sobota, 18 sierpnia 2018

NADZIEJA NIE ZAWODZI...

Wszystko wydawało się być rozstrzygnięte na korzyść Izraela. JHWH objawił swoją moc i poniżył pychę faraona. Po upływie czterystu trzydziestu lat potomkowie Abrahama wyszli z Egiptu „w liczbie około sześciuset tysięcy mężów pieszych, nie licząc kobiet i dzieci”. Nad ich wyjściem czuwał sam Bóg, który „szedł przed nimi w dzień jako słup obłoku, by ich prowadzić drogą, w nocy zaś jako słup ognia, aby im świecić, żeby mogli iść we dnie i w nocy”. Celem wędrówki była ziemia – żyzna i przestronna, opływająca w mleko i miód. Być może podczas marszu mężczyźni i kobiety snuli wizję dobrodziejstw, jakie czekały na nich w Kanaanie: „Cudownie jest doświadczać Bożego prowadzenia!”, „Jak wspaniałe rzeczy czekają na nas w ziemi, jaką Bóg obiecał naszym ojcom!”, „Boże obietnice są niezwykłe!”.

Jednak w drodze ku obietnicy pojawiła się przeszkoda, właściwie dwie przeszkody. Jedną z ich były wody morza, drugą wyborowe wojska faraona, które wyruszyły w pościg za Izraelem.

Jak to jest, wyruszyć z pieśnią wdzięczności na ustach i być owładniętym cudownością Bożej obietnicy i nagle zostać skonfrontowanym z brutalną rzeczywistością, która wydaje się do nas krzyczeć: „Bóg zawiódł!”, „Wszystko stracone!”? Izrael znalazł się w potrzasku. Z jednej strony drogę do obietnicy zamykały wody morza, z drugiej zaś – rydwany wojsk faraona. Autor biblijny wspomina o „wielkim przerażeniu” Izraelitów. Lecz właśnie w tej sytuacji bez wyjścia, w rzeczywistości przepełnionej ludzkim strachem dokonały się dwie rzeczy. Pośrodku morza pojawiła się droga, którą potomkowie Abrahama mogli przejść, a fale stały się grobem dla egipskich ciemiężycieli. W biblijnej historii, którą można przeczytać w 14 rozdziale Księgi Wyjścia, pojawiają się takie słowa skierowane przez Mojżesza do Izraelitów: „Nie bójcie się! (…) zobaczycie zbawienie do JHWH, jakie zgotuje nam dzisiaj. Egipcjan bowiem, których widzicie teraz, nie będziecie już nigdy oglądać. JHWH będzie walczył za was, a wy pozostańcie spokojni”.

Przeszkody, które pojawiły się na drodze do Kanaanu nie były zaprzeczeniem prawdziwości Bożych obietnic. Miejsce, które wydawało się być „grobem Bożej obietnicy” okazało się być przestrzenią do zamanifestowania wielkości Boga: „JHWH cofnął wody gwałtownym wiatrem wschodnim i uczynił morze suchą ziemią. Wody się rozstąpiły”. A potem „powracające fale zatopiły rydwany i jeźdźców całego wojska faraona (…) nie ocalał z nich ani jeden”.

Przeciwności wpisane są w istotę chrześcijańskiego życia. Kiedy jednak na drodze ku otrzymaniu Bożych obietnic pojawiają się trudności, które mają potencjał, by zatrwożyć nasze serca i zasiać zwątpienie w prawdziwość Jego słów, możemy przypomnieć sobie historię Izraela. Przeszkody, z Bożej perspektywy, są jedynie kolejną możliwością, by On mógł objawić swoją chwałę i rozprawić się z wrogami naszej duszy. Jego zwycięstwo jest pewne. Jego łaska nie zawodzi. Pośród ludzkiej niemocy, niepewności i strachu wciąż jest miejsce, aby oglądać Jego zwycięstwa.

Moje serce, ufaj! Choćby wszystko wokół krzyczało, że to już koniec i nie ma żadnej nadziei… Jest nadzieja!

piątek, 27 lipca 2018

NAUCZYCIEL - UCZEŃ, OJCOWIE - SYNOWIE - REFLEKSJA O KSIĄŻCE "PIONIERZY WIARY"

Howarda Carter i Lester Sumrall
Być może niektórzy zauważyli obecność na polskim rynku wydawniczym książki autorstwa Lestera Sumralla pt. „Pionierzy wiary”. Jej wartością są bardzo osobiste refleksje autora dotyczące znanych postaci chrześcijaństwa z przełomu XIX i XX wieku. Lester Sumrall miał możliwość poznać i być w relacji z takimi osobami jak: Donald Gee, Lewi Petrus, Smith Wigglesworth, Stanley Frodsham, Alfred Howard Carter, Thomas Baratt czy Lillian Trasher. Z niektórymi dane mu było spędzić kilka lat, z innymi kilka dni czy godzin. W swoich wspomnieniach poświęconych Wigglesworthowi zapisał moment rozstania z tym niezwykłym Bożym człowiekiem. Kiedy Lester Sumrall wygłosił pożegnalną mowę, w której motywował konieczność opuszczenia Anglii i wyraził wdzięczność za dwa lata znajomości, usłyszał od, wtedy już siedemdziesięcioletniego, Wiggleswotha: „Chcę cię błogosławić”. Dalej w książce czytamy: „Położył na mnie ręce i pociągnął mnie do siebie, a ja pozwoliłem, by mnie przytulił. Jego łzy spływały po jego twarzy i kapały mi na czoło, spływając dalej po mojej twarzy. Gdy tak płakał, powiedział: «O Boże, pozwól, by wiara, która jest w moim sercu, wypełniła i jego serce. Niech poznanie Boga, które we mnie mieszka, znajdzie i w nim swój dom. Niech wszelkie dary, jakimi dane mi było posługiwać, funkcjonują w jego życiu»”.

