czwartek, 26 kwietnia 2018

BLISKOŚĆ

W historii o biblijnym patriarsze Jakubie, synu Izaaka i Rebeki, dzieje się naprawdę wiele. Bynajmniej nie jest to opowieść idylliczna. Dużo w niej kontrastów. Miłość przeplata się z nienawiścią, radość z goryczą, strata z zyskiem… Jednym słowem prawdziwe życie. Tym, co jednak czyni życie Jakuba niezwykłym, jest obecność Stwórcy.

Relacja patriarchy z Bogiem rozwijała się pośród życiowych zawirowań. Okolicznością pierwszego, zanotowanego w tekście Księgi Rodzaju, bliskiego spotkania Jakuba ze Stwórcą jest ucieczka z rodzinnego domu przed nienawiścią brata.

W drodze z Beer-Szeby do Charanu Jakub musiał nocować pod otwartym niebem i śnił osobliwy sen. Pan Bóg, podczas snu, skierował do niego takie słowa: „Ja jestem z tobą i będę cię strzegł wszędzie, dokądkolwiek pójdziesz…”. Może Pan Bóg się nieco zagalopował? „Wszędzie” i „dokądkolwiek pójdziesz”? Czy możemy oczekiwać od Stwórcy tak intensywnego zaangażowania w nasze życie? Czyż raczej nie jest nam bliższa narracja o „dalekim i odległym Bogu”, który niezbyt interesuje się tym wszystkim co przeżywamy i ewentualnie pojawia się jako oschły recenzent naszych dokonań? „To źle. To dobrze. Trzy z minusem. Następny sprawdzian za miesiąc. Tymczasem radź sobie sam”.

Jednak Bóg, który objawia się na kartach Biblii, jest Bogiem obecności. On powiedział o sobie Mojżeszowi: „Ja jestem”. Zbawcza obecność i bliskość Boga jest kluczowym elementem Jego objawienia się człowiekowi. Jego pragnieniem było i jest być blisko człowieka.

Kiedy Izrael wyszedł z Egiptu, aby posiąść Kanaan, Pan Bóg polecił Mojżeszowi nadzorowanie budowy świątyni. Jaki był cel tej budowy? „Zbudują Mi świątynię, abym zamieszkał wśród nich”. Cała historia biblijna zmierza ku temu, aby człowiek mógł w pełni doświadczać radości z bliskości i obecności Boga. Jan apostoł tak opisał tę rzeczywistość: „I zobaczyłem nowe niebo i nową ziemię. Pierwsze niebo bowiem i pierwsza ziemia przeminęły (…) I zobaczyłem miasto święte, Nowe Jeruzalem, które zstępuje z nieba od Boga, przygotowane jak panna młoda, przystrojona dla swojego męża. I usłyszałem donośny głos od tronu, jak mówił: Oto miejsce przebywania Boga z ludźmi, i będzie mieszkał z nimi. Oni będą Jego ludem, a On, ich Bóg, będzie Bogiem z nimi”.

A co teraz, kiedy wciąż oczekujemy na wypełnienie się tych szczególnych obietnic? Czy możemy doświadczać bliskości i realności Boga? Czy jest to możliwe dla takiego zwykłego, niepozornego, człowieka jak ja, żyjącego gdzieś w centrum Polski i stającego wobec wyzwać codzienności? Absolutnie tak. Tę szczególną bliskość ze Stwórcą zyskujemy w Chrystusie Jezusie, Synu Bożym – dzięki Jego wcieleniu, śmierci i zmartwychwstaniu. Bliska obecność Boga jest możliwa, gdyż, jak pisał apostoł Paweł, w Chrystusie „nie jesteśmy obcymi (…) lecz domownikami Boga”. Nie jesteśmy „odwiedzającymi” i „nieproszonymi gośćmi”, ale domownikami. To wielki przywilej. Tym co czyni chrześcijańskie życie niezwykłym doświadczeniem jest właśnie Jego obecność i bliskość.

Jak utytłany w „szambie grzechu” człowiek może doświadczać bliskości Boga? Apostoł Paweł daje taką odpowiedź: „Teraz zaś w Chrystusie Jezusie wy, którzy niegdyś byliście daleko, znaleźliście się blisko przez krew Chrystusa”. Jak blisko? Bardzo blisko: „Zamieszkam w nich i wśród nich będę się przechadzał, i będę ich Bogiem…”. Historia Jakuba uczy, między innymi, prawdy o Bożej bliskości i Jego stałej obecności z życiu tych, którzy są w Chrystusie: „Ja jestem z tobą i będę cię strzegł wszędzie, dokądkolwiek pójdziesz…”.

Trwajmy w Nim!

środa, 18 kwietnia 2018

IZAAK. DWADZIEŚCIA.

Na kartach Biblii Pan Bóg przedstawia się często jako „Bóg Abrahama, Izaaka i Jakuba”. Tekst Księgi Rodzaju – historia patriarchów – poświęcony jest głównie postaciom Abrahama oraz jego wnuka – Jakuba. O życiu Izaaka dowiadujemy się jakby nieco mniej. Jednak pozostaje on kimś ważnym w historii zbawienia. To właśnie Izaak jest tym, zapowiedzianym przez Boga Abrahamowi, synem obietnicy. W 25 rozdziale Księgi Rodzaju znajdujemy taką informację o Izaaku: „Gdy miał czterdzieści lat, ożenił się z Rebeką (…) Izaak modlił się do Pana za swoją żonę, gdyż była bezpłodna. Pan go wysłuchał i Rebeka, jego żona, poczęła”.

Kiedy otrzymujemy odpowiedź na modlitwę odczuwamy radość i zyskujemy poczucie bliskości Boga. Serce wykrzykuje: „Bóg działa!”, „On okazał swoją przychylność i spełnił to, o co Go prosiłem!”. Izaak mógł się cieszyć. Nie wątpię, że fakt narodzin swoich synów przyjął sercem wypełnionym wdzięcznością do Boga. Autor biblijny dodaje jednak taką informację: „Izaak miał sześćdziesiąt lat, gdy oni (synowie: Ezaw i Jakub) mu się urodzili”. Nie trzeba uruchamiać kalkulatora, aby wyliczyć, że upłynęło 20 lat od czasu, kiedy Izaak przekonał się o bezpłodności swojej żony i, jak przypuszczam, zaczął wołać do Boga o pomoc.

20 lat... To sporo czasu. Wyobrażam sobie Izaaka, który staje przed Bogiem w modlitwie i mówi: „Panie, Boże mojego ojca Abrahama, proszę Cię o pomoc. Moja żona, którą wybrałeś dla mnie spośród setek kobiet na ziemi, jest bezpłodna. Uczyń cud. Spraw, by jej łono stało się miejscem życia”. Dzień po dniu, przez tydzień, miesiąc, rok i kolejne lata, Izaak trwał przed Bogiem w modlitwie. Co czuł, kiedy upływający czas nie przynosił żadnej zmiany w życiu jego i Rebeki? Przecież Bóg, o którym opowiadali mu rodzice – Abraham i Sara – był Bogiem cudów. „Boże, jak długo przyjdzie mi czekać na Twoją odpowiedź?”, „Czy pocieszysz moje serce Twoim błogosławieństwem?”, „Tak bardzo pragnę, abyś zaingerował w nasze małżeństwo…”. Czas mijał i wydawało się, że Niebo pozostaje głuche na prośbę Izaaka. Jednak odpowiedź przyszła. Po 20 latach.

