powoływali się na znajomość Boga i nazywali się Jego „namiestnikami” i „reprezentantami” przekazało fałszywy i wypaczony obraz tego Kim On jest.

Niektórzy „w Imię Boga” nie wahali się mordować i wykorzystywać innych dla swoich prywatnych i samolubnych celów. Ponieważ czynili to z Jego imieniem na ustach, wielu zaczęło te niegodziwości przypisywać samemu Bogu. Jednak był to tylko falsyfikat i tragiczne w skutkach kłamstwo. Aby Go poznać trzeba spojrzeć poza utrwalony stereotyp, choćby ten reprezentowany przez Richarda Dawkinsa: „Bóg Biblii jest prawdopodobnie najmniej przyjazną postacią całej literatury pięknej: zazdrosny i dumny z tej zazdrości; małostkowy, niesprawiedliwy, nie znający przebaczenia pedant; roszczeniowy, krwiopijczy zwolennik czystek etnicznych; mizoginiczny, homofobiczny, rasistowski, mordujący dzieci, ludzi w ogóle, czy też synów w szczególności, zsyłający plagi, megalomański, sadomasochistyczny, kapryśnie manifestujący brak zrozumienia despota”.

Abyśmy mogli przejrzeć i zobaczyć jak jest naprawdę, zostały nam dane Ewangelie. Cztery teksty, których wspólnym tematem jest On – Jezus Chrystus. Jeden z Ewangelistów napisał: „Boga nikt nigdy nie widział. Jednorodzony Bóg, który jest w łonie Ojca, On uczynił Go znanym”. Słuchając słów Jezusa, przyglądając się Jego życiu (dziełom) i uczestnicząc, wraz z autorami Ewangelii, w wydarzeniach jakim były Jego śmierć i zmartwychwstanie, otrzymujemy możliwość dostrzeżenia prawdy o Bogu. Ta prawda przemawia między innymi w takich stwierdzeniach: „Największą miłość okazuje ten, kto swoje życie oddaje za przyjaciół” i „Bóg bowiem tak bardzo ukochał świat, że dał swego Jedynego Syna, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne”.

Uwolnienie od niewoli grzechu przynosi jeszcze jeden skutek – Boży obraz w człowieku może zostać odbudowany, gdyż „każdy kto pozostaje w Chrystusie nowym jest Stworzeniem”. To „nowe stworzenie” – człowiek żyjący w więzi i relacji z Bogiem – jest przemieniane i odnawiane na doskonały obraz Tego, który tchnął życie i objawił swoją chwałę. Żyć w Chrystusie i prezentować właściwy obraz Boga wobec całego stworzenia to cel i zadanie powierzone wszystkim, którzy doświadczyli Jego łaski.

„Stworzenie więc ufnie oczekuje objawienia się synów Bożych (…) w nadziei, że zostanie wyrwane z zepsucia, które je zniewala, do wolności, którą jest chwała dzieci Bożych”

piątek, 22 grudnia 2017

ZŁY LUTER I DOBRY PAPIEŻ, CZYLI...

Zły Luter i dobry papież, czyli protestanccy heretycy (schizmatycy, odszczepieńcy) mają wrócić na łono prawdziwego i jedynego Kościoła.

W różnych „profesjonalnych” dyskusjach o protestanckiej reformacji przejawia się taki komentarz: "Świętowanie 500-lecia Reformacji to błąd. Jedynym prawdziwym Kościołem jest Kościół katolicki". Taka wypowiedź została m.in. przytoczona w programie TVP „Warto rozmawiać”. Program był wyemitowany 9 listopada i został opatrzony takim wstępem: Czy katolicy, tak jak papież Franciszek, mają dziękować za „dary reformacji”, uważając luteranizm za lekarstwo dla Kościoła? A może tradycyjnie powinniśmy widzieć w Lutrze rozłamowca, heretyka i wcielenia zła?

Otóż Kościół katolicki nie jest „jedynym prawdziwym Kościołem”. Nigdy nie był takim. Jeśli mamy jakikolwiek szacunek do historii, to trzeba uczciwie przyznać, że w pierwszych wiekach chrześcijaństwa Kościół rzymski (z biskupem Rzymu) istniał równolegle obok Kościołów w innych miastach, w tym największych miastach cesarstwa: Antiochii, Efezie, Aleksandrii, Lyonie, Kartaginie, Konstantynopolu i innych.

Prymat biskupa Rzymu, tak podnoszony przez Kościół katolicki, jest jedynie katolickim poglądem i nie trzyma się on prawdy historycznej. Przykładowo w III wieku toczył się w Kościele spór pomiędzy Cyprianem (biskupem Kartaginy) a Stefanem I (biskupem Rzymu). Władza (autorytet) Rzymu nie rozciągała się na inne miasta (biskupstwa).