Już samo stwierdzenie „Chcę cię błogosławić” jest dla mnie niezwykłe. A słowa którymi Wigglesworth prosi Boga, aby obdarował Sumralla tym wszystkim w czym on sam miał udział, dotykają mnie bardzo. Błogosławienie innych, takie odnoszę wrażenie, bywa deficytowym „towarem” wśród chrześcijan. Pragnienie, aby inni mieli udział w błogosławieństwach i obdarowaniu, jakie dane nam było otrzymać z łaski Boga, też jakby nie należy do codzienności życia. Czasami, w ciągu mojego chrześcijańskiego życia, miałem wrażenie, że znacznie bliższe jest nam (w kościelnych realiach) konkurowanie i obawa o własną „pozycję” i „służbę”. Chcieć dla innych tego samego dobra, którego udzielił mi Bóg? Pragnąć, aby inni doświadczali tych samych cudowności wynikających z Bożego działania, co ja sam?

Drugą stroną medalu w opisywanej sytuacji jest pragnienie uczenia się. Lester Sumrall zdecydował się co dziesięć dni, przez dwa lata spędzać czas z Wigglesworthem. Słuchał jak Wigglesworth czytał mu Biblię i jak się modlił, a potem opowiadał o wielkich cudach, jakie Bóg dla niego uczynił na całym świecie. Warto się uczyć od innych. Warto starać się poznać drogę wiary i posłuszeństwa Bogu tych, którzy doświadczyli takiego życia wcześniej niż my sami. Pokolenie „ojców” zasługuje na szacunek.

Szczególna relacja przyjaźni łączyła Lestera Sumralla i, starszego o dwadzieścia lat, Howarda Cartera (obaj na zdjęciu stanowiącym załącznik do wpisu). Sumrall tak wspomina spędzony czas z Carterem: „Podróżowaliśmy wspólnie przez wiele lat (…) Najprawdopodobniej miał wpływ na moje życie jak nikt inny. Nie znalazłbym nikogo w swoim wieku, kto okazałby się lepszym towarzyszem we wspólnej służbie, w chwilach trudnych i łatwych (…) w służbie stanowiliśmy jedność, mimo, że Howard był Brytyjczykiem, a ja – Amerykaninem i znacząco różniliśmy się od siebie”. To też jest ciekawe, że różnice nie były dla obydwu Panów powodem do sporu i konkurowania, ale były częścią ich bliskiej współpracy i prawdziwej przyjaźni.

Może kogoś zachęciłem do sięgnięcia po książkę „Pionierzy wiary”?

czwartek, 19 lipca 2018

TYRANIA I WOLNOŚĆ

Historia jak i współczesność dostarczają wielu przykładów ucisku i wykorzystania, jakie stały się udziałem jednostek, a czasem całych narodów. Dążenie do wolności i zrzucenia z siebie jarzma niewoli i wykorzystania traktujemy jako coś naturalnego. Poddanie się tyranii i brak sprzeciwu wobec okowów kontroli i bezprawnej dominacji świadczą o zachwianiu tego, wrodzonego, pragnienia wolności.

W historii naszego narodu celebrujemy wydarzenia, które przynosiły nam wyzwolenie od zaborców czy komunistycznego reżimu. Umiłowanie wolności towarzyszyło nam przez wieki. Słowa piosenki „Wolność, kocham i rozumiem.

Wolności oddać nie umiem” oddają sposób myślenia wielu z nas. Wolność i niewola to także określenia, które pojawiają się w biblijnej i nowotestamentowej narracji. W Liście do Kolosan Paweł, zwracając się do chrześcijan, przypomniał istotę Bożego dzieła względem tych, którzy zyskali wiarę zakorzenioną w Chrystusie: „On (Bóg) wybawił nas spod tyranii ciemności…”.

Tyrania ciemności? Pawle, o czym ty piszesz? Fantazjujesz niczym J.R.R. Tolkien. Chcesz powiedzieć, że byliśmy niewolnikami, ludźmi pozbawionymi możliwości wolnego i swobodnego decydowania o własnym losie?

A może jednak warto się na chwilę zatrzymać i zastanowić nas zasadnością słów Pawła?

Istnieje rodzaj ucisku i niewoli, który pozostaje jakby nierozpoznany i bywa bagatelizowany przez całe rzesze tych, którzy chcą chlubić się wolnością. To zniewolenie ma swoje duchowe podłoże. Tak się składa, że rzeczywistość wokół nas nie składa się jedynie z rzeczy materialnych i widzialnych. Takich, które poddają się „szkiełku i oku”. Częścią życia każdego człowieka jest rzeczywistość duchowa – świat niematerialny, który w jak najbardziej realny sposób oddziałuje na życie jednostek, czy też całych społeczeństw. Ta niematerialna rzeczywistość ma swojego władcę, którego zamiary nie są naznaczone szlachetnością, a istotą jego rządów są: „grabież, mord i zniszczenie”.

Współcześnie, przekonanie o realności Szatana i demonów wydaje się jednak należeć do świata mitów i baśni. Tymczasem nauczanie o wpływie Diabła i złych duchów na życie ludzi jest obecne na kartach Nowego Testamentu. Z listów Pawła wyłania się dość niepokojący obraz prawdziwego stanu, w jakim znalazł się człowiek. Zwracając się do efeskich chrześcijan apostoł przypomniał: „byliście umarłymi na skutek waszych występków i grzechów, w których żyliście niegdyś według doczesnego sposobu tego świata, według sposobu Władcy mocarstwa powietrza, to jest ducha, który działa teraz w synach buntu. Pośród nich także my wszyscy niegdyś postępowaliśmy według żądz naszego ciała, spełniając zachcianki ciała i myśli zdrożnych…”. W Liście do Tymoteusza Paweł zachęca adresata do wiernego głoszenia Ewangelii w nadziei, że słuchacze „może oprzytomnieją, i wyrwą się z sideł diabła, przez którego żywcem zostali schwytani i zdani na wolę tamtego”.

W obliczu tych dramatycznych, choć bagatelizowanych przez wielu, słów o niewoli i despotycznej władzy Diabła, jakże cudownie rozbrzmiewa przesłanie Dobrej Nowiny: „On (Bóg) nas wybawił spod tyranii ciemności i przeniósł do Królestwa swego ukochanego Syna, w którym mamy odkupienie, przebaczenie grzechów”. Jakie jest to Królestwo? Czy przypadkiem pod rządami nowego władcy możemy mieć nadzieję, że będziemy prawdziwie wolni?