Kiedy myślę o tej historii zastanawiam się czy jestem gotów czekać, aby otrzymać cud od Niego, nieco dłużej niż dzień, tydzień i miesiąc. A co kiedy czas oczekiwania przedłuży się o rok, dekadę czy dwadzieścia lat? Co zagości w moim sercu w tym czasie „milczenia Nieba”? Rozgoryczenie? Frustracja? A może jednak nie zgorszę się tym brakiem natychmiastowej odpowiedzi od Boga. Może, choć czasami przez łzy, będę wołał do Niego: „Panie, ja nie rezygnuję! Wciąż ufam Tobie i czekam!”.

Jakub, wedle danej mu mądrości, napisał: „Bardzo skuteczna jest wytrwała modlitwa sprawiedliwego…”. Jako przykład tej wytrwałości podaje Eliasza, który „modlił się, i z nieba spadł deszcz, a ziemia wydała swój plon”. Tak o tej Eliaszowej wytrwałości pisała Amy Carmichael, misjonarka w Indiach, żyjąca na przełomie XIX i XX wieku:

Jeśli

nie potrafię usłyszeć „szumu ulewnego deszczu”
na długo zanim deszcz spadnie;
jeśli - wszedłszy na sam szczyt ducha,
tak blisko Boga, jak to tylko możliwe -
nie mam dość wiary, aby oczekiwać tam
z twarzą między kolanami,
choćby sześciokrotnie czy sześćdziesięciokrotnie
mówiono mi, że „nie ma nic”,
aż w końcu, że „oto maleńka chmurka wznosi się znad morza”,
jeśli tego nie potrafię,
to nie poznałem nic z miłości Golgoty.

Tej wytrwałości, w oczekiwaniu na Bożą odpowiedź na modlitwę, chcę i potrzebuję się uczyć. Izaak czekał i trwał w modlitwie 20 lat. Odpowiedź nadeszła. Błogosławieństwa z wysłuchanych modlitw życzę wszystkim czytającym ten tekst.

czwartek, 29 marca 2018

"GŁUPIA" MOWA, CZYLI WIELKANOCNE ORĘDZIE

Gdzie jest mędrzec? 
Gdzie nauczyciel Prawa? 
Gdzie badacz tego wieku? 

Powyższe pytania stawia Paweł z Tarsu w jednym z listów, a pojawiają się one przy okazji przywołania istoty apostolskiego orędzia, którym jest krzyż Chrystusa. Paweł, niegdyś fanatyczny i ogarnięty nienawiścią prześladowca Kościoła, tak określił cel swojego życia i służby: „Chrystus posłał mnie, abym głosił Ewangelię, i to nie w mądrości słowa, aby nie został pozbawiony znaczenia krzyż Chrystusa”.

Paweł, jak mało kto, dysponował ogromną wiedzą z zakresu żydowskiego Prawa i greckiej filozofii. W swoich listach i mowach, zapisanych ręką Łukasza w Dziejach Apostolskich, cytował greckich poetów, z których dziełami był najwyraźniej dobrze obeznany. Zaliczał się do intelektualnej elity ówczesnego świata. Dziś, za sprawą swojej rozległej wiedzy, byłby witany z otwartymi ramionami jako wykładowca na najlepszych uniwersytetach. Jako błyskotliwy umysł, niebojący się podejmować dysput na gruncie filozofii, byłby zapewne częstym gościem programów telewizyjnych.

Jakże niepasującym do osoby Pawła – intelektualisty I wieku – wydaje się być takie oto stwierdzenie, będące wspomnieniem jego pobytu w Koryncie: „Przyszedłem głosić wam tajemnicę Boga nie za pomocą górnolotnych słów lub mądrości. Postanowiłem bowiem będąc pośród was, nie znać niczego innego, jak tylko Jezusa Chrystusa, i to ukrzyżowanego. I stanąłem przed wami w słabości, i w bojaźni, i z wielkim drżeniem. A moje słowo i głoszenie nie opierały się na przekonywujących słowach mądrości…”.

Pawle, czy naprawdę nie masz nic ciekawego do powiedzenia? Nic, co poruszyłoby nasz umysł i zaspokoiło ciekawość? Żadnych cytatów z dzieł Eurypidesa, Aretusa czy Epimenidesa? A co z analizą poglądów Pyrrona czy Zenona z Kition? Może powiedziałbyś coś o epikurejskim podejściu do śmierci?

Paweł miał jednak orędzie, które dla wielu słuchaczy pozostawało głupim gadaniem albo gorszącą mową: „My głosimy Chrystusa ukrzyżowanego, który jest zgorszeniem dla Żydów, głupstwem dla pogan…”. W centrum jego zwiastowania pozostawał krzyż. Chrześcijańska prawda to nie górnolotne i wysublimowane słowa, ale krwawy „spektakl” z rzymskim i brutalnym narzędziem egzekucji w roli głównej. Ukrzyżowany Zbawiciel nie jest jednak obrazem słabości i niemocy Boga wobec diabelskiej nienawiści, destrukcyjnej mocy grzechu czy ludzkiej niegodziwości. Cierpiący Syn Boży, spoglądający z drzewa kaźni na oprawców, nienawistny tłum i wszystkich tych, którzy towarzyszyli Mu w ostatnich godzinach Jego życia, wypowiedział znamienne słowa: „Wykonało się!”. Te słowa są dowodem na ostateczną rozprawę ze światem zniewolonym grzechem i pozostającym pod przekleństwem śmierci.

Krzyż to pełne mocy wołanie o tym, że oto Bóg triumfuje! Wykonało się! Więzy grzechu zostały zerwane! To właśnie te więzy, nałożone na nas przez grzech, zostały przecięte, aby każdy człowiek mógł cieszyć się bliskością i przyjaźnią z Bogiem – Stwórcą. Aby tak jednak się stało muszę sobie dziś, żyjąc w XXI wieku, odpowiedzieć na pytania: Co umierający, krwawiący i wyszydzony żydowski Mesjasz ma ze mną wspólnego? Czy grzech i Szatan to jedynie narracja z bajek i legend rodem ze średniowiecza? Czy też raczej rzeczywistość, która odciska piętno na ludzkiej – mojej – egzystencji?

Ja dziękuję Bogu za krzyż, który rozwiązał problem grzechu, również mojego. Krzyż był (i wciąż jest) zwycięstwem przebaczenia nad potępieniem, uzdrowienia nad chorobą, błogosławieństwa nad przekleństwem i życia nad śmiercią. Takie jest właśnie orędzie świąt Wielkanocy: „Poselstwo krzyża jest bowiem głupstwem dla tych, którzy dążą ku zagładzie, natomiast dla nas, którzy dostępujemy zbawienia jest mocą Bożą”. Dla mnie to „moc Boża”, prawdziwa mądrość i źródło radości, a dla Ciebie?

sobota, 24 marca 2018

PRZYJAŹŃ - RADOŚĆ CZY CIERPIENIE?

Ubieranie rzeczywistości w „jeden garnitur” nie oddaje całej prawdy o życiu. Właśnie tak ma się sprawa z przyjaźnią i przyjaciółmi.

Bywa tak: „Czy nie rodzi się ból podobny do śmierci, gdy towarzysz i przyjaciel zmienia się we wroga? (…) Bywa towarzysz, który cieszy się z radości przyjaciela, lecz w czasie rozpaczy jest przeciwko niemu” (Syr 37,2.4). Ale także tak: „Przyjaciel kocha w każdym czasie, staje się bratem w nieszczęściu (…) bywa też przyjaciel, który jest bardziej oddany niż brat” (Prz 17,17; 18,24). 

