„A gdy nadeszła pora, zajął miejsce, a z Nim apostołowie. Wtedy powiedział do nich: Bardzo pragnąłem spożyć tę wieczerzę paschalną z wami, zanim będę cierpiał. Mówię wam, że już jej nie będę spożywał aż się urzeczywistni w Królestwie Boga. Następnie wziął kielich i po dziękczynieniu powiedział: Bierzcie i rozdzielcie między siebie. Mówię wam: Odtąd nie będę już pił z owocu winnego krzewu, aż nadejdzie Królestwo Boga. Wziął też chleb, po dziękczynieniu połamał i dał im, mówiąc: To jest Moje ciało, które za was będzie wydane. To czyńcie na Moją pamiątkę. A po wieczerzy podał także kielich, mówiąc: Ten kielich to Nowe Przymierze w Mojej krwi, która za was będzie wylana” (Łk 22,14-20).
Wieczerza paschalna, którą Pan Jezus spożył z uczniami, miała miejsce na krótko przez Jego pojmaniem, procesem oraz śmiercią na krzyżu.
Żydowska Pascha i towarzyszące jej Święto Przaśników były wspomnieniem wyzwolenia Izraela z niewoli.
Wyjście z Egiptu zapoczątkowało szczególną relację pomiędzy Bogiem, a Izraelem i nadało początek historii narodowi wybranemu. Do tego wydarzenia odnosili się prorocy Starego Testamentu: Ozeasz, Jeremiasz czy Ezechiel. W księdze Ozeasza czytamy takie słowa: „Lecz Ja, Pan, jestem twoim Bogiem od czasów ziemi egipskiej…”. Ustami Jeremiasza Pan Bóg ogłasza: „Słuchajcie słów przymierza! (…) Zawarłem je z waszymi ojcami, gdy ich wyprowadzałem z Egiptu, z tego pieca do wytopu żelaza”. A w proroctwie Ezechiela pojawiają się taka deklaracja JHWH: „W czasie, gdy wybrałem Izraela, jeszcze w ziemi egipskiej, to objawiłem się domowi Jakuba i złożyłem jego potomstwu taką obietnicę: Ja, Pan, będę waszym Bogiem!”.
Podczas wieczerzy paschalnej, pijąc z kielichów, przywoływano obietnice, jakie Pan Bóg złożył wobec potomków Abrahama. Zapisane są one w Księdze Wyjścia: „UWOLNIĘ WAS od ciężarów nałożonych przez Egipcjan, WYBAWIĘ WAS z ich niewoli, WYKUPIĘ WAS uniesionym ramieniem, za sprawą wielkich sądów. I PRZYJMĘ WAS sobie za lud, będę waszym Bogiem…” (Księga Wyjścia 6,6-7).
Tych właśnie błogosławieństw byli uczestnikami Żydzi, którzy – po doświadczeniu przekleństwa egipskiej niewoli – stali się wolnymi ludźmi powołanymi do bliskości z Bogiem i czerpania dobrodziejstw wynikających z Jego zbawczej obecności.
Egipskie uciemiężenie Izralea było tylko cieniem dramatu, który dotyczy każdego człowieka. Tym dramatem jest niewola wynikająca z panowania nad ludzkim życiem grzechu i Diabła. To znacznie brutalniejsi władcy niż egipski Faraon. Podobnie jak w przypadku Izraela – kiedy Pan Bóg zainterweniował, by Jego lud uzyskał wolność – tak Stwórca nie pozostaje obojętny wobec niewoli grzechu i diabelskiego ucisku, które stały się udziałem człowieka.
Śmierć Chrystusa na krzyżu – zapowiedziana podczas wieczerzy paschalnej, jaką Pan Jezus spożył z uczniami – to źródło naszego uwolnienia, wybawienia, wykupienia oraz sposób, w jaki Pan Bóg przyjmuje nas do swojej rodziny, do rodziny Bożych dzieci, dzięki czemu stajemy się Jego ludem. Pan Jezus podczas ostatniej wieczerzy odwołał się do ofiary z Jego ciała i Jego krwi: „To jest Moje ciało, które za was będzie wydane” oraz „Ten kielich to Nowe Przymierze w Mojej krwi, która za was będzie wylana”.
