środa, 29 czerwca 2016

KTO PRAGNIE? CZYLI O DUCHU ŚWIĘTYM

W czasach Jezusa, zarówno Jego osoba, jak i Jego czyny i nauka budziły skrajne emocje. W siódmym rozdziale Ewangelii Jana czytamy, że "wśród tłumów szeptano na Jego temat", niektórzy okazywali niechęć "starając się Go schwytać". Jedni wierzyli, inni Go odrzucali i nienawidzili. Wobec niepospolitości Jezusa i Jego słów nie można było być obojętnym. Posłana przez faryzeuszy i arcykapłanów straż, aby Go schwytać, wróciła z takim wyznaniem: "jeszcze nigdy nikt nie przemawiał tak, jak Ten człowiek...". 

Obserwując rzeczywistość wokół nie trudno zauważyć, że dziś Jezus i Jego nauka nie budzą takich emocji, jak opisuje to autor Ewangelii. Zdaje się, przynajmniej tak to widzę z perspektywy mieszkańca małego miasta w centrum Polski, że dominującą postawą wobec osoby Jezusa jest obojętność. Jezus? Ewangelia? Wiara? Bóg? Wieczność? Zbawienie? To nie są wiodące tematy wokół których toczy się dyskusja i nie są to zagadnienia, które koncentrują uwagę tłumów. Pomijając religijny schemat niedzielnych nabożeństw i udziału w religijnych rytuałach tak dalekich od naszego codziennego życia, nie zajmujemy się sprawami, które zajmowały umysły i poruszały serca żydowskiego społeczeństwa w czasach Jezusa. Niestety...

Jednak dla tych, którzy nie pozostają obojętni wobec osoby i dzieła Jezusa, dla wszystkich głodnych i spragnionych Jego samego, jest obietnica. Tę obietnicę Jezus wykrzyczał w czasie Święta Namiotów w Jerozolimie: "Jeśli ktoś jest spragniony, niech przyjdzie do Mnie i pije. Kto wierzy we Mnie, jak głosi Pismo, z jego wnętrza popłyną rzeki wody żywej". Ewangelista odnotował, że ta obietnica "rzek wody żywej" odnosiła się do Ducha Świętego, którego mieli otrzymać co, którzy uwierzyli w Jezusa.
Nie znajduję większej radości i większej satysfakcji w życiu, niż doświadczenie realnej obecności Ducha Świętego. Jego obecność i Jego działanie pozostają wciąż przedmiotem mojej fascynacji i tęsknoty. Świadectwa Jego działania, te biblijne, jak i z historii Kościoła są dla mnie nieprzemijającym źródłem zachwytu. Któż bardziej zasługuje na uwagę niż właśnie On? Ten o którym Jezus powiedział: "Ja natomiast będę prosił Ojca i On da wam innego Opiekuna, aby był z wami na wieki - Ducha Prawdy, którego świat nie może przyjąć, bo Go nie widzi ani nie zna. Wy Go znacie, ponieważ trwa przy was i będzie w was".

A zatem kto pragnie?

środa, 22 czerwca 2016

ZMARTWYCHWSTANIE, GŁUPCZE!


Jedną z obietnic Jezusa wobec tych, którzy są Jego jest zmartwychwstanie - wzbudzenie w dniu ostatecznym (Jana 6,40).

Czasami wiara i ufność pokładana w Jezusie nie otrzymuje zbyt wielu "profitów" w tym - doczesnym życiu. W podejmowanych rozmowach i nauczaniu, które są spisane w Ewangelii Jana, Jezus wielokrotnie kontrastuje ze sobą dwie rzeczywistości i zestawia dwie odmienne perspektywy: teraźniejszą i wieczną. Naturalnym pragnieniem człowieka jest dążenie do zaspokojenia w rzeczach doczesnych: pokarm, napój, odzienie... Na gruncie posiadania tych doczesnych pragnień, Jezus próbuje swoich rozmówców ukierunkować na rzeczy wieczne.

Nasza skłonność do krótkowzroczności i skupienie jedynie na teraźniejszości wymaga zdecydowanej korekty. Życie, to teraźniejsze, z całym bagażem jego: radości i smutków, zaspokojenia i nienasycenia, obfitości i niedostatków, zwycięstw i porażek, jest przemijającym i krótkotrwałym doświadczeniem. Jezus roztacza przed słuchaczami perspektywę wieczności opartej na nadziei zmartwychwstania.