Musimy się zmierzyć z rzeczywistością, w której przyjaźń okazuje się być najbardziej radosnym elementem życia, ale także może stać się miejscem największego bólu i rozczarowanie. Takie jest życie, przynajmniej w jego doczesnej postaci. Relacje z ludźmi zawsze są trudnym aspektem naszej codzienności. Niezależnie od tego jakie jest nasze dotychczasowe doświadczenie przyjaźni, warto (nawet wbrew nadziej) mieć nadzieję, że istnieje ten rodzaj więzi i bliskości, który czyni nasze życie łatwiejszym, gdy spadają na nas różne nieszczęścia: depresja, choroba, ubóstwo…

Błogosławieństwo przyjaźni, w której „przyjaciel jest bardziej oddany niż brat” to piękna strona życia. Ale bywa też inaczej… Ach, życie!

środa, 21 marca 2018

ZAŻYŁOŚĆ Z BOGIEM

Można pisać biografie wielu ludzi i wykazać się znajomością szczegółów z ich życia. Można wyliczać wiele faktów i detali o tym jacy byli i czym się zajmowali, ale przecież nie świadczy to o bliskości z tymi, o których posiedliśmy tak szczegółową wiedzę.

Podobnie można wiedzieć dużo o Bogu. Jednak wiedza to nie zażyłość. A właśnie owa „zażyłość” definiowała istotę więzi jaką Abraham posiadał ze Stwórcą. W Księdze Rodzaju znajdziemy takie oto słowa Abrahama, które przytoczył jego sługa w rozmowie z Labanem – bratem Rebeki: „JHWH, z którym żyję w zażyłości…”.

Zażyłość z Bogiem? Halo! Abrahamie! Zejdź na ziemię i nie fantazjuj! Bóg jest odległym i niepojętym bytem, który pozostaje daleki dla śmiertelników. Nie mów tylko, że Bóg jest ci bliski niczym przyjaciel i najbliższa osoba! Otrząśnij się chłopie! Słyszysz jakieś głosy? Może potrzebujesz specjalistycznej opieki medycznej? Owszem, jest jakiś tam Bóg, ale przecież On pozostaje poza możliwością nawiązania z Nim relacji. Możemy sobie opowiadać o Nim różne historie i definiować Jego osobę różnymi przymiotnikami, ale zażyłość to nie jest właściwe słowo, którego powinniśmy używać.

A jednak Abraham żył w zażyłości z Bogiem, albo inaczej „chodził z Bogiem”. Ot, po prostu. Zwyczajnie. „To dokąd tym razem wybieramy się Panie Boże? Rozkoszą są dla mnie Twoje słowa i radością napełnia mnie myśl, że kolejny dzień przyjdzie mi spędzić w Twojej obecności”.

Bliskość z Bogiem to nie jest fantazja i bajkopisarstwo. Przynajmniej nie była taką dla tych, o których czytamy na kartach Biblii. Lista „chodzących z Bogiem” jest długa: Henoch, Abraham, Jakub, Mojżesz, Jozue, Samuel, Dawid, Jeremiasz, Paweł z Tarsu… Ich życie było niezwykłe za sprawą relacji i zażyłości z Bogiem.

A co z nami? Czy ten rodzaj bliskości jest dostępny w naszych czasach?

Tę szczególną bliskość ze Stwórcą zyskujemy w Chrystusie Jezusie, Synu Bożym – dzięki Jego wcieleniu, śmierci i zmartwychwstaniu. Naturalnym stanem każdego człowieka jest wrogość i oddalenie od Boga. Pisząc swój list do Efezjan, Paweł stwierdził: „Brakowało wam nadziei i bez Boga żyliście na świecie”. To smutna rzeczywistość, u której podstaw leży grzech, ludzki egoizm i bunt przeciwko Bogu. Jednak zaraz po tych słowach o „życiu bez Boga” pojawia się pełne nadziei stwierdzenie: „Lecz teraz wy, którzy byliście niegdyś daleko, w Chrystusie Jezusie staliście się bliscy dzięki Jego krwi”. Z Bożej perspektywy wszelki „mur nieprzyjaźni” został zburzony. Bliskość i zażyłość z Bogiem jest jak najbardziej realnym doświadczeniem. Co jest tego dowodem? Obecność Ducha Świętego, który jest duchem synostwa. Apostolskie wezwanie jest klarowne: „Nawróćcie się i każdy z was niech przyjmie chrzest w imię Jezusa Chrystusa na odpuszczenie grzechów. Wtedy otrzymacie dar Ducha Świętego”. Obecność Ducha Świętego sprawia, że zażyłość z Bogiem może i powinna definiować naszą relację z Nim.

Panie, nie chcę być jedynie „wiedzącym” o Tobie, ale chcę, podobnie jak Abraham, „chodzić z Tobą” i „żyć w zażyłości”. Twoja bliskość jest tym czego pragnę. Doświadczenie Twojej obecności to najcenniejszy skarb i największa radość.

środa, 14 marca 2018

KIEDY BÓG DWUKROTNIE WYPOWIADA TWE IMIĘ

Historia Abrahama zwarta jest w 13. rozdziałach Księgi Rodzaju i obejmuje około sto lat z życia patriarchy. Od samego początku treścią tej opowieści jest obietnica w której pojawia się zapowiedź potomstwa. Po 25 latach oczekiwania Abraham i Sara doświadczają cudu – narodziny Izaaka stają się faktem.

To, co wydawało się niemożliwe, z ludzkiej perspektywy, wypełniło się! Sara, po urodzeniu pierworodnego, mogła odważnie i satysfakcją zaświadczyć: „Powód do śmiechu dał mi Bóg (…) Któż by ośmielił się rzec Abrahamowi: Sara będzie karmiła piersią, a jednak urodziłam syna mimo podeszłego wieku mego męża!”. Wszystko ułożyło się nad wyraz pozytywnie. Euforia i poczucie spełnienia wypełniły życie stuletniego Abrahama i dziesięć lat młodszej Sary. Być może, patrząc jak ich syn rośnie i rozwija się, wznosili do Boga modlitwę wdzięczności: „Panie, Ty okazałeś się prawdomówny i wierny!”. Abraham z dumą raczył mieszkańców Beer-Szeby i okolic opowieściami o Izaaku. Cieszył się obserwując jak jego syn stawia swoje pierwsze kroki, wypowiada pierwsze słowa i nabywa nowych umiejętności. Z czasem wprowadził Izaaka w tajniki życia pasterzy i powierzył mu odpowiedzialność za stada, które stanowiły o zamożności ich rodziny. Wszystko układało się dobrze. Wręcz cudownie! I wtedy nadchodzi ten szczególny dzień. Autor biblijny przekazuje taką treść: „Bóg wystawił Abrahama na próbę”.

Próba? Dobrze, zawsze są jakieś próby w życiu. Co tym razem, Boże? Znowu jakaś wędrówka w nieznane? Już przeżyłem z Tobą wiele lat. Właściwie to z ekscytacją czekam na Twoje polecenia. Ty zawsze masz takie cudowne obietnice. Jak ja kocham Twoje działanie!

Może właśnie takie myśli towarzyszyły Abrahamowi.

Tymczasem Bóg rzekł: „Weź twego syna jedynego, którego miłujesz, idź do kraju Moria i tam złóż go w ofierze na jednym z pagórków, jaki ci wskażę”.