Za sprawą śmierci Jezusa na krzyżu stajemy się uczestnikami Bożych dobrodziejstw sięgających stąd do wieczności:
„Bóg bowiem postanowił, aby przez Niego (Chrystusa Jezusa) pojednać wszystko z sobą, czy to na ziemi, czy w niebiosach, czyniąc pokój PRZEZ KREW JEGO KRZYŻA. A was, którzy kiedyś byliście obcymi i nieprzyjaciółmi z powodu myślenia przejawiającego się w złych czynach, teraz pojednał w Jego doczesnym ciele PRZEZ ŚMIERĆ, aby postawić was przed sobą jako świętych, nieskazitelnych i nienagannych, jeśli tylko wytrwacie w wierze, ugruntowani, stali i nie dający się odwieść od nadziei, jaką daje Dobra Nowina (Kol 1,20-23).
Nie dajmy się odwieść od nadziei, jaką daje Dobra Nowina. W centrum tego nowotestamentowego przesłania o nadziei pozostaje śmierć Jezusa na krzyżu.
Tak więc jeśli ktoś jest w Chrystusie, nowym jest stworzeniem, to co stare przeminęło, oto wszystko stało się nowe. A wszystko to jest z Boga, który nas pojednał z sobą przez Jezusa Chrystusa i dał nam służbę pojednania. Bóg bowiem w Chrystusie, jednając świat z samym sobą, nie poczytując ludziom ich grzechów, i nam powierzył to słowo pojednania. Tak więc w miejsce Chrystusa sprawujemy poselstwo (...) W miejsce Chrystusa prosimy: Pojednajcie się z Bogiem.
niedziela, 26 kwietnia 2020
czwartek, 23 kwietnia 2020
środa, 15 kwietnia 2020
CHRYSTUS - NADZIEJA CHWAŁY
Są takie listy, które choć nie zostały zaadresowane bezpośrednio do nas, to jednak warte przeczytania i refleksji. Należy do nich, datowany na ok. 60 rok po Chrystusie, nowotestamentowy List do Kolosan.
Jednym z powodów jego napisania było, towarzyszące Pawłowi z Tarsu, pragnienie odparcia fałszywych i szkodliwych nauk, jakie wkradły się do wieloetnicznego i wywodzącego się z różnych religijnych tradycji środowiska chrześcijan – mieszkańców Kolosów. Autor listu akcentuje swoją troskę o nich. Wyraża pragnienie, by „trwali w wierze, pewni, mocni i niezachwiani w nadziei Ewangelii, którą usłyszeli”. Źródłem zagrożenia dla chrześcijańskiej pobożności i praktyki życia opartego na Ewangelii była, w ich przypadku, fałszywa nauka przejawiająca się „pozornie słusznymi słowami”. Z pozoru ładna i atrakcyjna, a w rzeczywistości sącząca truciznę fałszu i skażona ludzką próżnością. Niby duchowa i nacechowana wzniosłymi określeniami, a jednak destrukcyjna w skutkach.
Podobnie jak kiedyś, także i dziś istnieje potrzeba, aby upewniać się w kwestii tego w co wierzymy i jak rozumiemy Boże dzieło zbawienia, którego celem jest uczynić człowieka „świętym, nieskalanym i nienagannym” przed Bogiem. W religijnym, także chrześcijańskim, świecie konkurują ze sobą różne koncepcje i idee. Dla Pawła z Tarsu – „sługi Ewangelii” – nie ma żadnej wątpliwości, że istotą każdej fałszywej nauki jest umniejszanie dzieła i osoby Jezusa Chrystusa. Dlatego „trudząc się i walcząc” na rzecz ortodoksji Dobrej Nowiny pisze o Chrystusie:
„On jest obrazem Boga niewidzialnego,
pierworodnym wobec całego stworzenia,
gdyż w Nim wszystko zostało stworzone
w niebie i na ziemi:
to, co widzialne i niewidzialne,
trony czy panowania, zwierzchności czy władze –
wszystko przez Niego i dla Niego zostało stworzone.
On jest przed wszystkim
i wszystko w Nim istnieje.
On także jest Głową Ciała – Kościoła.
On jest początkiem,
pierworodnym spośród umarłych,
aby być pierwszym we wszystkim.
Spodobało się bowiem Bogu,
by w Nim zamieszkała cała pełnia,
i aby przez Niego wszystko pojednać ze sobą –
wprowadziwszy pokój przez krew Jego krzyża,
zarówno na ziemi, jak i w niebie”.
Chrystus Jezus – On pozostaje w centrum Bożego dzieła. A stale aktualnym wezwaniem jest: „Skoro przyjęliście Chrystusa Jezusa jako Pana, dalej w Nim postępujcie: w Nim zakorzenieni i zbudowani, mocni wiarą i pełni wdzięczności”.