O tej nadziei pisał też dosadnie Paweł: "Jeśli Chrystus jest naszą nadzieją tylko w tym życiu, to jesteśmy ze wszystkich ludzi najbardziej godni pożałowania" (1Kor 15,19). Parafrazując słowa znanego polityka, można by rzec: "Liczy się ZMARTWYCHWSTANIE, głupcze!". Oby było to zmartwychwstanie do życia, a nie zmartwychwstanie na sąd i wieczne potępienie.

środa, 15 czerwca 2016

ROZCZAROWANIE CZY NADZIEJA?

W 5. rozdziale Ewangelii Jana jest opisana historia uzdrowienia człowieka, który od 38. lat był sparaliżowany. Jezus świadomy wieloletniego cierpienia tego człowieka zadaje mu pytanie: „Czy chcesz odzyskać zdrowie?”. Z naszego punktu widzenia to jest dziwne pytanie. Czy ktoś, kto przez kilka dekad doświadcza bólu spowodowanego długoletnią chorobą, może życzyć sobie czegoś innego niż właśnie zdrowia?

Ale jeszcze jedna rzecz jest zastanawiająca w tym fragmencie. Czytające tę perykopę zadaję sobie pytanie: „Dlaczego właśnie ten jeden człowiek spośród wielu?”. Wokoło było „liczne grono chorych, niewidomych, kulawych i z bezwładnymi rękami”. Ale tylko do niego Jezus zwrócił się z tym osobistym pytaniem i tylko ten człowiek doświadczył cudownego i natychmiastowego uzdrowienia.

Myślę, że jest wiele dzieł Bożych, które nie dokonują się dla tłumów, lecz mają wymiar bardzo osobistej, niejako prywatnej audiencji u Boga. Te indywidualne dzieła Boże zmuszają innych – obserwatorów takich zdarzeń, do szukania odpowiedzi na pytanie: „Kim jest ten Jezus, który czyni takie rzeczy?”. Sparaliżowany człowiek, który doświadczył bliskiego spotkania z Jezusem, był znakiem i świadectwem dla postronnych. Znakiem, że jest Ktoś, kto ma moc aby uzdrowić, ożywić i dać nadzieję. Tymczasem wielu świadków tego niezwykłego uzdrowienia było zwyczajnie zgorszonych, a w ich sercach zrodziło się oskarżenie wobec Jezusa... Ich zgorszenie i nienawiść miały religijne zabarwienie: „Mieli Mu (Jezusowi) za złe, że rozluźnia rygory szabatu, ale także nazywa Boga własnym Ojcem i tym samym stawiał siebie na równi z Bogiem”. To wciąż przejawiający się temat w Ewangeliach – religijne przyzwyczajenia i wyobrażenia o służbie Bogu stają się barierą dla zrozumienia Bożych dróg i Jego sposobów działania. Ci, którzy byli obsesyjnie i pryncypialnie religijni mieli największe problemy, aby uznać w Jezusie oczekiwanego Mesjasza i cieszyć się Jego dziełami.

Oto mamy uzdrowionego człowieka, jednego spośród wielu chorych stłoczonych wokół sadzawki Betezda i oczekujących cudu. Historie ludzi dotkniętych przez Boga mogą w nas rodzić pytanie: „Dlaczego nie ja?” i prowadzić do miejsca rozczarowania Bogiem, ale mogą też wzbudzać w nas nadzieję: „Skoro coś takiego przydarzyło się w życiu tej osoby, to jest nadzieja także dla mnie!”.

Zdecydowanie lepiej okazywać wdzięczność za możliwość oglądania, słuchania i czytania o wielkich dziełach Bożych, niż pielęgnować rozczarowanie, że sam ich nie doświadczam. A co z faktem, że czasami czyni On rzeczy niezgodne z naszymi wyobrażeniami i oczekiwaniami? Cóż... Cieszmy się Jego dziełami nawet wtedy, gdy nie odnoszą się do nas osobiście.

Soli Deo gloria!

wtorek, 7 czerwca 2016

JEZUS I SAMARYTANKA - EWANGELIA JANA 4

W całym naszym życiu doświadczamy przeróżnych spotkań. Są takie o których szybko zapominamy, są też takie, wobec których nie pozostajemy obojętni i pozostawiają w nas trwały ślad. Właśnie takie spotkanie przytrafiło się pewnej kobiecie, mieszkance miasta Sychar w Samarii.