Każde słowo musiało boleć. Weź syna. Jedynego syna. Tego, którego miłujesz. Tego, który jest twoją radością. Tego, wraz z którego pojawieniem się na świecie życie twoje i Sary wypełniło się śmiechem. Złóż go w ofierze...

Moria? Izaak? Ofiara? W czasach Abrahama ofiary z ludzi były czymś, co mieściło się w ramach religijnego sposobu myślenia mieszkańców Bliskiego Wschodu. Ślady składania ofiar z ludzi (dzieci) są też obecne na kartach Biblii. Abraham wiedział czym jest składanie ofiar. Z pewnością słyszał też o przypadkach składania dzieci w ofierze bogom. Tak czynili zapewne mieszkańcy Kanaanu.

Autor biblijny przekazuje, że Abraham wraz z Izaakiem ruszył do krainy Moria. W wyznaczonym przez Boga miejscu „zbudował ołtarz, ułożył na nim drwa i związawszy syna swego Izaaka, położył go na tych drwach na ołtarzu. Potem sięgnął ręką po nóż, aby zabić swego syna”.

Izaak umarł. Przynajmniej dla Abrahama. Abraham wypuścił z rąk, to co było największym skarbem i radością jego życia. Charles R. Swindoll w książce „Abraham. Niezwykła podróż wiary pewnego człowieka”, pisze: „To, czego się kurczowo trzymasz, jest zazwyczaj właśnie tym, co – zgodnie z prośbą Boga – masz wypuścić z rąk (…) Bóg prosi nas, byśmy nie ściskali kurczowo w dłoniach tego, co stanowi nasz największy skarb. Co w takim razie jest nim dla ciebie? Czy chodzi o jakieś dobra materialne: coś, co można kupić, sprzedać lub wymienić? A może to coś związanego z twoją pracą? Coś, co – oprócz tego, że pozwala ci zdobyć środki do życia – stanowi podstawę twojej tożsamości? A może to marzenie, które nosisz w sobie całe życie, któremu poświęcasz całą uwagę, wszystkie swoje siły, czas i pieniądze? A może twoim największym skarbem jest relacja z jakąś osobą? Jak wyglądałaby twoja sytuacja, gdybyś wypuścił z rąk ten skarb? I najtrudniejsze pytanie: kiedy to zrobisz?”.

W chwili, gdy Abraham podniósł nóż, by zadać cios Izaakowi, rozległ się głos Anioła Pańskiego: „Abrahamie, Abrahamie!”. To bardzo szczególna sytuacja, kiedy Bóg dwukrotnie powtarza czyjeś imię. Na kartach Biblii zdarza się to bardzo rzadko, ale w rezultacie mamy do czynienia z przełomowym momentem w historii. „Saulu, Saulu, dlaczego mnie prześladujesz?” – odtąd Saul stał się Pawłem – gorliwym głosicielem Chrystusa i tym, który „wzruszył cały świat”. „Samuelu, Samuelu!” – od tej chwili Samuel stał się proroczym głosem dla Izraela – tym, który namaścił Dawida na króla. „Mojżeszu, Mojżeszu!” – Bóg zainterweniował, by upokorzyć Egipt i upomniał się o uciemiężonych potomków Jakuba. Tak zaczęła się historia Izraela jako narodu.

„Abrahamie, Abrahamie!”. Abraham stał się tym, do czego powołał Go Bóg: „ponieważ nie odmówiłeś Mi syna twego jedynego, będę ci błogosławił i dam ci potomstwo tak liczne jak gwiazdy na niebie i jak ziarnka piasku na wybrzeżu morza; potomkowie twoi zdobędą warownie swych nieprzyjaciół…”.

Paweł nazywa Abrahama „praojcem wiary”. Autor Listu do Hebrajczyków pisze, że Abraham, składając Izaaka w ofierze, dał wyraz przekonaniu, że „Bóg jest mocen wskrzesić umarłych”, a Jakub przywołując wydarzenia z krainy Moria zaznacza, że wiara patriarchy „stała się doskonała”, a on sam „został nazwany przyjacielem Boga”.

Historia Abrahama to opowieść o człowieku w którego sercu Pan Bóg nie miał żadnego rywala. Treścią życia patriarchy nie były rzeczy i błogosławieństwa, którymi obdarzał go Stwórca, ale sam Bóg. On jedynie.

Z pewnością nie wszystko pojmuję z tej biblijnej historii. Mój ograniczony rozum nie jest wstanie pojąć dramatu próby wobec której stanął Abraham. Wiem jednak, że Bożym pragnieniem i pasją jest mieć nas na wyłączność dla siebie, dokładnie tak jak On pozyskał Abrahama. Zadaję sobie pytania: Czy moje serce jest wolne, aby kochać Jego i tylko Jego? Czy jestem gotów oddać Mu wszystko to, co jest dla mnie cenne i wartościowe? Nie dlatego, że On jest chciwym i kapryśnym Bogiem, ale dlatego, że On wie czym jest prawdziwa wolność i radość. Ich źródłem nie są rzeczy i możliwość otrzymania od Boga błogosławieństw, ale On sam: „Będziesz miłował Pana, Boga twego, ze wszystkiego serca twego, i ze wszystkiej duszy twojej i ze wszystkiej myśli twojej”.

czwartek, 8 marca 2018

GŁÓD BOGA, CZYLI LEKCJA Z ŻYCIA ABRAHAMA

Autor biblijny przytacza takie wydarzenie z życia Abrahama: „Zasadził w Beer-Szebie drzewo tamaryszkowe. Tam też wzywał imienia Pana, Boga Wiekuistego”. Opis tego zdarzenia pojawia się w kontekście przymierza, jakie Abraham zawarł z Abimelekiem – władcą Gerary. 

To proste zdanie „wzywał imienia Pana, Boga Wiekuistego (hbr. El Olam)” przekazuje ważną treść. Abraham świadomie budował swoją relację z Bogiem. To nie tylko Pan Bóg był inicjatorem ich spotkań, choć oczywiście wiele razy to właśnie On ukazywał się Abrahamowi, aby przekazywać mu swoją wolę, objawiać swój plan i składać obietnice sięgające dalej niż tylko życie patriarchy. Abram nie pozostawał bierny w swojej więzi z Bogiem. W tekście biblijnym znajdziemy opis jak „buduje ołtarz dla JHWH i wzywa Jego imienia”.

Wygląda na to, że głód i tęsknota z Bogiem były nieodłącznym elementem życia Abrahama. Najwyraźniej spotkania, których doświadczył z Bogiem spotęgowały jego apetyt, aby poznać i zasmakować więcej z Jego obecności, łaski i przychylności. Tekst biblijny nie podaje szczegółów tego „wzywania imienia Pana, Boga Wiekuistego”. Może były to krótkie, ale płynące z głębi duszy i proste słowa: „Boże, Ty jesteś treścią mojego życia. Odkąd Ciebie poznałem, moje serce nie przestaje tęsknić za Tobą. Chcę słyszeć Twój głos jeszcze wyraźniej. Chcę widzieć Twoje działanie. Poddaję się Tobie. Czyń swoją wolę”. Może były to słowa, którymi Abraham opowiadał Bogu o swoich codziennych zmaganiach, radościach i zwycięstwach, smutach i porażkach… Nie znamy szczegółów. Wiemy jednak, że „wzywał imienia JHWH”. Trwał w relacji z Bogiem i czynił w swoim życiu miejsce dla Jego obecności. Planował czas i miejsce, aby móc doświadczać bliskości Tego, którego głos usłyszał po raz pierwszy w Charanie: „Wyjdź z twojej ziemi rodzinnej i z domu twego ojca do kraju, który ci ukażę…”.