Jeśli słyszę o jakiejś formie pobożności i religijnej aktywności, w której centrum nie pozostaje Chrystus Pan, mogę bez cienia wątpliwości odrzucić to jako niepotrzebne, nieprzydatne oraz naznaczone ludzkim błędem. Chrześcijaństwo nie potrzebuje „ulepszaczy i dodatków”, które „mącą myśli” i odwodzą człowieka „od prostoty i nieskazitelności względem Chrystusa”.
Jednym z powodów jego napisania było, towarzyszące Pawłowi z Tarsu, pragnienie odparcia fałszywych i szkodliwych nauk, jakie wkradły się do wieloetnicznego i wywodzącego się z różnych religijnych tradycji środowiska chrześcijan – mieszkańców Kolosów. Autor listu akcentuje swoją troskę o nich. Wyraża pragnienie, by „trwali w wierze, pewni, mocni i niezachwiani w nadziei Ewangelii, którą usłyszeli”. Źródłem zagrożenia dla chrześcijańskiej pobożności i praktyki życia opartego na Ewangelii była, w ich przypadku, fałszywa nauka przejawiająca się „pozornie słusznymi słowami”. Z pozoru ładna i atrakcyjna, a w rzeczywistości sącząca truciznę fałszu i skażona ludzką próżnością. Niby duchowa i nacechowana wzniosłymi określeniami, a jednak destrukcyjna w skutkach.
Podobnie jak kiedyś, także i dziś istnieje potrzeba, aby upewniać się w kwestii tego w co wierzymy i jak rozumiemy Boże dzieło zbawienia, którego celem jest uczynić człowieka „świętym, nieskalanym i nienagannym” przed Bogiem. W religijnym, także chrześcijańskim, świecie konkurują ze sobą różne koncepcje i idee. Dla Pawła z Tarsu – „sługi Ewangelii” – nie ma żadnej wątpliwości, że istotą każdej fałszywej nauki jest umniejszanie dzieła i osoby Jezusa Chrystusa. Dlatego „trudząc się i walcząc” na rzecz ortodoksji Dobrej Nowiny pisze o Chrystusie:
„On jest obrazem Boga niewidzialnego,
pierworodnym wobec całego stworzenia,
gdyż w Nim wszystko zostało stworzone
w niebie i na ziemi:
to, co widzialne i niewidzialne,
trony czy panowania, zwierzchności czy władze –
wszystko przez Niego i dla Niego zostało stworzone.
On jest przed wszystkim
i wszystko w Nim istnieje.
On także jest Głową Ciała – Kościoła.
On jest początkiem,
pierworodnym spośród umarłych,
aby być pierwszym we wszystkim.
Spodobało się bowiem Bogu,
by w Nim zamieszkała cała pełnia,
i aby przez Niego wszystko pojednać ze sobą –
wprowadziwszy pokój przez krew Jego krzyża,
zarówno na ziemi, jak i w niebie”.
Chrystus Jezus – On pozostaje w centrum Bożego dzieła. A stale aktualnym wezwaniem jest: „Skoro przyjęliście Chrystusa Jezusa jako Pana, dalej w Nim postępujcie: w Nim zakorzenieni i zbudowani, mocni wiarą i pełni wdzięczności”.
Jeśli słyszę o jakiejś formie pobożności i religijnej aktywności, w której centrum nie pozostaje Chrystus Pan, mogę bez cienia wątpliwości odrzucić to jako niepotrzebne, nieprzydatne oraz naznaczone ludzkim błędem. Chrześcijaństwo nie potrzebuje „ulepszaczy i dodatków”, które „mącą myśli” i odwodzą człowieka „od prostoty i nieskazitelności względem Chrystusa”.
WSPOMNIENIE CORRIE TEN BOOM (1892-1983)
15 kwietnia przypada rocznica urodzin i śmierci Cornelii Arnoldy Johanny „Corrie” ten Boom (1892-1983). Corrie ten Boom urodziła się 15 kwietnia 1892 roku w Amsterdamie, a zmarła 15 kwietnia 1983 roku w Placentia (Kalifornia).
Pierwsze pięćdziesiąt lat życia, które wiodła w Holandii, było spokojne i szczęśliwe. Jej rodzina była częścią Holenderskiego Kościoła Reformowanego – kalwińskiego Kościoła sięgającego korzeniami lat 70. XVI wieku. Wraz z ojcem i siostrą była zaangażowana w prowadzenie, w centrum Haarlemu, sklepu jubilerskiego i zegarmistrzowskiego. Wszystko się zmieniło wraz z wybuchem II wojny światowej. Rodzina ten Boom podjęła decyzję, by pomagać członkom holenderskiego ruchu oporu i Żydom. Ich dom stał się miejscem stałego lub tymczasowego (do momentu znalezienia kolejnego „bezpiecznego domu”) pobytu dla ukrywających się Żydów i członków holenderskiego podziemia antyhitlerowskiego. Wedle szacunków, wskutek działalności rodziny Ten Boom, udało się pomoc i ocalić życie około ośmiuset osobom, w większości Żydom.