Nic nie wskazywało, że wydarzy się coś niezwykłego. Dzień jak co dzień. Kobiecie towarzyszyły te same niechętne spojrzenia innych mieszkańców miasta, a czynności które wykonywała nie niosły znamion niczego nadzwyczajnego. Cóż szczególnego może wydarzyć się, kiedy czerpiemy wodę ze studni? 

A jednak...

Ewangelia Jana zawiera opis kilku bardzo osobistych rozmów Jezusa z różnymi ludźmi. Rozmów, które toczą się przy okazji zwyczajnych okoliczności życia. To wchodzenie w naszą codzienność jest jedną z cech Bożego działania. Bóg o którym czytam na kartach Biblii chce być obecny pośród tego co nazywamy "prozą życia". On nie potrzebuje wzniosłych katedr i uroczystych ceremonii, aby spotkać się z człowiekiem i wnieść do jego życia nadzieję, zasiać ziarno wiary, pobudzić do zadawania pytań, sprowokować do myślenia...

Wybór miejsca i rozmówcy, którego dokonuje Jezus, może wydawać się czasami zaskakujący, a nawet gorszący dla "religijnego świata".

Rozmowa Jezusa z Samarytanką nie mieściła się w standardach życia religijnego ówczesnych. Żydzi nie rozmawiali z Samarytanami. Wrogość i wzajemna niechęć znaczyła wzajemne relacje izraelsko-samarytańskie. Kobieta była jednak gotowa porzucić swoje uprzedzenia i weszła w dialog z Jezusem, który odmienił jej życie. Jej postawa wobec Jezusa stopniowo się zmieniała, od "Ty, Żydzie...", przez "jesteś prorokiem" do "On jest Zbawicielem zasługującym na wiarę".

Ciekawe z kim dzisiaj Jezus ma pragnienie nawiązać rozmowę i wejść w dialog? Ciekawe czy Jego wybór byłby dla nas zaskoczeniem... Może miejsca, w których spodziewamy się zobaczyć i usłyszeć Jezusa nie są tymi miejscami, w których On ma upodobanie, aby tam przebywać? Może rozmówcy, których On wybiera nie są z kręgu naszych zainteresowań i preferencji?

Ciekawe...

środa, 25 maja 2016

JEZUS I NIKODEM - JANA 3,1-21

Rozmawiając z faryzeuszem Nikodemem, przedstawicielem Wysokiej Rady, Jezus mówi o Królestwie Bożym, nowym narodzeniu, wierze i przywołuje wydarzenie z dziejów Izraela, kiedy to Bóg zesłał na lud jadowite węże. Szemrzący przeciwko Bogu i Mojżeszowi ludzie doświadczyli cierpienia i śmierci. Węże kąsały ludzi i wielu Izraelitów umarło. Kiedy lud uznał swój grzech, Pan Bóg nie usunął kąsających gadów, lecz zapowiedział wybawienie od śmiercionośnego jadu, które przyszło pod postacią miedzianego węża: "Jeśli kogoś ukąsił wąż, a ten spojrzał na węża z miedzi - ratował swoje życie". (Lb 21,9)

Dziś podobnie, jak Izrael na pustyni, żyjemy w obliczu śmiertelnego zagrożenia. Śmiercionośny jad grzechu prowadzi nas ku nieuchronnej katastrofie. Jego skutkiem jest śmierć - wieczne potępienie. Jednak Bóg znalazł sposób, aby nas wybawić: "Podobnie jak Mojżesz wywyższył na pustyni węża, tak On (Syn człowieczy) musi być wywyższony, aby każdy, kto w niego wierzy, miał życie wieczne".

Gdybyśmy doświadczali fizycznej agonii spowodowanej śmiercionośnym jadem węża, z całą pewnością szukalibyśmy ratunku i wybawienia. Jednak grzech wydaje nam się czymś abstrakcyjnym tak, że bagatelizujemy konsekwencje wynikające z jego obecności w naszym życiu. Współczesny świat ma skłonność do ignorowania rzeczywistości winy wobec Boga. Słusznie zauważył kiedyś C.S. Lewis, że największą barierą w przekazywaniu prawdy Ewangelii we współczesnym świecie, jest brak w umysłach słuchaczy poczucia grzechu. "Pierwsi chrześcijańscy kaznodzieje mogli zakładać, że ich słuchacze, czy byli to żydzi, prozelici, czy poganie, mieli poczucie winy. Tak więc orędzie chrześcijańskie było w tych czasach niewątpliwie Dobrą Nowiną. Obiecywało uleczenie tym, którzy wiedzieli, że są chorzy." (C.S. Lewis, Bóg na ławie oskarżonych).