Jedną z cech Bożego działania w naszym życiu jest głód Jego obecności. To pragnienie Boga sprawia, że w sposób świadomy czynimy dla Niego miejsce pośród „prozy życia”. Chwile spędzone na lekturze Jego Słowa, modlitwa i „niewymowne westchnienia”, o których pisał Paweł, są nam potrzebne, aby przyjaźń i relacja z Bogiem nie były tylko sloganem, ale rzeczywistością. Łatwo dać się unieść obowiązkom życia rodzinnego i zawodowego, łatwo też zapomnieć o „budowaniu ołtarzy” i „wzywaniu imienia JHWH”. Życie i przykład Abrahama – przyjaciela Bożego – uczy, że to na nas spoczywa odpowiedzialność, aby czynić dla Boga miejsce pośród codzienności wypełnionej pracą zawodową czy życiem rodzinnym.

Tak o swoim głodzie Boga pisał, żyjący w XVIII wieku, purytański kaznodzieja i teolog, Jonathan Edwards: „Moja dusza bardzo pożądała więcej Boga i Chrystusa, więcej świętości, co zdawało się wypełniać moje serce aż do granic wytrzymałości. Większość czasu poświęcałem na rozmyślanie nad rzeczami Bożymi, rok po roku, często spacerując samotnie w lasach i ustronnych miejscach. Rozmyślałem, modliłem się i rozmawiałem z Bogiem. W tych czasach miałem zwyczaj wyśpiewywać moje modlitwy i myśli. Prawie zawsze wybuchałem modlitwami w różnych miejscach! Modlitwa zdawała mi się czymś naturalnym – była ona jakby tlenem podtrzymującym płomień mojego serca”.

Takiego głodu Boga życzę sobie i innym. Niech Jego skutkiem będzie codzienne „wzywanie imienia Pana, Boga Wiekuistego”, tak jak miało to miejsce w życiu patriarchy Abrahama. 

środa, 28 lutego 2018

CZY NAPRAWDĘ?

Kiedy Sara usłyszała zapowiedź daną Abrahamowi przez Boga: „O tej porze za rok znów wrócę do ciebie, twoja zaś żona, Sara, będzie miała wtedy syna” zareagowała śmiechem, a w jej głowie zaświtała myśl: „Czy naprawdę będę mogła rodzić, gdy już się zestarzałam?”. 

Jej zwątpienie było oparte na analizie rzeczywistości. Fakty nie kłamały: Abraham miał już prawie sto lat, ona była dziewięćdziesięcioletnią i przekwitłą kobietą. Nie da się oszukać biologii ciała. Menopauza była zresztą tylko przypieczętowaniem jej bezpłodności. Sara położyła na wadze swoje niedowierzanie poparte racjonalnymi argumentami. Odważnik z napisem: „Czy naprawdę?” zaciążył na szalce i zdawał się wołać: „Już wszystko rozstrzygnięte. Koniec. Nic nie da się zrobić”.

Ale to nie był koniec. Na przeciwległej szalce Pan Bóg położył swój odważnik: „Czy jest coś, co byłoby niemożliwe dla Pana?”. Ciężar jakościowy prawdy o wszechmocy Boga stał się argumentem nie do zbicia. Zwątpienie i niepewność Sary musiały uznać wyższość prawdy, że „Dla Boga nie ma nic niemożliwego”. On nie przejmuje się racjonalnymi dowodami i argumentami. W całej historii Jego obecność i wszechmoc przemawiała głośniej i dobitniej niż niewiara człowieka. Sara poddała się sile argumentu, że „Bóg jest Wszechmogący – El Szaddaj”.

Kiedy na szali twojej wagi kładziesz, przed Bogiem, całą listę uzasadnień, że On czegoś nie może zrobić, wiedz, że On dysponuje ciężarkiem o nazwie: „Jam jest Bóg Wszechmogący”. Kiedy uczniowie Jezusa stanęli wobec potrzeb kilkutysięcznego, wygłodniałego, tłumu ludzi z pięcioma chlebami i dwiema rybami, w ich głowach rozbrzmiewała pieśń zwątpienia: „Nie mamy nic… tylko pięć chlebów jęczmiennych i dwie ryby, lecz cóż to jest dla tak wielu?”. Podobnie jak w życiu Sary, tak i w tej sytuacji zwyciężyła siła Bożych argumentów. On okazał swoją moc. Objawił się jako El Szaddaj – Bóg Wszechmogący. Tłumy nasyciły swój głód: „Jedli wszyscy do syta, a z tego co pozostało, zebrano dwanaście pełnych koszy ułomków”. Jak liczne były to tłumy? Ewangelie podają, że „było około pięciu tysięcy mężczyzn, nie licząc kobiet i dzieci”.

Kiedy w moim sercu powstaje zwątpienie i niewiara, chcę przypominać sobie o Jego dziełach. Chcę pamiętać, że nawet w obliczu mojej niewiary „On wiary dochowuje”. Przypominam sobie Jego dzieła, których dokonał, w historii ludzi Starego i Nowego Testamentu i przyglądam się jak jego odważnik z przesłaniem: „Ja Jestem Bóg Wszechmogący” przechyla szalki wagi i odbiera mi argumenty, aby trwać w zwątpieniu i pytać „Czy naprawdę?”.

„Przypomnę sobie lepiej dzieła PANA. Tak! Wspomnę Twoje dawne cuda. Zagłębiłem się więc we wszystko, czego dokonałeś, I zacząłem rozważać Twoje czyny. Boże, wszystko, co robisz, jest święte! Który bóg jest tak wielki jak nasz Bóg? Jesteś Bogiem, który czyni cuda! Całym ludom dałeś poznać swoją moc. Silnym ramieniem odkupiłeś swój lud — Synów Jakuba i Józefa. Sela. Zobaczyły Cię wody, o Boże, Zobaczyły – i wzniosły swe fale! Tak, uniosły się głębie! Spłynęły wodą obłoki, Chmury wydały głos. Tak! Posypały się Twoje strzały! Głos Twego grzmotu słychać w zawierusze, Błyskawice rozświetliły świat, Ziemia zatrzęsła się i zadrżała. Twoja droga wiedzie przez morze, Twoja ścieżka przez wielkie wody, A Twoje ślady — nierozpoznane. Prowadź nadal swój lud niczym stado, Jak dawniej ręką Mojżesza i Aarona”.

OCZEKIWANIE

W Księdze Rodzaju znajdują się dwa, następujące po sobie, wersety opisujące wydarzenia z życia Abrama (późniejszego Abrahama): „Abram miał lat osiemdziesiąt sześć, gdy mu Hagar urodziła Izmaela. A gdy Abram miał dziewięćdziesiąt dziewięć lat, ukazał mu się Pan i rzekł do niego…”. Od narodzin Ismaela do chwili, kiedy Pan ukazuje się Abramowi i komunikuje: „chcę zawrzeć moje przymierze pomiędzy Mną a tobą…” upływa trzynaście lat. 

Autor biblijny nie przekazuje informacji jak układało się życie Abrama w tym czasie. Czy było to trzynaście lat zupełnego milczenia Boga? Jak Abram w tym czasie układał swoją relację z JHWH? Czy, wzorem lat minionych, „budował ołtarze dla Pana”, aby czynić w swoim życiu miejsce dla Jego obecności? Czy poddał się temu, co nazywamy „prozą życia” i pozwolił, aby Boże obietnice pokryły się warstwą kurzu? Nie wiemy nic o tych trzynastu latach w życiu Abrama. Czytamy jedynie, że gdy miał dziewięćdziesiąt dziewięć lat Pan przyszedł, aby odnowić z nim swoje przymierze i potwierdzić niezmienność obietnicy: „żona twoja, Sara, urodzi ci syna, któremu dasz imię Izaak”.