Na skutek donosu, 28 lutego 1944 roku, do domu rodziny ten Boom wkroczyli Niemcy. Aresztowano około 30 osób – członków rodziny ten Boom i ich przyjaciół. Osiemdziesięcioczteroletni ojciec Corrie – Casper – umarł w więzieniu, a Corrie wraz z siostrą Betsie trafiły do kobiecego obozu koncentracyjnego Ravensbrück. Stały się więźniarkami numer 66729 i numer 66730. Służbie Bezpieczeństwa Reichsführera SS nie udało się jednak odkryć kryjówki za fałszywą ścianą w pokoju Corrie, gdzie ukrywali się dwaj żydowscy mężczyźni, dwie żydowskie kobiety i dwóch członków holenderskiego podziemia. Czwórce Żydów udało się znaleźć nowe „bezpieczne domy” – troje z nich przeżyło wojnę. Jeśli chodzi o członków ruchu oporu, to jeden z nich zginął podczas wojny, ale drugi przeżył.
Codzienne życie sióstr w obozie wypełniała niewolnicza praca. Przez jedenaście godzin, od poniedziałku do niedzieli, były „zatrudnione” przy przeładunku metalowych sztang. Pomimo wycieńczającej pracy organizowały dla więźniarek spotkania modlitewne podczas których czytały, cudem przemyconą do obozu, Biblię. Odczytywane fragmenty były tłumaczone na kilka języków (niemiecki, francuski, polski, rosyjski i czeski) i przekazywane „z ust do ust”. Te spotkania, w baraku nr 28, stały się enklawą dobra i nadziei pośród okrutnych realiów obozowego życia.
Siostra Corrie – Betsie – zachorowała i umarła w obozie. Jej ostatnie słowa przed śmiercią, skierowane do Corrie, były takie: „Musimy pokazać ludziom, czego nauczyłyśmy się tutaj. Musimy im powiedzieć, że nie ma tak głębokiej czeluści, która byłaby dla Niego za głęboka. Będą nas słuchać, ponieważ byłyśmy tutaj”. Wkrótce potem Corrie została zwolniona z obozu, jak się okazało na skutek urzędniczej pomyłki.
Po wojnie Corrie oddała się pracy zakładania domów opieki dla ocalałych z nazistowskich obozów, dla rannych w wojnie żołnierzy czy też osieroconych dzieci. Przebaczyła swoim oprawcom i niosła przesłanie pokoju i przebaczenia do okaleczonego działaniami wojennymi świata. Dla Holendrów, którzy ze względu na współpracę z Niemcami podczas wojny byli wykluczeni ze społeczeństwa, stworzyła osobny dom opieki.
Dużo podróżowała dzieląc się w wielu krajach świadectwem mocy Boga. Pozostawiła po sobie wiele książek, wśród nich najbardziej znaną jest „Bezpieczna kryjówka”, która kończy się opisem spotkania podczas nabożeństwa w Monachium z byłym esesmanem – strażnikiem obozu w Ravensbrück. Gdy ów człowiek podszedł przywitać się z Corrie tak opisała swoje przeżycia:
„– Panie Jezu – zaczęłam się modlić – wybacz mi i dopomóż, abym wybaczyła temu człowiekowi. Próbowałam się uśmiechnąć. Nie mogłam. Nic nie czułam, nawet odrobiny miłosierdzia. Jeszcze raz w duchu odmówiłam modlitwę. – Jezu, nie potrafię mu wybaczyć. Naucz mnie przebaczać. Kiedy wreszcie podałam mu rękę, stała się rzecz nie do uwierzenia. Wzdłuż mojej ręki przeszedł ku niemu jakby prąd, zaś w moim sercu zapłonęła miłość dla tego obcego człowieka, która niemal nie powaliła mnie z nóg. Zrozumiałam wtedy, że uzdrowienie tego świata nie zależy od naszego przebaczenia, naszej dobroci, ale od Jego przebaczenia i Jego dobroci, Nauczając nas, byśmy kochali naszych wrogów, wraz z tym poleceniem daje nam tę miłość”.