Jednak Bóg nie bagatelizuje sprawy grzechu, a dla tych, którzy żyją pod jego ciężarem, przygotował doskonałe zbawienie w Chrystusie: "Bóg bowiem tak bardzo umiłował świat, że dał swego Syna, aby każdy kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne".

Dobra Nowina jest dobra, ale jej paradoksem jest to, że zaczyna się od złej wiadomości: wszyscy podlegają mocy i niewoli grzechu, który nieuchronnie popycha nas ku śmierci i potępieniu. Każdy, kto dostrzega swój nędzny grzeszny stan, doceni Boży sposób wybawienia, przez wiarę w Ukrzyżowanego i Zmartwychwstałego.

Brak wiary i ufności pokładanej w Chrystusie, wynika z ignorancji wobec faktu jakim jest grzech. Dziś coraz trudniej znaleźć osobę podobną do tej, którą zobaczył w swoim śnie John Bunyan: "Zobaczyłem człowieka, odzianego w łachmany, który stał zwrócony tyłem do swojego domu i trzymał w ręku Księgę, na plecach zaś dźwigał ciężkie brzemię. Zobaczyłem, że otworzył tę Księgę i zaczął czytać, płacząc przy tym i drążąc. Wreszcie, nie będąc w stanie dłużej się opanować, wybuchnął żałosnym płaczem, wołając: Co ja pocznę!?". A jednak bez tej świadomości spoczywającego na nas brzemienia (ciężaru grzechu) nie jesteśmy w stanie ujrzeć piękna i chwały Chrystusowego krzyża, niosącego nam wybawienie.

"Światło przyszło na świat, lecz..." Właśnie, lecz...

środa, 18 maja 2016

CZY ON MOŻE MI ZAUFAĆ?

W drugim rozdziale Ewangelii Jana odnotowany jest zadziwiający dystans Pana Jezusa wobec tych, którzy "uwierzyli w Jego imię". Czytamy, że "Jezus im jednak nie ufał, dlatego że znał wszystkich i nie potrzebował świadectwa o człowieku". Wydawać by się mogło, że wiara w Jezusa, jako Boga i Mesjasza, powinna prowadzić nas do miejsca intymności i głębokiej relacji z Nim. Jednak czytamy, że ci, którzy uwierzyli nie cieszyli się zaufaniem Zbawiciela.

Jan napisał Ewangelię ze szczególnej perspektywy. Z perspektywy kogoś, kto doświadczył wyjątkowo bliskiej relacji z Chrystusem. Pojawiające się w tekście określenie "ten, którego Jezus miłował", oddaje istotę tej zależności. Miłował, to znaczy też ufał, wszak "miłość zawsze ufa" (1Kor 13,7). 

Moim celem nie jest jedynie "wiara w Jego imię", lecz zyskanie Jego zaufania. Zbudowanie z Nim relacji, w której On może powierzać mi swoje sekrety i dzielić ze mną swoje pasje. Taką szczególną relację, opartą na zaufaniu i bliskości, miał z Panem Bogiem Abraham. To przecież o nim Bóg powiedział: "Czy miałbym zataić przed Abrahamem to, co zamierzam uczynić?". Boże zamierzenia były przed nim odkryte. Nie tylko Abraham miał przywilej wylewać swoje serce przed Bogiem, ale to Pan Bóg dzielił się z nim swoimi sekretami.

Lektura drugiego rozdziału Ewangelii Jana, każe mi zadawać sobie pytania: "Co Bóg o mnie myśli?" i "Czy jestem tym, któremu On może zaufać?". Zbliżanie się do Boga, aby wydobyć od Niego to, na co ja mam ochotę, jest czymś zgoła innym niż pragnienie dzielenia z Nim Jego serca i Jego planów.

piątek, 13 maja 2016

ON MOIM PANEM - PIEŚNI NASZYCH OJCÓW

Stara irlandzka pieśń "Be Thou My Vision" z VI wieku przełożona na język polski przez Bogumiła Jarmulaka. Śpiewana przez wiele pokoleń i w wielu narodach, znalazła się jako jedna spośród trzynastu pieśni na płycie PIEŚNI NASZYCH OJCÓW. Soli Deo Gloria!