Szesnasty rozdział Księgi Rodzaju jest zapisem słów, które Pan Bóg wypowiada do Abrahama. Kulminacyjnym momentem jest obietnica syna, który ma narodzić się z Sary. Tak reakcję Abrahama, na te słowa o potomku, oddaje tekst biblijny: „upadłszy na twarz, roześmiał się…”. Następnie czytamy o wątpliwościach, które targały umysłem Abrahama: „Czyż człowiekowi stuletniemu może urodzić się syn?”.

Te trzynaście lat, jakie upłynęły od narodzin Ismaela do ukazania się Boga, prawie stuletniemu, Abrahamowi, stanowiły próbę dla wiary i zaufania w Boży plan. Marzenia Abrahama musiały zostać skonfrontowane z rzeczywistością upływającego czasu. Z każdym upływającym miesiącem i rokiem Abraham zdawał się być coraz dalej od obietnicy „posiadania potomstwa licznego jak pył ziemi”. Wspaniałość Bożych obietnic wydawała się być czymś odległym i niemożliwym do zrealizowania. A przecież miało być tak cudownie… Wszak to Pan Bóg powiedział do Abrahama: „Spójrz na niebo i policz gwiazdy, jeśli zdołasz to uczynić. Tak liczne będzie twoje potomstwo”. Tymczasem mijały dni, tygodnie, miesiące i lata… 

Serce Abrahama mogło być siedliskiem wielu pytań. Boże, czy Ty jeszcze o mnie pamiętasz? Chyba już minął ten czas właściwy dla wypełnienia się Twojego słowa w moim życiu… Już za późno: „Czy stuletniemu człowiekowi może urodzić się syn?”. Spóźniłeś się, Panie Boże. Wygląda na to, że musisz znaleźć sobie kogoś innego, aby zrealizować plan udzielenia „błogosławieństwa wszystkim narodom ziemi”. To wszystko wydawało się takie piękne jeszcze kilkanaście lat temu… Teraz już nie ma szans na powodzenie dla Twoich planów.

Pan Bóg się jednak nie pomylił! Upływające lata, które w oczach Abrahama oddalały go od wypełnienia się Bożej obietnicy, nie zmieniły Bożych planów. Bóg nie zapomniał i nie cofnął danego przyrzeczenia. Oddalił jedynie czas jego realizacji i pozwolił na zaistnienie kilkunastoletniego okresu, kiedy rzeczywistość zdawała się krzyczeć do Abrahama i Sary: „Już za późno!”. Ten krzyk potężniał, wraz z upływającymi latami…

W świecie, gdzie wszystko ma się dziać szybko, natychmiast i już, upływający czas i przedłużające się oczekiwanie na realizację naszych planów jest nieznośnym elementem egzystencji. Nie lubimy czekać. Wgląda jednak na to, że cierpliwe czekanie jest wpisane w harmonogram Bożego działania w naszym życiu. Nasze serca łatwo poruszyć wielką wizją i obrazem błogosławieństwa, którego ogrom często przekracza możliwość percepcji naszego umysłu. Znacznie trudniej jest nam zaakceptować fakt, że na wypełnienie się Bożych obietnic przyjdzie nam czekać. Długo czekać. Czasami Boża obietnica zawiera jasno ustaloną klauzulę czasu, jaki musi upłynąć, aby nastąpiło jej wypełnienie. Często jednak nie wiemy dokładnie jak długo przyjdzie nam wypatrywać, aby ujrzeć wypełnienie się słów Tego, którego „dobrodziejstwa (dary) i powołanie są nieodwołalne”.

W czasie oczekiwania na wypełnienie się Bożych obietnic warto przypomnieć sobie słowa, którymi Pan przemówił do Habakuka: „Na moich czatach stać będę, udam się na miejsce czuwania, śledząc pilnie, by poznać, co On powie do mnie (…) I odpowiedział Pan tymi słowami: Zapisz widzenie, na tablicach wyryj, by można było łatwo je odczytać. Jest to widzenie na czas oznaczony, lecz wypełnienie jego niechybnie nastąpi; a jeśli się opóźnia, ty go oczekuj, bo w krótkim czasie przyjdzie niezawodnie”.

Oczekuj.
Ufaj.
Nie wątp.
Bóg jest wierny.
Jego Słowo jest pewne. 

czwartek, 22 lutego 2018

O SALAMINIE, EPIFANIUSZU I JEDNOŚCI KOŚCIOŁA

Salamina to starożytne miasto portowe na Cyprze, znane chociażby z tekstu Dziejów Apostolskich jako miejsce na trasie pierwszej wyprawy misyjnej Pawła (wraz z Barnabą i Janem Markiem). To w Salaminie apostołowie mieli „przeprawę” z, należącym do otoczenia prokonsula rzymskiego Sergiusza Pawła, magiem Bar-Jezusem. Nie postąpili z nim bynajmniej „dyplomatycznie”. W obliczu jego zwodniczej działalności, mającej negatywny wpływ na słuchającego Ewangelii rzymskiego urzędnika, Paweł zadeklarował: „Podstępny oszuście! Potomku diabła! Nieprzyjacielu wszelkiej sprawiedliwości! Kiedy przestaniesz wreszcie wykrzywiać proste drogi Pana? Właśnie teraz dotknie cię ręka Pańska i stracisz wzrok. Przez pewien czas nie będziesz widział słońca”. Będący świadkiem wypełnienia się tych słów prokonsul uwierzył i, jak zapisał Łukasz, „Był pełen podziwu dla nauki Pańskiej”.

W IV wieku Salaminę nawiedziło trzęsienie ziemi, które zrujnowało miasto. Odbudowę zawdzięcza Konstantynowi Wielkiemu (był cesarzem rzymskim od 306 roku) i zyskało nazwę Konstancja. Najwyraźniej wpływy Ewangelii, przyniesionej przez Pawła i Barnabę, przetrwały w Salaminie. Na czele tamtejszego Kościoła, w 367 r., stanął, pochodzący z Palestyny, Epifaniusz. Urodził się on we wsi Besanduk w okolicach Eleutheropolis („Miasto Wolności”). W czasach Epifanisza Eleutheropolis było bogatym miastem i ośrodkiem monastycyzmu. Po 34 latach od założenia i kierowania ośrodkiem monastycznym w Eleutheropolis, Epifaniusz objął biskupstwo w na Cyprze. Odtąd będzie znany jako Epifaniusz z Salaminy.

Epifaniusz był płodnym pisarzem. Pierwsze z zachowanych dzieł Epifaniusza (lata 373/374) nosi tytuł „Zakotwiczony” i jest to wykład prawd wiary na temat Trójcy, wcielenia oraz zmartwychwstania. Największym dziełem Epifaniusza jest „Skrzynka” (Panarion). Pochodzi z lat 373/374–377/378 i zawiera szczegółowe omówienie błędnych, względem ortodoksji chrześcijańskiej, nauk rozpowszechnianych przez przeróżnych nauczycieli ówczesnego świata. Dziełem cypryjskiego biskupa jest też „O miarach i wagach” (392 r.), czyli encyklopedia biblijna. Autor poświęcona w niej uwagę księgom i przekładom Pisma Świętego, wspomnianym w Biblii miarom i wagom, a także opisuje topografię Palestyny. Znany jest także jego alegoryczny wykład symboliki kamieni w napierśniku arcykapłana, zatytułowany „O dwunastu kamieniach szlachetnych” (394/395 r.). Epifaniusz pisał także listy oraz traktaty przeciwko czczeniu obrazów.