Boże Królestwo i Jego władza nad człowiekiem nie nosi znamion wykorzystania, tyranii i zniewolenia. Istotą tej władzy jest wolność, „sprawiedliwość, pokój i radość”.

Ci, którzy doświadczyli tyranii i poznali gorzki smak niewoli docenią prawdziwą wolność, jaka może być udziałem tych, którzy są „w Chrystusie”, zgodnie ze słowami Pawła skierowanymi do Galatów: „Chrystus przywrócił nam wolność”.

poniedziałek, 16 lipca 2018

WCIĄŻ AKTUALNA POTRZEBA W NASZYM POKOLENIU

Cóż począć, kiedy słyszymy o ludziach, którzy zyskali wiarę w Chrystusa Jezusa i okazują miłość innym? Jaka powinna być reakcja wobec tych, którzy doświadczyli łaski Boga płynącej z Ewangelii? Co zrobić, kiedy w jakimś miejscu następuje eksplozja życia spowodowana głoszoną tam Dobrą Nowiną?

Takie właśnie wieści dotarły do Pawła z Tarsu o mieszkańcach Kolosów – miasta w Azji Mniejszej położonego pomiędzy Efezem i Antiochią Pizydyjską. Apostoł nie znał osobiście tych ludzi. Informacje o działającej łasce Boga wśród nich usłyszał od swojego przyjaciela i współpracownika – Epafrasa. Jak Paweł zareagował? Odpowiedź na to pytanie zawarta jest w jego liście skierowanym do wspólnoty chrześcijan w Kolosach. Reakcją apostoła była modlitwa: „Nie przestaję się za was modlić…”.

W listach Pawła, które pozostawił po sobie, kryje się bogactwo duchowej mądrości. Jest tam wiele pouczeń i prawd, będących przedmiotem odkrywania przez kolejne pokolenia chrześcijan. Ale w niektórych listach znajdujemy zapis jego modlitwy, lub przynajmniej wiodący ich temat. W Liście do Kolosan Paweł pisze: „Proszę Boga, abyście zostali napełnieni poznaniem Jego woli. Modlę się, byście postępowali w sposób godny Pana, ku pełnemu [Jego] upodobaniu, wydając owoce wszelkich dobrych czynów i wzrastając przez głębsze poznanie Boga. Niech potęga Jego chwały w pełni umacnia was we wszelkiej cierpliwości i stałości. Z radością dziękujcie Ojcu, który was uzdolnił do uczestnictwa w dziale świętych w światłości. On to uwolnił nas spod władzy ciemności i przeniósł do królestwa swego umiłowanego Syna, w którym mamy odkupienie - odpuszczenie grzechów”. Modlitwa Pawła kończy się uwielbieniem dla Chrystusa, o którym zapisał takie oto słowa: „On jest obrazem Boga niewidzialnego – Pierworodnym wobec każdego stworzenia, bo w Nim zostało wszystko stworzone: i to, co w niebiosach, i to, co na ziemi, byty widzialne i niewidzialne, czy to Trony, czy Panowania, czy Zwierzchności, czy Władze. Wszystko przez Niego i dla Niego zostało stworzone. On jest przed wszystkim i wszystko w Nim ma istnienie. I On jest Głową Ciała - Kościoła. On jest Początkiem. Pierworodnym spośród umarłych, aby sam zyskał pierwszeństwo we wszystkim. Zechciał bowiem [Bóg], aby w Nim zamieszkała cała Pełnia i aby przez Niego znów pojednać wszystko ze sobą: przez Niego – i to, co na ziemi, i to, co w niebiosach, wprowadziwszy pokój przez krew Jego krzyża”.

W centrum modlitwy Pawła pozostaje On – Bóg, który chce być znany i wciąż poznawany przez tych, którzy zostali powołani, aby dzielić z Nim Jego plany i cieszyć się Jego działaniem.

Czy dystans prawie 2 tysięcy lat, który dzieli nas – żyjących w XXI wieku – od chrześcijan z Kolosów sprawił, że naszą potrzebą stało się coś innego? Nie sądzę. Największą potrzebą pokolenia, w którym mam udział, jest dokładnie to, o co prosił Paweł: „abyśmy zostali napełnieni poznaniem Boga i Jego woli…”. To nie jest jedynie formuła modlitwy właściwej za tych, którzy żyją bez Boga i organizują swoje życie w przekonaniu, że Bóg jest jedynie wytworem ludzkiej, wybujałej, fantazji. Modlitwa o poznanie Boga i zrozumienie Jego woli jest dedykowana wszystkim, którzy zakosztowali już Jego działania i stali się uczestnikami wiary, nadziei oraz miłości w Chrystusie: „Panie, daj nam poznać drogi Twoje! Daj poznać myśli Twoje! Nie pozwól nam błądzić na bezdrożach naszych pomysłów, ale objaw nam to, co Ty chcesz czynić w naszym pokoleniu!”.

poniedziałek, 2 lipca 2018

SUSERZ, CZYLI ŚLADY PROTESTANCKIE NA "ARCYKATOLICKIM MAZOWSZU"

„Gdy w roku 1553 palono wszystkie ozdoby i dokumenty kościoła, ten wizerunek Najświętszej Maryi Dziewicy z Dzieciątkiem Jezus od ognia nie niszczał. Jeden z obecnych, nazwiskiem Polek, szydząc sobie bezbożnie, popychał go nogą do ognia, gdy nagle sam do ognia na twarz upadł. Wyciągnięto go silnie poparzonego i na marach do domu odniesiono. Od owej chwili nieszczęsny ten człowiek, drżąc na całym ciele, na brzuchu tylko w boleściach przez osiem lat leżał. Później zawieziono go do Częstochowy i tam modląc się do Matki Bożej, odzyskał zdrowie, ale niezupełnie”.