środa, 11 maja 2016

NATANAEL

Czasami, tak jak biblijny Natanael, trzeba pokonać "zgorszenie", aby doświadczyć spotkania z Chrystusem, które przemienia. Natanael miał obiektywny powód, aby wzgardzić Tym, o którym mu mówiono, że jest Mesjaszem i Zbawicielem Izraela. "Czy może być coś dobrego z Nazaretu?". Gdyby przeszedł z Jerozolimy, Betsaidy, Cezarei lub chociaż z Jafy. Ale z Nazaretu? Nic dobrego nie może pochodzić z Nazaretu, a już z całą pewnością nie Mesjasz. Sposób myślenia Natanaela był przeszkodą i mógł stać się powodem odrzucenia Tego, którego oczekiwał.
Podobnych "zgorszeń" może być wiele. Być może i dziś jesteśmy w stanie odrzucić Boży sposób działania i rozminąć się z Nim, ze względu na uprzedzenia, które pielęgnujemy. Co może stanowić przeszkodę w doświadczeniu Bożego działania? Może to być miejsce niezgodne z naszymi wyobrażeniami o Kościele, ludzie nieodpowiadający naszym wyobrażeniom (nie tak ubrani lub nie tej profesji), muzyka nieadekwatna do naszych upodobań, sposób modlitwy, nie taki do którego jesteśmy przyzwyczajeni...
Natanaelowi udało się jednak pokonać "zgorszenie" Jezusem choć Ten wydawał się być innym, niż sobie założył... Niektórym się jednak nie udało: "Czy nie jest On cieślą, synem Marii, a bratem Jakuba, Józefa, Judy i Szymona? A Jego siostry, czy nie mieszkają wśród nas? I powątpiewali w Niego".
Obyśmy jako ci, którzy mają szczere pragnienie doświadczania i szukania Boga, umieli pokonywać "zgorszenia" i doświadczać Jego realności, nawet wtedy, gdy na pierwszy rzut oka wydaje się, że Ten nie spełnia naszych oczekiwań.

sobota, 12 marca 2016

ŁASKA, DYSCYPLINA I ZOBOWIĄZANIE

"Stanowczo wierzę w słuszność oddania, dyscypliny i posłuszeństwa, jak również pragnę wprowadzać je w życie. Jestem całkowicie przekonany do zasady poddania się panowaniu Jezusa Chrystusa w każdej sferze mojego życia. Jestem oddany mojej żonie, "dopóki śmierć nas nie rozłączy". Jestem oddany uczciwości i sprawiedliwości w relacjach służbowych. Jestem oddany dążeniu do postępowania w miłości wobec każdego. Ale jestem oddany w tych sferach z powodu pełnej wdzięczności odpowiedzi na Bożą łaskę, a nie po to, by starać się zasłużyć na Boże błogosławieństwo.
(...) W przeszłości byłem zatwardziałym legalistą i obowiązkowo oraz sumiennie pragnąłem prowadzić chrześcijańskie życie. Czasami uginałem się pod ciężarem myślenia o tych "powinnościach" chrześcijańskiego życia. Ale nagle jednego dnia zrozumiałem łaskę Bożą w całkowicie nowy sposób. W tym doświadczeniu zrozumienia łaski upadłem na kolana i powiedziałem Bogu coś takiego: 'Panie, oddałem Tobie moje ciało jako ofiarę, ale nigdy przedtem nie rozumiałem Twojego miłosierdzia i łaski tak jak teraz. I w świetle mojego głębszego zrozumienia Twej łaski, ofiarowuję się teraz Tobie w nowy i głębszy sposób. Oddaję siebie całkowicie Tobie, bez żadnych zastrzeżeń.' 
(...) Ciągle chcę wzrastać w w swoim zrozumieniu Bożej łaski, ponieważ wiem, że tylko pogłębiające się zrozumienie Jego łaski sprawi, że nie odstąpię od mojego zobowiązania, pozostając Mu wierny i lojalny."
- Jerry Bridges, Przemieniająca łaska.

czwartek, 25 lutego 2016

SŁUGA

"Paweł, sługa Jezusa Chrystusa, powołany apostoł, odłączony do [głoszeniu] ewangelii Boga" (Rz 1,1)

Częstym określeniem, które pojawia się na karatach Nowego Testamentu, odnoszącym się do Bożych pracowników, jest "SŁUGA". Określeniem tym przedstawiają się nowotestamentowi autorzy listów: Paweł (Rz 1,1; Tyt 1,1), Piotr (2Ptr 1,1), Juda (Jd 1,1) czy Jakub (Jk 1,1). Określenie sługa, pojawia się kontekście współpracowników Pawła - Tychika (Ef 6,21) i Eparfasa (Kol 4,12).