Epifaniusz swoje dzieło o herezjach wieńczy tekstem o autorytecie i jedności Kościoła rozproszonego po całym świecie. Wydaje mi się, że warto rozważyć jego słowa. Oto one:

Kościół, chociaż jest rozsiany po całym świecie aż po krańce ziemi, otrzymał od apostołów i ich uczniów wiarę w jednego Boga Ojca Wszechmogącego, „który stworzył niebo, ziemię, morza i wszystko, co w nich istnieje” i w jednego Jezusa Chrystusa, Syna Bożego, który wcielił się dla naszego zbawienia; i w Ducha Świętego, który przez proroków głosił drogi ekonomii zbawienia oraz przybycie, narodzenie z Dziewicy, mękę, powstanie z martwych, cielesne wzięcie do niebios umiłowanego Chrystusa Jezusa naszego Pana, a także Jego przybycie z niebios w chwale Ojca, aby „zrekapitulować wszystkie rzeczy” i wskrzesić wszelkie ciało całej ludzkości, aby wobec Jezusa Chrystusa, naszego Pana, Boga, Zbawcy, Króla, zgodnie z upodobaniem niewidzialnego Ojca, „zgięło się każde kolano istot niebieskich, ziemskich i podziemnych i aby każdy język Go wyznał”; i aby dokonał wobec wszystkich sprawiedliwego sądu, i aby posłał na wieczny ogień „duchy niegodziwości”, aniołów, którzy popełnili grzech i stali się odstępcami, oraz ludzi bezbożnych, niesprawiedliwych, niegodziwych i bluźnierców, lecz aby obdarzył życiem, darował nieśmiertelność i zachował wieczną chwałę dla sprawiedliwych, świętych, którzy przestrzegali Jego przykazań i w Jego miłości wytrwali (niektórzy od początku, niektórzy od nawrócenia).

Skoro Kościół, jak wspomnieliśmy, otrzymał to nauczanie i tę wiarę, chociaż jest rozproszony po całym świecie, jednak troskliwie ich strzeże, jak gdyby mieszkał w jednym domu. I wierzy w nie podobnie, jak gdyby miał jedną duszę i to samo serce, a także głosi, naucza i przekazuje je zgodnie, jak gdyby miał jedne usta. Chociaż języki świata różnią się, jednak siła tradycji jest jedna i ta sama. I nie mają innej wiary ani nie przekazują jej w inny sposób Kościoły założone w Germanii, ani te założone w Hiszpanii, ani te wśród Celtów, ani te na Wschodzie, ani w Egipcie, ani w Libii, ani te założone w środku świata. Lecz jak słońce, stworzenie Boże, jest na całym świecie jedno i to samo, tak samo i światło, głoszenie prawdy, wszędzie świeci i oświeca wszystkich ludzi, którzy chcą „dojść do poznania prawdy”. I ani ten, który w gronie stojących na czele Kościołów wyróżnia się mocą słowa, nie powie nic innego od tych rzeczy („ponieważ nikt nie jest ponad nauczyciela”), ani ten, który jest słaby w mowie, nie pomniejszy tradycji. Ponieważ wiara jest jedna i ta sama, ani ten jej nie powiększył, który wiele może o niej powiedzieć, ani nie pomniejszył ten, który mało.

Źródło cytowanego tekstu: Epifaniusz z Salaminy, „Panarion. Herezje 1–33. Tekst grecki i polski”, Przekład i wstęp: ks. Marek Gilski. Opracowanie tekstu greckiego i komentarz polski: ks. Arkadiusz Baron.

Jeśli kogoś interesuje lektura „Panarionu”, to można zajrzeć tutaj: http://bc.upjp2.edu.pl/Content/3254/Panarion_herezje.pdf

środa, 21 lutego 2018

ANDRZEJ KRZYCKI I ARCYKATOLICKIE MAZOWSZE

„Młody, zdolny sekretarz, perfekcyjnie mówiący i piszący po łacinie, wyborny znawca sztuki, muzyki, poeta, prawnik i co ważniejsze, niezwykle inteligentny i przebiegły, a więc niebezpieczny, dyplomata” tak o Andrzeju Krzyckim (1482-1537) napisał dr Leszek Barszcz w biografii prymasa Polski „Życie Criciusa”. Anrdeas Cricius to pseudonim literacki Krzyckiego.

Studiował pod kierunkiem wybitnych humanistów na uniwersytecie w Bolonii. Po powrocie do Polski (1501) rozpoczął karierę w hierarchii kościelnej. Lista godności Andrzeja Krzyckiego jest bardzo długa: kanonik poznański (1504), kanclerz katedralny (1507), biskup przemyski (1523), biskup płocki (1527), arcybiskup gnieźnieński i prymas Polski (1535).

Prymas Krzycki był przeciwnikiem Reformacji i krytykiem Marcina Lutra, któremu poświęcił ironiczne dzieło pt. „Encomium Lutheri” („Pochwała Lutra”). Jednak, co ciekawe, jak pisze Janusz Tazbir: „w Rzymie nie przeczytano dziełka, a sądząc jedynie po samym tytule, wpisano je w XVII wieku na indeks”. Cóż za niesprawiedliwość dziejowa! Gorliwy obrońca wiary katolickiej znalazł się na indeksie kościelnym.

Jak Andrzej Krzycki walczył z Reformacją?

Zaczęło się w Przemyślu.

Obszar biskupstwa przemyskiego, za sprawą kontaktów z handlowych z „elementem niemieckim”, był miejscem przenikania pism Marcina Lutra. W tekście ks. Romana Nira „Stanowisko biskupa Krzyckiego wobec Luteranizmu” czytamy: „Przede wszystkim przywiązywał ogromną wagę do walki z luteranizmem środkami administracyjnymi, i stąd starał się, aby edykty Zygmunta I przeciw luteranizmowi były wprowadzone w życie w diecezji. Szczególne czynił tu zabiegi koło edyktu królewskiego z 5 września 1523 roku. Edykt nakazywał poszukiwanie książek błędnowierczych w domach prywatnych. W przypadku znalezienia heretyckich książek miano stosować karą spalenia książek. Równocześnie edykt zakazywał drukowania i sprzedawania wszelkich książek bez uprzedniej cenzury i zezwolenia rektora uniwersytetu krakowskiego. Działalność antyluterską w diecezji przemyskiej prowadził Andrzej Krzycki w kilku kierunkach. W zarządzeniach administracyjnych ostro występował przeciwko nawet najmniejszym przejawom luteranizmu. Ogłosił w diecezji edykt, którym chciał zatamować nowatorstwo religijne”.

Potem był Płock.

Ks. Roman Nir pisze: „Tych, którzy jawnie wypowiadali swoje sympatie dla poglądów Lutra lub opuścili diecezję i udali się do Prus, zarządzeniem administracyjnym usunął biskup z zajmowanych beneficjów. Tak było w wypadku kapłana Jana, który rzucił strój kapłański i nauczał błędów luterskich w Mławie, pozbawiony został beneficjum i wezwany przed sąd. Dołożył starań u Zygmunta I, by heretycy w diecezji płockiej zostali pozbawieni posiadłości (…) Na wiosnę 1529 roku odbył biskup Krzycki synod diecezjalny. Zachował się tylko protokół synodu. Protokół zanotował krótko, że biskup zobowiązał kler diecezji do ścigania heretyków”. Skutek działań biskupa był taki, że „diecezja płocka w latach rządów Krzyckiego nie miała licznych wyznawców luteranizmu, a zwłaszcza wśród wybitniejszych osobistości”.