Powyższa wzmianka dotyczy kościoła pw. NMP w Suserzu, który w 1550 (lub wiosną 1551 roku) został oddany w ręce protestantów przez właściciela wsi starościca rawskiego Krzysztofa Lasockiego. Jak przekazują zapisy, Lasocki kazał zniszczyć wszystkie ozdoby, obrazy, szaty liturgiczne i księgi. Ocalał jedynie obraz Matki Bożej z Dzieciątkiem, który do dziś stanowi obiekt czci wyznawców katolicyzmu.

Rodzina Lasockich, obok rodzin: Gizyckich, Narzymskich czy Niszczyckich, należała to tych nielicznych na Mazowszu Północnym, które deklarowały się jako zwolennicy reformacji.

Za sprawą rodziny Lasockich, w Suserzu i Zwoli, dotychczasowe świątynie katolickie stały się luterańskimi zborami. Nie trwało to jednak długo. Suserski kościół trafił z powrotem w ręce katolików w roku 1595, a z kościołem w Zwoli stało się tak w dwa lata później.

Jak pisze dr hab. Jan Mirończuk, w artykule „Reformacja na Mazowszu Północnym” (Studia Theologica Pentecostalia, Tom 4), „bardzo aktywna w organizacji życia religijnego protestantów, a także propagowaniu go na terenie katolickim, była rodzina Niszczyckich z ziemi płockiej, która posiadała swoje dobra również pod Przasnyszem. Utrzymywany przez Niszczyckich duchowny kalwiński głosił także nauki w Ciechanowie, a więc w pół drogi między posiadłościami patronów”.

Na Mazowszu było jedynie kilka zborów (często w publikacjach pojawia się liczba 7), co świadczy o nikłym wpływie reformacji na tę część ziem polskich. We wspomnianym artykule dr hab. Jan Mirończuk zauważa, że „warstwy rządzące na Mazowszu, nie wspominając o o chłopach, którzy zupełnie nie garnęli się do reformacji, w swojej masie pozostawały katolickie”.

Mazowsze odegrało rolę w odrodzeniu się katolicyzmu w Polsce, do czego przyczyniły się jezuickie szkoły urządzane na przełomie XVI i XVII wieku w Łomży, Płocku, Rawie czy Warszawie.

Szlachta mazowiecka w czasach panowania Wazów dążyła, aby protestantom odbierać godność poselską i zmuszać ich do zmiany miejsca zamieszkania.

Nikłe dziedzictwo reformacji na Mazowszu sprawia, że określenia typu: protestant, zbór czy pastor brzmią bardzo obco w uszach mieszkańców tej części Polski. Protestantyzm postrzegany jest dodatkowo jako element obcy i kojarzony bywa jedynie z osadnictwem niemieckim.

Suserski epizod niszczenia wyposażenia kościoła dodatkowo utrwala negatywny obraz protestantyzmu w oczach lokalnych mieszkańców. Na oficjalnej stronie Urzędu Gminy Szczawin Kościelny jest nota: „Okres reformacji na szczawińskiej ziemi przyniósł wielkie zmiany, gdyż ówczesny właściciel wsi Suserz – Krzysztof Lasocki zmienił wiarę, przechodząc na protestantyzm”.

Nie można się dziwić, że wiele osób z dystansem i ostrożnością podchodzi do wszystkiego co niekatolickie, ale zawsze warto trudzić się i edukować, że protestantyzm to coś więcej niż tylko zniszczenie wyposażenia suserskiego kościoła i tzw. „zmiana wiary”. Ale to nie jest łatwe zadanie.

środa, 27 czerwca 2018

BÓG, KTÓRY PROWADZI (ALE INACZEJ NIŻ BYŚMY OCZEKIWALI)

Czasami Boże drogi wydają się nie mieć sensu.

Abraham został powołany, aby wziąć w posiadanie ziemię (Kanaan). Tą obietnicą żył także jego syn Izaak oraz wnuk Jakub. To właśnie w Kanaanie Jakub usłyszał od Boga: „Od ciebie będzie pochodził naród i wiele narodów. Od ciebie będą się wywodzić królowie. Tobie i twojemu potomstwu daję kraj, który dałem Abrahamowi i Izaakowi”. Wszelkie obietnice Bożego błogosławieństwa wiązały się z Kanaanem. Jednak okoliczności życia Jakuba i jego rodziny przybrały nieoczekiwany obrót. Aby spotkać się ze swoim synem, Józefem, co do którego miał pewność, że został rozszarpany przez dzikie zwierzęta, Jakub udał się do Egiptu. Wraz z nim w drogę wyruszyła cała rodzina w liczbie siedemdziesięciu osób.

Czyżby Boża obietnica posiadania ziemi kananejskiej chybiła? Dlaczego Jakub miał opuścić ziemię w której Abraham i Izaak kopali studnie, gdzie swoją obecność znaczyli stawianymi ołtarzami i gdzie doświadczali bliskich spotkań ze Stwórcą?

W drodze do Egiptu Jakub przeżywa spotkanie z Bogiem, który przemówił do niego w nocnym widzeniu: „Nie bój się iść do Egiptu, gdyż sprawię, że tam staniesz się wielkim narodem. Ja pójdę z tobą do Egiptu i Ja cię stamtąd wyprowadzę, a Józef zamknie ci oczy”. Boża obietnica miała się wypełnić, ale trochę jakby nie tak, jak wydawałoby się najprościej. To właśnie w Egipcie Izraelici stali się licznym narodem, a czas pobytu w ziemi faraonów wyniósł, bagatela, czterysta trzydzieści lat.

Jakub musiał przezwyciężyć swoje obawy i za sprawą zapewnienia o Bożej obecności, która miała mu towarzyszyć w drodze i podczas pobytu w Egipcie, opuścił Kanaan. Obietnica funkcjonowania potomków Abrahama w Ziemi Obiecanej oddaliła się na jakiś czas. Właściwie bardzo długi czas.