Pierwsze pięćdziesiąt lat życia, które wiodła w Holandii, było spokojne i szczęśliwe. Jej rodzina była częścią Holenderskiego Kościoła Reformowanego – kalwińskiego Kościoła sięgającego korzeniami lat 70. XVI wieku. Wraz z ojcem i siostrą była zaangażowana w prowadzenie, w centrum Haarlemu, sklepu jubilerskiego i zegarmistrzowskiego. Wszystko się zmieniło wraz z wybuchem II wojny światowej. Rodzina ten Boom podjęła decyzję, by pomagać członkom holenderskiego ruchu oporu i Żydom. Ich dom stał się miejscem stałego lub tymczasowego (do momentu znalezienia kolejnego „bezpiecznego domu”) pobytu dla ukrywających się Żydów i członków holenderskiego podziemia antyhitlerowskiego. Wedle szacunków, wskutek działalności rodziny Ten Boom, udało się pomoc i ocalić życie około ośmiuset osobom, w większości Żydom.
Na skutek donosu, 28 lutego 1944 roku, do domu rodziny ten Boom wkroczyli Niemcy. Aresztowano około 30 osób – członków rodziny ten Boom i ich przyjaciół. Osiemdziesięcioczteroletni ojciec Corrie – Casper – umarł w więzieniu, a Corrie wraz z siostrą Betsie trafiły do kobiecego obozu koncentracyjnego Ravensbrück. Stały się więźniarkami numer 66729 i numer 66730. Służbie Bezpieczeństwa Reichsführera SS nie udało się jednak odkryć kryjówki za fałszywą ścianą w pokoju Corrie, gdzie ukrywali się dwaj żydowscy mężczyźni, dwie żydowskie kobiety i dwóch członków holenderskiego podziemia. Czwórce Żydów udało się znaleźć nowe „bezpieczne domy” – troje z nich przeżyło wojnę. Jeśli chodzi o członków ruchu oporu, to jeden z nich zginął podczas wojny, ale drugi przeżył.
Codzienne życie sióstr w obozie wypełniała niewolnicza praca. Przez jedenaście godzin, od poniedziałku do niedzieli, były „zatrudnione” przy przeładunku metalowych sztang. Pomimo wycieńczającej pracy organizowały dla więźniarek spotkania modlitewne podczas których czytały, cudem przemyconą do obozu, Biblię. Odczytywane fragmenty były tłumaczone na kilka języków (niemiecki, francuski, polski, rosyjski i czeski) i przekazywane „z ust do ust”. Te spotkania, w baraku nr 28, stały się enklawą dobra i nadziei pośród okrutnych realiów obozowego życia.
Siostra Corrie – Betsie – zachorowała i umarła w obozie. Jej ostatnie słowa przed śmiercią, skierowane do Corrie, były takie: „Musimy pokazać ludziom, czego nauczyłyśmy się tutaj. Musimy im powiedzieć, że nie ma tak głębokiej czeluści, która byłaby dla Niego za głęboka. Będą nas słuchać, ponieważ byłyśmy tutaj”. Wkrótce potem Corrie została zwolniona z obozu, jak się okazało na skutek urzędniczej pomyłki.
Po wojnie Corrie oddała się pracy zakładania domów opieki dla ocalałych z nazistowskich obozów, dla rannych w wojnie żołnierzy czy też osieroconych dzieci. Przebaczyła swoim oprawcom i niosła przesłanie pokoju i przebaczenia do okaleczonego działaniami wojennymi świata. Dla Holendrów, którzy ze względu na współpracę z Niemcami podczas wojny byli wykluczeni ze społeczeństwa, stworzyła osobny dom opieki.
Dużo podróżowała dzieląc się w wielu krajach świadectwem mocy Boga. Pozostawiła po sobie wiele książek, wśród nich najbardziej znaną jest „Bezpieczna kryjówka”, która kończy się opisem spotkania podczas nabożeństwa w Monachium z byłym esesmanem – strażnikiem obozu w Ravensbrück. Gdy ów człowiek podszedł przywitać się z Corrie tak opisała swoje przeżycia:
„– Panie Jezu – zaczęłam się modlić – wybacz mi i dopomóż, abym wybaczyła temu człowiekowi. Próbowałam się uśmiechnąć. Nie mogłam. Nic nie czułam, nawet odrobiny miłosierdzia. Jeszcze raz w duchu odmówiłam modlitwę. – Jezu, nie potrafię mu wybaczyć. Naucz mnie przebaczać. Kiedy wreszcie podałam mu rękę, stała się rzecz nie do uwierzenia. Wzdłuż mojej ręki przeszedł ku niemu jakby prąd, zaś w moim sercu zapłonęła miłość dla tego obcego człowieka, która niemal nie powaliła mnie z nóg. Zrozumiałam wtedy, że uzdrowienie tego świata nie zależy od naszego przebaczenia, naszej dobroci, ale od Jego przebaczenia i Jego dobroci, Nauczając nas, byśmy kochali naszych wrogów, wraz z tym poleceniem daje nam tę miłość”.