Sługa, z j. greckiego "doulos" to:
- niewolnik
- ktoś oddany komuś drugiemu bez względu na własne interesy
- pomocnik
- ten, kto z własnej woli poddaje się innemu

Żyjemy w kulturze, która akcentuje wolność, niezależność i indywidualizm. Biblia i jej przesłanie akcentuje zależność od Boga i zależność od innych, wspólnotowość życia i służbę - tak Bogu, jak i "jedni drugim" oraz poszanowanie autorytetów - poddanie.

Postawa sługi (bycie sługą) odnosi się przede wszystkim do naszej relacji wobec Boga. Paweł w liście do Galacjan pisze o sobie, jako "słudze Chrystusa" (Ga 1,10). Jednak w tym samym liście używa określenia "służyć jedni drugim" (Ga 5,13), co oznacza, że taką postawę sługi mamy przejawiać wobec sienie nawzajem w ramach chrześcijańskiej wspólnoty.

Bóg wzywa nas, abyśmy odkryli prawdziwą wielkość i siłę poprzez usługiwanie innym. Bycie sługą dla innych jest Bożym sposobem na życie. Postawy sługi uczył Pan Jezus, dając za wzór samego siebie (J 13,3-5.13-15). Chrystus zwracał uwagę uczniom, by przejawiali inną postawę niż ta, która jest obecna wśród władców tego świata (zob. Mt 20,25-28).

Jak mamy służyć "jedni drugim"? Odpowiedzi na to pytanie udziela Piotr apostoł: "Tak, aby we wszystkim był uwielbiony Bóg przez Jezusa Chrystusa" (1Ptr 4,10-11).
 

poniedziałek, 8 lutego 2016

KODEKS SYNAJSKI I ZNALAZCA "PERŁY O NIEOCENIONEJ WARTOŚCI"

Kodeks Synajski to jeden z najcenniejszych rękopisów, jakie posiadamy. Został spisany po grecku i jest jednym z najstarszych i najważniejszych manuskryptów Septuaginty (greckiego przekładu ST) i Nowego Testamentu. Żeby go obejrzeć, trzeba było udać się aż w cztery różne miejsca (do Londynu, Lipska, Petersburga i na Synaj). 24 lipca 2008 roku, na stronie www.codex-sinaiticus.net ukazały się pierwsze karty manuskryptu. Pełna wersja cyfrowa kodeksu ukazała się 6 lipca 2009r oku.
 
Kodeks Synajski jest jedynym wśród tzw. wielkich kodeksów, który zawiera pełny tekst Nowego Testamentu i w opinii biblistów jest najlepszym świadkiem tekstu Listów Pawła.
 