Piotr apostoł nie był też żadnym pierwszym papieżem. Wystarczy przeczytać tekst nowotestamentowy (Dzieje Apostolskie, List Pawła do Galatów, Pierwszy i Drugi List Piotra), aby się o tym przekonać. Jedynie narracja katolicka każe nam wierzyć, że kolejni biskupi Rzymu byli papieżami - następcami apostoła Piotra. E.E. Cairns w swojej historii Kościoła („Z chrześcijaństwem przez wieki. Historia Kościoła powszechnego”) zauważa: „We wczesnym Kościele biskupa Rzymu uważano za jednego z wielu biskupów, którzy byli sobie równi pod względem rangi, władzy i funkcji. Między rokiem 313 a 450 biskupa Rzymu zaczęto traktować jako pierwszego wśród równych. Poczynając jednak od wstąpienia na tron biskupa Leona I w roku 440, biskup Rzymu zaczął domagać się zwierzchnictwa nad innymi biskupami”.

Różnice w Kościele, szczególnie te pomiędzy Wschodem a Zachodem istniały od samego początku. Przykładem są dyskusje o kanoniczności niektórych ksiąg biblijnych. Przykładowo kanoniczność Listu do Hebrajczyków nie budziła większych wątpliwości w Kościele Wschodnim, natomiast była obiektem dyskusji w Kościele Zachodnim. Odwrotnie było z Księgą Objawienia Jana (Apokalipsą).

Do dziś wschodnie chrześcijaństwo ma w swoim kanonie księgi (np. dwa listy św. Klemensa Rzymskiego czy Pasterz Hermasa), które nie zaliczane są do natchnionych w obrębie tzw. Kościoła Zachodniego.

Rzymskie papiestwo z czasem zyskiwało władzę i wpływy na równi z władzą polityczną, co już samo w sobie jest, delikatnie mówiąc, czymś obcym nauce Chrystusa i Nowego Testamentu. Historycy uznają, że Grzegorz zwany Wielkim (540-604 r. n.e.) utwierdził duchową zwierzchność biskupa Rzymu i uczynił Kościół zachodni potęgą polityczną, na tyle silną by w późniejszych wiekach kontrolować władzę świecką (ciekawa koncepcja).
W 1054 roku dokonał się rozłam pomiędzy Kościołem na Wschodzie i na Zachodzie. Patriarcha Konstantynopola nałożył klątwę na biskupa (papieża) Rzymu i jego następców. Wcześniej patriarchę Konstantynopola Michała Cerulariusza wyklął Leon IX.

Historia Kościoła nie jest historią katolicyzmu. Katolicyzm jest jednym z wielu nurtów szeroko rozumianego chrześcijaństwa.Czy teologicznie poprawnym? Pozostawiam to sumieniu tych, którzy są częścią Kościoła rzymskiego.

Reformacja zrodziła się w środowisku ludzi będących częścią zachodniego chrześcijaństwa. Jej dorobkiem na gruncie teologicznym było przywrócenie właściwego miejsca Biblii w nauczaniu i praktyce chrześcijańskiej.

Ja się cieszę z protestanckiej Reformacji i uznaję w niej wartość dla cywilizacji europejskiej. Tym samym nie podzielam katolickich głosów jakoby była ona „katastrofą cywilizacyjną”. Nie podzielam też opinii profesora Johna Rao z nowojorskiego Uniwersytetu Świętego Jana, który stwierdził, że „protestantyzm to straszliwa katastrofa, której założenia i skutki nie są do pogodzenia z Kościołem (katolickim). Protestanci są o tyle na złej drodze, o ile z własnej woli podążają za ideami protestantyzmu. Katolicy zaś są o tyle na dobrej drodze, o ile za tymi ideami nie podążają”.

Kiedyś jeden z portali historycznych wyprodukował koszulkę z podobizną Lutra i napisem „Nie płakałem po papieżu”. Nie wiem czy Luter wypowiedział takie słowa, ale z perspektywy historycznej przyznaję rację takiemu sformułowaniu. Co nie znaczy, że w tradycji katolickiej nie znajduję nic godnego uwagi. Staram się widzieć historię Kościoła w całym i szerokim jej spektrum. Natomiast przekonania i praktykę wiary chcę czerpać ze źródła jakim jest Biblia. Dlatego protestancka zasada „Sola scriptura” jest mi niezwykle bliska.

poniedziałek, 18 grudnia 2017

PAWEŁ Z TARSU - PO PROSTU Z JEZUSEM ŻYĆ

Przez wiele lat trudził się, by uczynić poselstwo o Jezusie – ukrzyżowanym i zmartwychwstałym – znanym w ówczesnym społeczeństwie. Przemierzył tysiące kilometrów. Odbył liczne podróże piesze i drogą morską. Dotarł (prawdopodobnie) aż do Hiszpanii. Założył wiele wspólnot chrześcijańskich, w tym te znane z tekstu Nowego Testamentu: w Koryncie, Efezie, Tesalonice czy Filippi. Zwalczał szerzące się w Kościele herezje. Był zaangażowany we wsparcie materialne na rzecz ubogich chrześcijan w Jerozolimie. Miał ogromne osiągnięcia w służbie uzdrawiania chorych, przez jego ręce Bóg objawiał niezwykłą moc. Odważnie składał świadectwo o Jezusie przed możnymi ówczesnego świata. Pod wpływem jego nauki, już w czasie jego życia, znajdowało się tysiące osób.