Wyniesienie Krzyckiego na arcybiskupstwo gnieźnieńskie w 1535 roku nie zakończyło jego antyluterskiej działalności.

Wśród rozlicznych dzieł Andrzeja Krzyckiego jest też wiersz „Przykazania dla dobrego luteranina”, w którym rozprawia o „zarazie” luterańskiej.

Ciekawym jest fakt, że biskup Krzycki pozostawał w kontakcie listowym z Filipem Melanchtonem (1497-1560) i zabiegał o jego przyjazd do Polski. Żywił nadzieję, że po opuszczeniu przez Melanchtona Wittenbergi, pojawi się możliwość przejścia tego luterańskiego teologa na katolicyzm. Ks. Roman Nir w tekście „Próba nawrócenia Melanchtona przez biskupa Andrzeja Krzyckiego” pisze: „Do przywódcy reformacji biskup płocki odnosił się z szacunkiem właściwym humaniście. Nie szczędził mu pochwał i komplementów, a na swój dwór zapraszał w nadziei, że w ten sposób pozbawi oponentów Kościoła rzymskiego głównego teoretyka luteranizmu”.

Biskup płocki Andrzej Krzycki to niewątpliwie szczególna i wybitna postać Renesansu. Jego dziedzictwo duchowe, wraz z niechęcią do protestanckiej Reformacji, wciąż jest czymś obecnym na Mazowszu, o którym mówiono: „Arcykatolickie Mazowsze”. Mazowsze, tak w kraju, jak i poza jego granicami, szczyciło się wśród katolików sławą prowincji wolnej od „herezji”. Nuncjusz papieski, Juliusz Ruggieri, pisząc w 1568 roku do Pawła V, tak określił sytuację w Polsce: „powstało wiele nowych i brzydkich herezji, które się następnie na wszystkie prowincje z wyjątkiem Mazowsza rozprzestrzeniły. Mazowsze, Bogu niech będą dzięki, zachowało czystość wiary i można o nim powiedzieć, że jest równie katolickie jak Italia”.

Z Mazowsza pochodzi najbarwniejsza postać polskiej kontrreformacji, urodzony na terenie dzisiejszego Grójca (dawniej Grodźca), ks. Piotr Skarga – jezuita. Zasłynął m.in. jako przeciwnik Konfederacji Warszawskiej, jednego z pierwszych w Europie aktów szerokiej tolerancji religijnej. Janusz Tazbir pisał, że „miota Skarga na ustawę najgorsze wyzwiska, szlachcica zaprowadzającego w swoich dobrach reformację nazywa mianem lwa jadowitego, drapieżcy, psa głodnego”.

Taka to historia mojego Mazowsza…

sobota, 17 lutego 2018

BOŻA OBIETNICA I LUDZKA BEZRADNOŚĆ

W Księdze Rodzaju możemy przeczytać o pewnych wydarzeniach, które zdarzyły się na przestrzeni 100 lat życia Abrama – późniejszego Abrahama. Wciąż powtarzającym się elementem narracji biblijnej są słowa: „Pan (JHWH) powiedział (przemówił) do Abrama…”.

Po raz pierwszy Abram usłyszał przemawiającego JHWH, kiedy był jeszcze w Charanie – miejscowości położonej w żyznym regionie Mezopotamii. Słowa, którymi JHWH przemówił do Abrama zawierały między innymi obietnicę błogosławieństwa – jego zakres był „globalny” i obejmował „wszystkie ludy ziemi”. W całej historii Abrahama słowo „błogosławieństwo” pojawia się bardzo często. Obietnica błogosławieństwa Abrahama splata się z historią ludzi „z każdego plemienia, języka i narodu”. Bóg deklaruje, że „przez niego (Abrahama) otrzymają błogosławieństwo wszystkie narody ziemi”. Niezwykłe.

Paweł, w Liście do Galatów, wyjaśnia sposób wypełnienia się tego niezwykłego błogosławieństwa: „błogosławieństwo Abrahama stało się w Chrystusie Jezusie udziałem narodów…”. Tym błogosławieństwem jest usprawiedliwienie (uniewinnienie) przed Bogiem dzięki wierze i usynowienie przez Boga. To „przybrane synostwo” potwierdzane jest obecnością Ducha Świętego, który zaświadcza, że należymy do Boga: „A ponieważ jesteście synami, Bóg wysłał do naszych serc Ducha swego Syna, który woła: ‘Abba, Ojcze!’”.

Bezsilność człowieka i moc obietnicy

Abraham, podobnie jak jego żona Sara, byli bezsilni wobec zapowiedzi posiadania potomstwa. Wszelkie okoliczności zdawały się krzyczeć do Abrahama: „Nic z tego nie będzie!”. Bóg zapowiedział Abrahamowi, że jego potomstwo będzie liczne jak „proch ziemi”, tymczasem rzeczywistością było „obumarłe łono Sary”. Jednak, jak czytamy w Liście do Rzymian, Abraham „nie zwątpił w Bożą obietnicę, ale umocnił się w wierze, oddając cześć Bogu. A był przekonany, że Bóg może wykonać to, co obiecał”.

Boża obietnica zwykle napotyka na barierę rzeczywistości, która zdaje się przeczyć i negować prawdziwość tego, co mówi Bóg. On deklaruje dla nas „wolność w Chrystusie”, my patrzymy na nędzę naszego grzechu i widzimy naszą całkowitą niezdolność do przeciwstawienia się „temu co ziemskie w ciele: nierządowi, nieczystości, namiętności, złym pragnieniom i chciwości”. Pozostajemy całkowicie bezsilni wobec obietnicy uwolnienia się od grzechu i zwycięskiego (obfitego) życia jako „synowi i córki Boga”. A zatem jak żyć w obliczu niezmierzonego bogactwa Bożych obietnic, które zderzają się z brutalną rzeczywistością naszej cielesności pchającej nas w odmęty grzechu?

Jak żyć? 

Odpowiedź autorów biblijnych jest tylko jedna. Nasze życie ma być „w Chrystusie” i „w wierze”. Ten, który daje obietnicę „życia, i to życia w obfitości”, jest gwarantem jej spełnienia. Całe nauczanie autorów Nowego Testamentu prowadzi nas do życia wiary (ufności), która swoją moc czerpie z faktu, że Bóg jest wiarygodny we wszystkim co mówi i co obiecuje. Tak Abraham, jak i Sara „uznali za wiarygodnego dawcę obietnicy”. Historia biblijna jest świadectwem Bożej wiarygodności i wierności. Zbawienie, przebaczenie grzechów, życie i wszelkie błogosławieństwo dane nam w Chrystusie – w Jego śmierci i zmartwychwstaniu – mają zapewnienie w Bożym charakterze. On pozostaje niezmienny wobec swoich postanowień. Zatem „ufaj Bogu moja duszo, ufaj Bogu”.

W życiu Abrahama nie zawsze było łatwo. Okoliczności życia czasami układały się źle. Jego wiara kształtowała się pośród prób. Kto w tym wszystkim zwyciężył? Bynajmniej nie tyle Abraham, lecz nade wszystko Bóg – dawca obietnicy – „Ten, którego imię brzmi Wierny”.