Konstantin von Tischendorf (1815-1874) był protestanckim pastorem i biblistą (wykładał teologię na Uniwersytecie w Lipsku). Przeszedł do historii jako odkrywcą ponad dwudziestu kodeksów majuskułowych i ich niestrudzony badacz. Najważniejszym dokonaniem Tischendorfa było odkrycie w 1844 roku Kodeksu Synajskiego, w klasztorze św. Katarzyny na Synaju. Poszukiwaniu manuskryptów było związane z jego przekonaniem, że w zaułkach jakiegoś greckiego, koptyjskiego, syryjskiego czy armeńskiego klasztoru mogą znajdować się cenne kodeksy, które czekają na odkrycie.
Wiosną 1844 roku popłynął do Kairu, a stamtąd w towarzystwie dwóch Beduinów wyruszył w głąb pustyni. Na początku maja dotarł do podnóży góry Synaj na zboczach której znajdował się klasztor ufundowany około 530 roku przez cesarza Justyniana. Prawosławni mnisi zgodzili się spuścić na dół kosz uwiązany na sznurze (była to jedyna możliwość dostania się do położonej na skale budowli) i wciągnęli przybysza do swej siedziby. Opat klasztoru św. Katarzyny zezwolił gościowi przez kilka dni przeglądać biblioteczne zbiory. Wedle relacji von Tischendorfa, gdy niczego szczególnego nie odnalazł i pakował się już do wyjazdu, przypadkiem spostrzegł wystawiony na korytarzu kosz, do którego bibliotekarz wrzucił papiery przeznaczone jakoby do spalenia. Wśród nich zobaczył – jak potem wspominał – „perłę nieocenionej wartości”. Było to 129 pergaminowych kart o wymiarach 38 na 34 centymetry, zapisanych obustronnie w języku greckim wersami ze Starego Testamentu (1 Księga Kronik, Księga Jeremiasza, Księga Nehemiasza, Księga Estery, Księga Izajasza i Księgi Machabejskie). Opat klasztoru pozwolił Tischendorfowi zabrać 43 karty. W styczniu 1853 roku Tischendorf ponownie odwiedził klasztor, aby zapoznać się z kodeksem, jednak z powodu nieufności mnichów nie osiągnął zamierzonego celu. W 1859 roku Car Aleksander II dał pastorowi swe pełnomocnictwa i sfinansował jego trzecią podróż na górę Synaj. Jednak i tym razem von Tischendorf przez kilka tygodni bezowocnie przeglądał biblioteczne zbiory. Jak zapisał we wspomnieniach, w końcu pogodził się z klęską, zaczął się pakować i wówczas do swej celi zaprosił go opat. Tam wręczył mu zawiniętą w czerwone płótno księgę. Rozwijając pakunek, pastor ujrzał spisany u początków chrześcijaństwa cały tekst grecki Nowego Testamentu oraz List Barnaby i Pasterz Hermasa. Swoją radość opisał słowami: „Moje oczy były pełne łez i byłem szczęśliwszy niż kiedykolwiek wcześniej w moim życiu”. Opat nie zgodził się na sprzedaż manuskryptu, wyraził jedynie zgodę na wypożyczenie księgi podzielonej na kilka części do skopiowania w Kairze. To nie zadowoliło Tischendorfa, więc wymyślił pewną intrygę. Zaoferował opatowi Cyrylowi poparcie cara Aleksandra II w staraniach o urząd arcybiskupa. W zamian zażądał podarowania carowi znalezionego kodeks, co rzeczywiście się stało i znalezione karty trafiły do Petersburga. Odnaleziona przez pastora z Lipska Biblia stała się naukową sensacją. Badania treści notatek czynionych przez skrybów na marginesach pozwoliły stwierdzić, że Kodeks Synajski powstał po 330 roku, a na pewno przed rokiem 360, a zatem jest najstarszym manuskryptem Septuaginty i Nowego Testamentu. 18 listopada 1869 roku klasztor na Synaju otrzymał od rządu rosyjskiego 7000 rubli w złocie za kodeks. 
 
Polecam:

DUCH PIĘĆDZIESIĄTNICY

Dzieje Apostolskie 28
Nikt nie spodziewał się, że podróż do Rzymu będzie miała tak dramatyczny przebieg. Statek na którym płynął Paweł wraz z dwustu siedemdziesięcioma pięcioma osobami na pokładzie rozbił się u brzegów wyspy zwanej Maltą (starożytna nazwa Melita, czyli z j. greckiego “miód”). Wyspa, położona około 100km na południowy-wschód od Sycylii, znajduje się na szlaku morskim z Rzymu do Egiptu. Rozbitkowie wylądowali w miejscu, które dziś nosi nazwę Zatoki św. Pawła. Jesienią, kiedy żegluga na Morzu Śródziemnym bywała niebezpieczna, Maltańczycy nieraz przychodzili z pomocą rozbitkom. Słynęli z opiekuńczości i gościnności. Łukasz określa życzliwość mieszkańców wyspy słowem filantropia, które użyte jest tylko jeszcze raz w NT w kontekście Bożej przychylności i dobroci (List do Tytusa 3,4).
Pobyt rozbitków na Malcie trwał trzy miesiące. A w tym, dość krótkim czasie, działo się naprawdę wiele.
Po pierwsze, Paweł został ukąszony przez jadowitą żmiję. Jej jad powodował zgon, a w najlepszym wypadku wyraźną opuchliznę na ciele. Tymczasem Paweł nie zdradzał żadnych oznak obecności w ciele toksycznej substancji. Zupełnie nie przejął się tym zdarzeniem "strząsnął gada w ogień i w niczym nie ucierpiał" (Dz 28,5). Mieszkańcy Malty oczekiwali, że "spuchnie, lub zaraz padnie trupem" (Dz 28,6). Wygląda na to, że Paweł znał moc Bożej obietnicy. Jeszcze w Jerozolimie, ponad dwa lata wcześniej, usłyszał zapewnienie od Pana, że "jak złożyłeś o Mnie świadectwo w Jerozolimie, tak przyjdzie ci je złożyć w Rzymie" (Dz 23,11). Byle żmija nie mogła przecież pokrzyżować Bożych planów i zniweczyć Bożej obietnicy! Nawet jeśli była jadowita. Boża wierność i Jego zapewnienie dane Pawłowi w Jerozolimie było wystarczającym powodem, aby ufać i nie poddawać się niesprzyjającym okolicznościom. Jadowita żmija zwisająca z ręki nie była wystarczająco silnym argumentem, który mógłby osłabić ufność w to, co obiecał Bóg.
Niewątpliwie droga do osiągnięcia Bożych obietnic, nie zawsze jest usłana płatkami róży i miękkimi wykładzinami. Na tej drodze pojawią się burze, sztormy, a nawet jadowite i kąsające żmije. Boża obietnica, którą przyjęliśmy do naszego życia nie gwarantuje braku przeciwności. Często właśnie do spełnienia Bożych obietnic, do celu, prowadzi droga prób i przeciwności. Tak było przynajmniej w życiu Pawła.
Po drugie, pobyt na Malcie stał się dla Pawła sposobnością do świadczenia o Chrystusie. Choć nie czytamy, że czynił to słowem, to jednak czytamy, że czynił to demonstrując moc Bożego Królestwa. Najpierw "modlił się, włożył ręce i uzdrowił" (Dz 28,8) ojca niejakiego Publiusza, który udzielił Pawłowi i jego towarzyszom gościny, a następnie niósł uzdrowienie większej grupie osób. Mieszkańcy wyspy ochoczo skorzystali z posługi Pawła "niedomagający przychodzili i doznawali uzdrowienia" (Dz 28,9).
Kiedy Jezus przyszedł głosić Dobrą Nowinę, czynił to słowem, jak i poprzez uzdrowienia oraz znaki i cuda. Nie inaczej było w historii pierwszego Kościoła. Uzdrowienia i uwolnienia od mocy demonicznej są integralną częścią nowotestamentowej służby opisanej w Dziejach Apostolskich. Moc Boża pokonująca chorobę przejawiała się w Jerozolimie, Samarii, Liddzie, Joppie, Ikonium, Listrze, Filippi, Koryncie, czy Efezie. Czy można znaleźć lepszą ilustrację dla Bożego dzieła zbawienia, jak właśnie w dokonujących się uzdrowieniach? Apostołowie i wszyscy ci, którzy zwiastowali Ewangelię o Królestwie Bożym, czynili to również poprzez “znaki i cuda”.
Czy możemy oczekiwać, że w naszym pokoleniu, tu w Polsce, również doświadczymy tej nadprzyrodzonej mocy Boga? Nic nie wskazuje, że znaki, cuda i uzdrowienia, to tylko historie zapisane na kartach Nowego Testamentu, bez możliwości, aby stały się realne i doświadczalne dla nas - pokolenia XXI wieku. 
Nieżyjący już luterański duchowny Johann Christoph Blumhardt (1805-1880) napisał: "Chrześcijaństwu, niestety, brak jest owego szczególnego Ducha Pięćdziesiątnicy pierwszego Kościoła i że bez niego nie będzie można zbudować nic trwałego. To przekonanie prowadziło mnie do usilnych próśb o nowe wylanie Ducha Świętego, tym bardziej, że jest wystarczająco wiele znaków, iż bardzo blisko jest czas, który Pismo Święte nazywa »ostatecznym«. Im wyraźniej niż wcześniej widzę teraz zepsucie i kalectwo chrześcijaństwa, tym bardziej nieodparty odczuwam nacisk, aby prosić o jego odnowę, która może nastąpić tylko poprzez szczególne poruszenie Ducha Świętego, przychodzące z góry..." 
Oby to pragnienie doświadczania "Ducha Pięćdziesiątnicy" towarzyszyło nam, chrześcijanom XXI wieku.