Boże obietnice są fascynujące. Jednak sposób ich wypełnienia nie zawsze odpowiada naszemu zrozumieniu i niekoniecznie jest zgodny z naszymi oczekiwaniami. Po drodze i w czasie oczekiwania na ich wypełnienie przytrafiają się dziwne rzeczy. Czasami może się wydawać, że Bóg dokonał korekty wobec swojego pierwotnego planu i zdążył już napisać nieco inny scenariusz. Czy to co się dzieje teraz w moim życiu ma sens? Dlaczego mam opuścić miejsce, z którym łączą mnie Twoje obietnice, Boże? Jakub mógł mieć uzasadnione wątpliwości: „Czy Egipt to naprawdę dobry kierunek dla mnie i mojej rodziny? A co z Kanaanem? Boże, nie rozumiem…”.

Ja też wielu, a może coraz więcej, rzeczy nie rozumiem. Dlaczego droga z punktu A do punktu B nie jest taka prosta jak można by się tego spodziewać? Czemu po drodze pojawiają się punkty E, K, R i Z? Wydawać by się mogło, że powinno ich nie być. Czemu „wkrótce” nie oznacza pięciu minut, ale dwa tysiące lat? Na wiele pytań nie znajdę satysfakcjonujących odpowiedzi. Ale nie chodzi o to, aby na wszystko znaleźć odpowiedź, która mnie zadowoli. Istotą chrześcijaństwa jest bliskość Boga i zaufanie, że On pozostaje wiernym wobec każdej obietnicy. A jeśli realizacja tych obietnic nie będzie przebiegać wedle mojego zrozumienia i oczekiwania? Cóż…

Kluczem chrześcijańskiego pielgrzymowania jest wiara i zaufanie. Okoliczności mogą krzyczeć: „Wszystko na nic!”, ale serce wciąż może ufać i otrzymywać zapewnienie, podobne temu, jakie otrzymał Jakub, kiedy szedł do Egiptu: „Ja pójdę z Tobą”. A zatem pozostaje ufność…

środa, 13 czerwca 2018

DWIE HISTORIE - JEDNA LEKCJA

Historia pierwsza. Jakiś czas temu oglądałem film z rozprawy sądowej seryjnego mordercy młodych kobiet. Rzecz działa się w Stanach Zjednoczonych. W sądzie przemawiały osoby bliskie zamordowanym. Oskarżony – Gary Ridgway – słuchał z kamienną twarzą jak wypowiadają swój żal i życzą mu cierpienia porównywalnego z tym, jakie zadał swoim ofiarom. Było tak do czasu, aż przemówił ojciec jednej z bestialsko zabitych dziewcząt imieniem Linda. Ten starszy mężczyzna powiedział do mordercy: „Są tu na sali ludzie, którzy cię nienawidzą. Ja nie jestem jednym z nich. Sprawiłeś, że jest mi trudno postąpić według tego, w co wierzę i czego, jak rozumiem, oczekuje ode mnie Bóg. Ale wiedz, że zostało ci wybaczone”. Chłodny wyraz twarzy oskarżonego zmienił się. Po jego policzkach zaczęły płynąć łzy. Wyglądało na to, że słowa: „zostało ci wybaczone” pozostawiły w życiu bezwzględnego zabójcy wyraźny ślad.

Historia druga. W biblijnej Księdze Rodzaju, możemy znaleźć historię Józefa, który stał się najpotężniejszą osobą w Egipcie, tuż po faraonie. Okoliczności, które doprowadziły Józefa do chwały egipskiego zarządcy nie były przyjemne. Został sprzedany Madianitom i, jako niewolnik, znalazł się w krainie nad Nilem. Doświadczył fałszywego oskarżenia o gwałt i trafił do więziennej celi. Za tym losem, naznaczonym bólem, stali jego bracia – dziesięciu pozostałych synów Jakuba. Kiedy po latach Józef spotkał braci w Egipcie, towarzyszyły mu silne emocje. Tekst biblijny pięciokrotnie wspomina o płaczu Józefa – najwyraźniej, wbrew stereotypom, „chłopaki płaczą”. Odkrywając swoją tożsamość, przed zaskoczonym rodzeństwem, Józef mówi: „Ja jestem wasz brat, Józef, którego sprzedaliście do Egiptu…”. Czyżby nadszedł czas zemsty i słusznej zapłaty za doznane krzywdy, poniżenie i cierpienie? Niewykluczone, że właśnie taka myśl pojawiła się w umysłach przestraszonych braci, kiedy usłyszeli przemawiającego Józefa. Jednak kolejne słowa ich młodszego brata brzmiały nad wyraz łagodnie: „Teraz nie martwcie się i nie wyrzucajcie sobie, że sprzedaliście mnie tutaj (…) To nie wy wysłaliście mnie tutaj, lecz Bóg”. Jak to, Józefie? Czy „wysłaliście” to odpowiednie słowo? Bracia cię wysłali? Czyli, co? Kupili ci bilet w samolocie z miejscem w klasie biznes? Wyprawili cię uroczycie i zaopatrzyli na drogę we wszelkie wygody? Wręczyli ci do ręki kartę kredytową, mówiąc: „Używaj w Egipcie wedle potrzeb, a my spłacimy zaciągnięte przez ciebie zobowiązania”? Przecież oni cię sprzedali! Józefie! Obudź się! Zainkasowali za ciebie pieniądze i nawet nie mrugnęli okiem, kiedy madianiccy kupcy zabierali cię w nieznane… Czyż nie takie właśnie pouczenie powinniśmy zaoferować Józefowi? Czy nie powinniśmy oczekiwać rewanżu za doznane krzywdy?

Słowa Józefa świadczą, że odrobił trudną lekcję przebaczenia. Kilka długich lat, jakie spędził w Egipcie, nie były czasem gromadzenia złości i nienawiści. Nie były też okresem planowania zemsty i odwetu. Józef wzrastał w relacji z Bogiem Abrahama, Izaaka i Jakuba i uczył się przebaczania. Czy było łatwo wybaczyć? Pewnie nie. Czy oczekiwał przeprosin i zadośćuczynienia? Tekst biblijny o tym nie wspomina. Jego przebaczenie nie było poprzedzone warunkiem: „A zatem, braciszkowie, wyznawajcie swoją winę i żałujcie za swoje karygodne postępowanie. Jeśli uznam, że wasza skrucha jest wystarczająca, może przebaczę…”. Przebaczenie, które Józef zaoferował braciom, zdjęło z nich ciężar winy. Żyli z piętnem powracającego oskarżeni. Mówili do siebie: „zawiniliśmy wobec naszego brata (Józefa), bo widząc strapienie jego serca, gdy błagał nas o litość, nie usłuchaliśmy go”.