Tak w skrócie można przedstawić życie Pawła z Tarsu.

U kresu swoich dni zapisał, gorzko brzmiące, słowa: „Wszyscy mnie opuścili”.

Czy stracił coś ze swojej apostolskiej gorliwości? Czy odszedł od prawd, które z takim oddaniem głosił w miastach Imperium Romanum? Czy popadł w grzech, który zrujnował jego opinię w oczach innych wierzących? Nic z tych rzeczy.

Temu gorzkiemu wyznaniu: „Wszyscy mnie opuścili” towarzyszyły też takie słowa: „Toczyłem piękny bój. Bieg ukończyłem. Wiarę - zachowałem. Teraz czeka na mnie wieniec sprawiedliwości, który w tym Dniu da mi Pan, sędzia sprawiedliwy”.

Najwyraźniej uznanie w oczach ludzi nie zawsze idzie w parze z Bożą aprobatą.

Życie apostoła Pawła – Żyda, faryzeusza, obywatela Rzymu, a przede wszystkim apostoła Chrystusa Jezusa - uczy, że największą wartością jest aprobata Tego, którego Królestwo sięga poza doczesność i znikomość tego wieku.

Ludzka przychylność i uznanie to przemijające dobra. Dziś możesz być „cenionym i poważanym”, jutro opuszczonym i lekceważonym przez tych samych, którzy okazywali ci zainteresowanie. O tę aprobatę nie warto zabiegać. Jest jednak uznanie, o które należy się troszczyć i jego pragnąć. Tym uznaniem jest Boża przychylność i Jego pochwała. Jak nią zyskać? Ze wszystkich listów Pawła, które nam pozostawił, przebija się takie oto proste stwierdzenie: „w Chrystusie”. Istotą Bożej aprobaty jest „być w Chrystusie”. Nie można się rozczarować, jeśli nasze życie powierzymy Jemu i zbudujemy je wokół relacji i bliskości z Chrystusem. Wszystko inne to „gonitwa za wiatrem”.

Życia w Chrystusie, tak po prostu – zwyczajnie i codziennie, życzę sobie i innym.

piątek, 15 grudnia 2017

BŁOGOSŁAWIEŃSTWO

Bóg jest tym, który błogosławi.  W tekście biblijnym traktującym o „dziejach stworzenia nieba i ziemi” (Rdz 2,4) Bóg błogosławi istoty żyjące i człowieka. Jego błogosławieństwo jest wyrazem przychylności, łaski, miłości, upodobania i stanowi o szczególnej więzi pomiędzy Nim a tymi, którzy są powołani do życia z Jego woli. 

Bóg błogosławi: Adama i Ewę, Noego i jego rodzinę, Abrama i w nim wszystkie narody ziemi, Izmaela, Izaaka, Jakuba i Józefa. Błogosławieni przekazują błogosławieństwo innym, wśród nich są ojcowie (rodzice), którzy błogosławią swoich synów i córki. Wśród zapisanych na kartach Księgi Rodzaju błogosławieństw są słowa, podeszłego wiekiem Jakuba, skierowane do Józefa:

„Józef jak drzewo owocowe, jak drzewo owocowe przy źródle, jego gałązki pną się po murze. Pomnożą się jego prześladowcy, nękać go będą łucznicy. Jednak łuk jego pozostanie mocny i silne jego ramiona, dzięki potężnemu Bogu Jakuba, Pasterzowi, Skale Izraela. Bóg twego ojca będzie ci pomagał, Bóg Wszechmocny ci pobłogosławi: błogosławieństwami nieba z góry, błogosławieństwami głębin leżących na dole, błogosławieństwami piersi i łona. Błogosławieństwa twego ojca będą mocniejsze od błogosławieństw gór odwiecznych, od wspaniałości dawnych pagórków. Niech spłyną one na głowę Józefa, na głowę księcia wśród swoich braci”.

Wciąż jest wiele przestrzeni, aby błogosławić. Kogo? Kiedy? Gdzie? Każdego, zawsze i wszędzie. Dlaczego? Ponieważ taka jest Boża natura, wszak  „On sprawia, że słońce wschodzi dla złych i dobrych i zsyła deszcz dla sprawiedliwych i niesprawiedliwych”.