sobota, 11 kwietnia 2020
poniedziałek, 6 kwietnia 2020
CHRZEŚCIJANIE - LUDZIE WIARY
„Zdarzyło się pewnego dnia, że Jezus wsiadł do łodzi ze swymi uczniami. Powiedział do nich: «Przeprawmy się na drugi brzeg jeziora». I odpłynęli. A gdy płynęli, zasnął. Wtem na jeziorze zerwała się wichura, zaczęły zalewać ich fale i znaleźli się w niebezpieczeństwie. Przypadli więc do Niego i zbudzili Go, wołając: «Mistrzu! Mistrzu! Giniemy!». On wstał, zgromił wichurę i wzburzone wody. A one uspokoiły się i nastała cisza. Wtedy zapytał ich: «Gdzie jest wasza wiara?»”.
Uczniowie Jezusa znaleźli się w sytuacji zagrażającej ich życiu. Niebezpieczeństwo nie było urojone. Silny wiatr i wzburzone morze mogły spowodować zatopienie łodzi, uszczerbek na zdrowiu, a nawet utratę życia. Dramatyczne wołanie: „Giniemy!”, skierowane do obecnego – śpiącego – w łodzi Jezusa dowodzi, że okoliczności były krytyczne. Interwencja, obudzonego ze snu, Jezusa była szybka i zdecydowana: „zgromił wichurę i wzburzone wody”. Kiedy wiatr ucichł i nie było już fal, Pan Jezus zadał uczniom pytanie: „Gdzie jest wasza wiara?”. Czytając tę historię zadaję sobie pytanie o rolę i znaczenie wiary pośród burzy, zawieruchy i okoliczności naznaczonych zagrożeniem bytu. Dlaczego Pan Jezus spytał właśnie o wiarę? Czym jest wiara? Jak w różnych u trudnych okolicznościach reagują ludzie wiary?
Sądzę, że wybór przed którym stanęli uczniowie podczas burzy na morzu jest podobny wyborom, które dotyczą każdego z nas. Mamy naturalną tendencję, by skupiać się na okolicznościach – przynajmniej ja odkrywam tę prawdę w swoim sercu – zamiast na Bogu, który stoi ponad wszelkimi okolicznościami, jako Pan czasu i historii. Chrześcijańska wiara, jak rozumiem, nie zaprzecza realności wydarzeń wokół nas. Wydarzeń często trudnych i bolesnych, takich jak: gwałtowna burza, wicher, rozprzestrzeniający się koronawirus, utrata pracy i wiele innych. Jednak wiara pozwala nam, pośród tych „życiowych burz”, dostrzec coś więcej – chwałę i majestat Boga. Mieć wiarę, w biblijnym znaczeniu to uznać wielkość, moc, piękno i autorytet Boga w każdym czasie i niezależnie od okoliczności. Widzieć Boga – to istota wiary. Chrześcijaństwo nie polega za negowaniu rzeczywistości i udawaniu, że zło, cierpienie, choroba, burza czy wichura nie istnieją. Jednak – jako ludzie wiary – uczymy się w pierwszej kolejności patrzeć na Boga, a dopiero w z tej perspektywy widzieć wszystko inne. Niezależnie jak wielkim wydaje się być w naszych oczach zagrożenie, Bóg pozostaje większy i potężniejszy. On nie stracił kontroli nad światem w którym żyjemy. Dezorientacja, strach i niepokój zdradzają, że straciliśmy z oczu Tego, który chce dać się poznać jako POKÓJ pośród burzy, NADZIEJA – tam gdzie zwątpienie, MOC wśród słabości, ŚWIATŁO w ciemnościach i ŻYCIE – tam gdzie śmierć. Muszę uczciwie przyznać, że ulegam dezorientacji i doświadczam niepokoju. Tak, zmagam się z niewiarą. Wciąż potrzebuję uczyć się jak żyć w wierze, która pozwala widzieć Bożą moc i Jego majestat w każdej, nawet najtrudniejszej sytuacji.