Przebaczanie to ważny element życia. „Przebacz winy tak jak my wobec nas winnym, przebaczyliśmy…”, czy nie są to znane słowa? Spośród wielu możliwych opcji, które pojawiają się, w obliczu doznanej krzywdy i bólu, przebaczenie jest tą, którą warto zdecydowanie rozważyć i zastosować. Biblijny Józef i mężczyzna, który przebaczył mordercy swojej córki, dają nam wartościową lekcję życia.

sobota, 2 czerwca 2018

BÓG, ZŁO I LUDZKIE ŻALE

Wciąż powtarzanym stwierdzeniem, w wielu różnych dyskusjach (przynajmniej mnie się to zdarza), jest przypisywanie Bogu winy za zło, cierpienie i niegodziwość w świecie, w którym żyjemy. Tego typu rozumowanie wynika, w moim przekonaniu, z powszechnej wśród nas tendencji „czynienia Boga na nasz obraz i nasze podobieństwo”. 

W tym „czynieniu Stwórcy podobnym do nas”, chcemy przypisywać Mu skłonność do czynienia zła, którego sami jesteśmy sprawcami. Kiedy czytam Ewangelie, nie znajduję w nich ani jednej sugestii ze strony Pana Jezusa Chrystusa, jakoby Bóg chciał choroby, mordu czy jakiejkolwiek formy wykorzystywania jednych przez drugich. Świat w którym żyjemy jest zły i niegodziwy, ale ich źródła nie należy doszukiwać się w Stwórcy. Chrystus wszedł w rzeczywistość świata zniewolonego ludzką chciwością, perwersją, nienawiścią i skłonnością do czynienia zła. On wszedł w realia choroby, grzechu i cierpienia, aby przynieść odkupienie – wolność. To nie Bóg jest winien niegodziwości i niesprawiedliwości.

Oprócz ludzkiego czynnika, który stoi u źródeł zła, jest jeszcze czynnik diabelski, szatański. Duchowe niegodziwości i Szatan, który przychodzi, jak czytamy w tekście Ewangelii Jana, aby „kraść, zabijać i niszczyć”, to też nasza – ziemska – rzeczywistość. Jednak ten – duchowy – rodzaj zła też został pokonany w Bożym dziele odkupienia.

W Chrystusie można doświadczyć Boga, który kładzie kres chorobie, śmierci i wszelkiemu rodzajowi grzechu. To jest istotą Dobrej Nowiny: „Bóg triumfuje!”. Już teraz, również poprzez swój Kościół i ostatecznie w przyszłości, która będzie rzeczywistością „bez bólu, choroby, cierpienia czy grzechu”. Jakże niesprawiedliwym jest obwinianie Boga o rzeczy, których nie jest sprawcą.

On pozostaje źródłem zbawienia i życia. Błogosławieństwa nie przekleństwa. Życia nie śmierci. Zdrowia nie choroby. Miłości nie nienawiści. Przebaczenia nie potępienia. Wolności nie zniewolenia.

czwartek, 31 maja 2018

BÓG OBECNY POŚRÓD UDRĘKI I NIEDOLI

Czy łatwo jest rozpoznać obecność i działanie Boga w codziennym życiu?

Często mamy tendencję, aby mówić: „Poszczęściło mi się w tym i w tym, gdyż Bóg był ze mną”. Dobrze jest mieć takie doświadczenia. Ale co zrobić z sytuacjami, które są dla nas trudne i niosą znamiona cierpienia?

Historia Józefa, opisana w Księdze Rodzaju, jest naznaczona niezwykłą dramaturgią. Okresy „prosperity” mieszają się z doświadczeniem odrzucenia, poniżenia, więzienia i udręki. Jednak w narracji biblijnej, niezależnie od tych zmieniających się okoliczności, wciąż pojawia się stwierdzenie: „PAN był z Józefem”.

Czy nie dało się zrealizować Bożego planu w życiu Józefa bez tych bolesnych doświadczeń? Czy koniecznymi były: zdrada przez braci, niewola u Izmaelitów, fałszywe oskarżenie o gwałt i więzienie w Egipcie?

Józef został wyniesiony przez Boga, ale ta „droga na szczyt” była wyjątkowo bolesna. Kiedy urodzili mu się synowie, ich imiona stały się świadectwem przeżyć Józefa: „Pierworodnemu Józef dał na imię Manasses, powiedział bowiem: Bóg pozwolił mi zapomnieć o mojej udręce… A drugiemu dał na imię Efraim, powiedział bowiem: Bóg uczynił mnie płodnym w kraju mojej niedoli”.

Udręka i niedola jako cześć Bożego planu dla mojego życia? Boże, czy to ma jakikolwiek sens?

Wygląda na to, że tak. „Wiemy zaś, że tym, którzy miłują Boga, wszystko służy ku dobremu, tym, którzy są powołani według Jego postanowienia (…) Kto nas odłączy od miłości Chrystusowej? Czy utrapienie, ucisk, prześladowanie, głód, nagość, niebezpieczeństwo lub miecz?”.

środa, 23 maja 2018

JÓZEF - POWOŁANY APOSTOŁ

- Józefie! Powołałem cię, abyś przyniósł błogosławieństwo i wybawienie twojej rodzinie. W moich oczach jesteś szczególny. Twoje sny są zapowiedzią tych cudownych dzieł, których dokonam.
- Wspaniale jest słyszeć, Boże Abrahama, Izaaka i Jakuba, o Twoim powołaniu i wybraniu. Gdzie chcesz mnie wysłać?
- Posyłam Cię do Egiptu.
- Do Egiptu? To daleka droga... Zapewne przyślesz po mnie jakąś karawanę i zadbasz o wszelkie niezbędne wyposażenie na drogę. Wiesz, Panie, czego trzeba w podróży: zapas wody, jedzenie, solidne ubranie i jeszcze dobre towarzystwo. Nie ma to jak podróż w gronie przyjaznych ludzi! Jestem podekscytowany i oczekuję tych wspaniałych rzeczy, jakie zamierzasz czynić przeze mnie – Twojego apostoła. Może to właśnie dziś będzie ten szczególny dzień, kiedy postawisz mnie na scenie historii i zostanę rozpoznany jako Twój współpracownik? W każdym razie, jestem do Twojej dyspozycji.

Choć nie jest to narracja biblijna, to wydaje się, że coś podobnego do przytoczonego dialogu miało miejsce w Kanaanie. Józef został wybrany przez Boga, cieszył się szczególnym poważaniem w oczach swojego ojca – Jakuba. Jego sny upewniały go o niezwykłości Bożego działania, którego miał doświadczyć. Autor Psalmu 105 zanotował, że Bóg posłał Józefa do Egiptu. Józef był Bożym posłańcem – apostołem. Nosił na sobie pieczęć Bożego autorytetu.

Jednak historia tego „wysłania do Egiptu” nie potoczyła się chyba zgodnie z zamysłem Józefa. Trafił do Egiptu nie w atmosferze chwały i wywyższenia, ale jako niewolnik. Sprzedany przez braci za znaczną kwotę dwudziestu sztuk srebra – równowartość wynagrodzenia za dwa lata pracy. Wspomniany już psalmista tak opisał podróż tego „Bożego wysłannika” do Egiptu: „kajdanami skuto mu nogi, a szyję zakuto w żelazo…”. Jak pogodzić brutalną rzeczywistość niewoli u Madianitów z marzeniami o wielkich Bożych dziełach i niezwykłości Jego powołania?

Jak pogodzić sny o wywyższeniu i autorytecie z realiami kajdan, więzów i bata, którym właściciele niewolników poganiają swoją własność? A jednak w tych bolesnych okolicznościach Pan Bóg był z Józefem. Wszak „tym, którzy kochają Boga i którzy zostali powołani zgodnie z Jego zamysłem, wszystko służy dla ich dobra” i „Jego myśli nie są naszymi myślami, a nasze drogi nie są Jego drogami”. Czasami Jego sposób działania może wydawać się niezrozumiały. Bywa, że okoliczności nie potwierdzają tego, że On jest obecny w tym wszystkim czego doświadczamy i co przeżywamy. A jednak On realizuje swój plan.

Dziwny był ten sposób „wysłania” Józefa do Egiptu. Jakie inne „dziwne” rzeczy są udziałem tych, których On powołał?

wtorek, 1 maja 2018

ADONIRAM JUDSON

Wczoraj wieczorem przeczytałem, w książce Johna R.W. Stotta, krótką notkę o Adoniramie Judsonie i wciąż nie mogę „uwolnić” się od tej historii:

„Kiedy Adoniram Judson oświadczał się Ann, swej przyszłej żonie, powiedział: «Oddaj mi swoją rękę, jedź ze mną do azjatyckiej dżungli i umrzyj tam ze mną dla sprawy Chrystusa». Przybyli do Rangun w 1813 roku i bezzwłocznie zanurzyli się w birmańskiej kulturze i języku. Minęło jednak sześć lat, zanim Adoniram poczuł się na siłach wygłosić pierwsze kazanie, a siedem, zanim nawróciła się pierwsza osoba. Poświęcił dwadzieścia lat, aby przełożyć Biblię na język birmański. Napisał wiele traktatów, katechizm, podręcznik gramatyki oraz słownik angielsko-birmański, który wciąż pozostaje w użyciu. Jego cierpienie było wielkie. W ciągu swojego życia dwukrotnie owdowiał i pochował sześcioro dzieci. Tak jego, jak i całą rodzinę nękały częste choroby. W czasie wojny birmańsko-angielskiej był podejrzewany o szpiegostwo i spędził dwa lata w więzieniu, w łańcuchach, brudzie i skwarze. W ciągu trzydziestu siedmiu lat pracy misyjnej tylko raz powrócił do domu w Stanach Zjednoczonych. Jego «obumarcie» i «pogrzebanie» w birmańskiej ziemi przyniosły obfity plon. Kiedy razem z Ann przybyli do Birmy w 1813 roku, pierwszej niedzieli przyjmowali Wieczerzę Pańską tylko we dwoje, bo nie było innych chrześcijan, których mogliby zaprosić do stołu. Jednak trzydzieści siedem lat później, gdy umarł (w roku 1850), zostawił po sobie ponad siedem tysięcy ochrzczonych Birmańczyków i Karenów w sześćdziesięciu zborach. Liczbę chrześcijan w Birmie szacuje się obecnie na ponad trzy miliony”.