Moją modlitwą, na dziś i nadchodzące dni, są słowa wyczytane z Ewangelii: „Panie, przydaj mi wiary!”. Krótka i łatwa do nauczenia się modlitwa. Jeśli przeczytałeś/ przeczytałaś ten tekst, może zechcesz się podzielić, w komentarzu, jak Ty rozumiesz wezwanie do wiary, o którym tak często czytamy na kartach Biblii: „Nie bój się, tylko wierz!”.
Uczniowie Jezusa znaleźli się w sytuacji zagrażającej ich życiu. Niebezpieczeństwo nie było urojone. Silny wiatr i wzburzone morze mogły spowodować zatopienie łodzi, uszczerbek na zdrowiu, a nawet utratę życia. Dramatyczne wołanie: „Giniemy!”, skierowane do obecnego – śpiącego – w łodzi Jezusa dowodzi, że okoliczności były krytyczne. Interwencja, obudzonego ze snu, Jezusa była szybka i zdecydowana: „zgromił wichurę i wzburzone wody”. Kiedy wiatr ucichł i nie było już fal, Pan Jezus zadał uczniom pytanie: „Gdzie jest wasza wiara?”. Czytając tę historię zadaję sobie pytanie o rolę i znaczenie wiary pośród burzy, zawieruchy i okoliczności naznaczonych zagrożeniem bytu. Dlaczego Pan Jezus spytał właśnie o wiarę? Czym jest wiara? Jak w różnych u trudnych okolicznościach reagują ludzie wiary?
Sądzę, że wybór przed którym stanęli uczniowie podczas burzy na morzu jest podobny wyborom, które dotyczą każdego z nas. Mamy naturalną tendencję, by skupiać się na okolicznościach – przynajmniej ja odkrywam tę prawdę w swoim sercu – zamiast na Bogu, który stoi ponad wszelkimi okolicznościami, jako Pan czasu i historii. Chrześcijańska wiara, jak rozumiem, nie zaprzecza realności wydarzeń wokół nas. Wydarzeń często trudnych i bolesnych, takich jak: gwałtowna burza, wicher, rozprzestrzeniający się koronawirus, utrata pracy i wiele innych. Jednak wiara pozwala nam, pośród tych „życiowych burz”, dostrzec coś więcej – chwałę i majestat Boga. Mieć wiarę, w biblijnym znaczeniu to uznać wielkość, moc, piękno i autorytet Boga w każdym czasie i niezależnie od okoliczności. Widzieć Boga – to istota wiary. Chrześcijaństwo nie polega za negowaniu rzeczywistości i udawaniu, że zło, cierpienie, choroba, burza czy wichura nie istnieją. Jednak – jako ludzie wiary – uczymy się w pierwszej kolejności patrzeć na Boga, a dopiero w z tej perspektywy widzieć wszystko inne. Niezależnie jak wielkim wydaje się być w naszych oczach zagrożenie, Bóg pozostaje większy i potężniejszy. On nie stracił kontroli nad światem w którym żyjemy. Dezorientacja, strach i niepokój zdradzają, że straciliśmy z oczu Tego, który chce dać się poznać jako POKÓJ pośród burzy, NADZIEJA – tam gdzie zwątpienie, MOC wśród słabości, ŚWIATŁO w ciemnościach i ŻYCIE – tam gdzie śmierć. Muszę uczciwie przyznać, że ulegam dezorientacji i doświadczam niepokoju. Tak, zmagam się z niewiarą. Wciąż potrzebuję uczyć się jak żyć w wierze, która pozwala widzieć Bożą moc i Jego majestat w każdej, nawet najtrudniejszej sytuacji.
Moją modlitwą, na dziś i nadchodzące dni, są słowa wyczytane z Ewangelii: „Panie, przydaj mi wiary!”. Krótka i łatwa do nauczenia się modlitwa. Jeśli przeczytałeś/ przeczytałaś ten tekst, może zechcesz się podzielić, w komentarzu, jak Ty rozumiesz wezwanie do wiary, o którym tak często czytamy na kartach Biblii: „Nie bój się, tylko wierz!”.