Trudno cokolwiek więcej dodać, kiedy czyta się taką historię…

Jakże inaczej zdaje się wyglądać tzw. „chrześcijaństwo”, które stawia człowieka i jego zachcianki, dla niepoznaki nazywane potrzebami, w centrum egzystencji. Co ja będę miał? Czy Pan Bóg da mi dobrą pracę, czy zapewni mi zawsze pełnię zdrowia, dostatek i wygodę? Wygląda na to, że Adoniram Judson wiedział co to znaczy „pójść za Jezusem” i znał drogę Krzyża. Krzyż to śmierć naszej starej natury. Krzyż to zerwanie wszelkich powiązań z grzechem. Krzyż to śmierć mojego „Ja”. Krzyż to wyrzeczenie i, jeśli trzeba, cierpienie. Krzyż to zerwanie z wygodnym życiem nastawionym na konsumpcję i domaganiem się ciągłych „prezentów” od Pana Boga: jeszcze to, i jeszcze tamto mnie się należy. Krzyż to strata. Krzyż to umieranie dla cielesnych pobudek i ludzkich ambicji. Krzyż to koniec gonitwy za materializmem i wygodą. Krzyż to usilne zabieganie o poznanie Bożej woli. Tu nie ma miejsca na pytanie: „Co mogę zyskać Boże, idąc za Tobą?” ale raczej właściwym pytaniem jest: „Boże, co muszę jeszcze stracić, by zyskać Ciebie i rozumieć Twoją wolę?”. Jak bardzo zostaliśmy skażeni nauką w której nasze ambicje i plany zostały wywyższone ponad Boży plan i Jego wolę. Chcemy ciągle gadać o powodzeniu i chlubić się ludzkim sukcesem. Chcemy wygody i dostatku. Konkurujemy ze sobą. Licytujemy się w służbie i postrzegamy rzeczywistość przez pryzmat naszych doczesnych planów. Liczy się moje. Zawsze i wszędzie „Ja”. Już nawet nie potrafimy wstydzić się z powodu naszych grzechów. Marnujemy czas na bzdury. Jesteśmy aroganccy i brak nam pokory. Nie chcemy słuchać o Bogu, który stawia nam wymagania. Chcemy Boga, który spełnia nasze zachcianki. Mówimy: „Nikt mi nie będzie mówił, że jestem Bogu coś winien”…

Czy przypadkiem nie przeoczyłem czegoś w moim chrześcijańskim życiu? Czy przypadkiem moje chrześcijaństwo nie stało się jedynie wydmuszką i pozbawioną autentyzmu marną podróbką prawdziwego i oddanego Bogu życia? Czy przypadkiem…

czwartek, 26 kwietnia 2018

BLISKOŚĆ

W historii o biblijnym patriarsze Jakubie, synu Izaaka i Rebeki, dzieje się naprawdę wiele. Bynajmniej nie jest to opowieść idylliczna. Dużo w niej kontrastów. Miłość przeplata się z nienawiścią, radość z goryczą, strata z zyskiem… Jednym słowem prawdziwe życie. Tym, co jednak czyni życie Jakuba niezwykłym, jest obecność Stwórcy.

Relacja patriarchy z Bogiem rozwijała się pośród życiowych zawirowań. Okolicznością pierwszego, zanotowanego w tekście Księgi Rodzaju, bliskiego spotkania Jakuba ze Stwórcą jest ucieczka z rodzinnego domu przed nienawiścią brata.

W drodze z Beer-Szeby do Charanu Jakub musiał nocować pod otwartym niebem i śnił osobliwy sen. Pan Bóg, podczas snu, skierował do niego takie słowa: „Ja jestem z tobą i będę cię strzegł wszędzie, dokądkolwiek pójdziesz…”. Może Pan Bóg się nieco zagalopował? „Wszędzie” i „dokądkolwiek pójdziesz”? Czy możemy oczekiwać od Stwórcy tak intensywnego zaangażowania w nasze życie? Czyż raczej nie jest nam bliższa narracja o „dalekim i odległym Bogu”, który niezbyt interesuje się tym wszystkim co przeżywamy i ewentualnie pojawia się jako oschły recenzent naszych dokonań? „To źle. To dobrze. Trzy z minusem. Następny sprawdzian za miesiąc. Tymczasem radź sobie sam”.

Jednak Bóg, który objawia się na kartach Biblii, jest Bogiem obecności. On powiedział o sobie Mojżeszowi: „Ja jestem”. Zbawcza obecność i bliskość Boga jest kluczowym elementem Jego objawienia się człowiekowi. Jego pragnieniem było i jest być blisko człowieka.

Kiedy Izrael wyszedł z Egiptu, aby posiąść Kanaan, Pan Bóg polecił Mojżeszowi nadzorowanie budowy świątyni. Jaki był cel tej budowy? „Zbudują Mi świątynię, abym zamieszkał wśród nich”. Cała historia biblijna zmierza ku temu, aby człowiek mógł w pełni doświadczać radości z bliskości i obecności Boga. Jan apostoł tak opisał tę rzeczywistość: „I zobaczyłem nowe niebo i nową ziemię. Pierwsze niebo bowiem i pierwsza ziemia przeminęły (…) I zobaczyłem miasto święte, Nowe Jeruzalem, które zstępuje z nieba od Boga, przygotowane jak panna młoda, przystrojona dla swojego męża. I usłyszałem donośny głos od tronu, jak mówił: Oto miejsce przebywania Boga z ludźmi, i będzie mieszkał z nimi. Oni będą Jego ludem, a On, ich Bóg, będzie Bogiem z nimi”.

A co teraz, kiedy wciąż oczekujemy na wypełnienie się tych szczególnych obietnic? Czy możemy doświadczać bliskości i realności Boga? Czy jest to możliwe dla takiego zwykłego, niepozornego, człowieka jak ja, żyjącego gdzieś w centrum Polski i stającego wobec wyzwać codzienności? Absolutnie tak. Tę szczególną bliskość ze Stwórcą zyskujemy w Chrystusie Jezusie, Synu Bożym – dzięki Jego wcieleniu, śmierci i zmartwychwstaniu. Bliska obecność Boga jest możliwa, gdyż, jak pisał apostoł Paweł, w Chrystusie „nie jesteśmy obcymi (…) lecz domownikami Boga”. Nie jesteśmy „odwiedzającymi” i „nieproszonymi gośćmi”, ale domownikami. To wielki przywilej. Tym co czyni chrześcijańskie życie niezwykłym doświadczeniem jest właśnie Jego obecność i bliskość.

Jak utytłany w „szambie grzechu” człowiek może doświadczać bliskości Boga? Apostoł Paweł daje taką odpowiedź: „Teraz zaś w Chrystusie Jezusie wy, którzy niegdyś byliście daleko, znaleźliście się blisko przez krew Chrystusa”. Jak blisko? Bardzo blisko: „Zamieszkam w nich i wśród nich będę się przechadzał, i będę ich Bogiem…”. Historia Jakuba uczy, między innymi, prawdy o Bożej bliskości i Jego stałej obecności z życiu tych, którzy są w Chrystusie: „Ja jestem z tobą i będę cię strzegł wszędzie, dokądkolwiek pójdziesz…”.

Trwajmy w Nim!