środa, 1 kwietnia 2020
NIEBIAŃSKA NADZIEJA
W Liście do Kolosan Paweł wyraża swoją wdzięczność Bogu za ludzi, których osobiście nie poznał. Dziękuje Bogu za tych mieszkańców Kolosów, którzy za sprawą głoszenia prawdy Dobrej Nowiny zostali „wyrwani z mocy ciemności”, by żyć pod panowaniem Bożego Królestwa. Dziękczynieniem Pawła objęta jest ich „wiara w Chrystusie”, „miłość okazywana wszystkim świętym” oraz „nadzieja przygotowana w niebiosach”. W kontekście tej nadziei, która jest przygotowana dla chrześcijan w niebie, chciałbym przywołać słowa teologa N.T. Wrighta: „Nie niebo jest ostatecznym miejscem przeznaczenia chrześcijanina. Dla odnowionego ciała potrzebujemy odnowionego kosmosu, w tym odnowionej ziemi. I właśnie to obiecuje nam Nowy Testament. Co zatem mają na myśli nowotestamentowi autorzy, mówiąc o dziedzictwie czekającym na nas w niebie? To stwierdzenie było źle rozumiane, co przyniosło poważne skutki w myśleniu, modlitwie, życiu i sztuce. Sensem tych tekstów, które przywołują niebiańską nadzieję nie jest, że «trzeba iść do nieba», jak można przypuszczać, żeby tam cieszyć się dziedzictwem. Raczej oznacza to, że «niebo» jest miejscem w którym Bóg przechowuje swoje plany i cele dla przyszłości. Jeśli powiem, że w lodówce jest piwo, to nie znaczy, że ktoś musi wejść do lodówki, żeby napić się piwa!”.
Mam nieodparte wrażenie, że rzeczywistość „nowej ziemi i nowych niebios, w których mieszka sprawiedliwość” to największy i najokazalszy projekt, który jest cierpliwie i konsekwentnie realizowany przez Boga. Przebłyski tej nadchodzącej rzeczywistości odnajdujemy w chwilach, raczej krótkich, naznaczonych realnością Bożej obecności, kiedy wszystko wokół zdaje się eksplodować pięknem, chwałą i czystością. Drobną namiastką tego co nadchodzi jest też przyjemność jaką czerpiemy z przyglądania się pięknu stworzenia, z czułości i delikatności dotyku kochającej nas osoby, z muzyki i śpiewu czy bogactwa zapachów i smaków. Sadzę, że wieczność – „niebiańska nadzieja” – będzie o wiele bardziej namacalną rzeczywistością niż przywykliśmy ją sobie wyobrażać.
Jeśli dziś radujemy się patrząc na piękno otaczającej nas przyrody, jeśli zachwycamy się różnorodnością barw, dźwięków czy zapachów – a przecież to wszystko dzieje się w realiach wciąż obecnego grzechu, marności i przemijania – to co dopiero będzie, gdy nastaną „nowe niebiosa i nowa ziemia”, naznaczone odkupieniem i chwałą Boga? Nie ma właściwych słów i obrazów, których moglibyśmy użyć, aby opisać to co nadchodzi i co „przygotował Bóg tym, którzy Go miłują”. Wizja tej mającej nadejść rzeczywistości ukazana została w tekście Apokalipsy Jana, w obrazie miasta – Nowego Jeruzalem, które zstępuje z nieba od Boga – przepełnionego pięknem i majestatem Chrystusa. Jest tam też taki opis: „I ujrzałem rzekę wody życia, lśniącą jak kryształ, wypływającą spod tronu Boga i Baranka. Pomiędzy główną ulicą miasta a rzeką, stąd i stamtąd, jest drzewo życia, które rodzi dwanaście owoców, wydając owoc w każdym miesiącu. A liście tego drzewa służą do leczenia narodów”.
Bogu niech będą dzięki za „nadzieję, która jest zachowana w niebie dla nas”.
Mam nieodparte wrażenie, że rzeczywistość „nowej ziemi i nowych niebios, w których mieszka sprawiedliwość” to największy i najokazalszy projekt, który jest cierpliwie i konsekwentnie realizowany przez Boga. Przebłyski tej nadchodzącej rzeczywistości odnajdujemy w chwilach, raczej krótkich, naznaczonych realnością Bożej obecności, kiedy wszystko wokół zdaje się eksplodować pięknem, chwałą i czystością. Drobną namiastką tego co nadchodzi jest też przyjemność jaką czerpiemy z przyglądania się pięknu stworzenia, z czułości i delikatności dotyku kochającej nas osoby, z muzyki i śpiewu czy bogactwa zapachów i smaków. Sadzę, że wieczność – „niebiańska nadzieja” – będzie o wiele bardziej namacalną rzeczywistością niż przywykliśmy ją sobie wyobrażać.
Jeśli dziś radujemy się patrząc na piękno otaczającej nas przyrody, jeśli zachwycamy się różnorodnością barw, dźwięków czy zapachów – a przecież to wszystko dzieje się w realiach wciąż obecnego grzechu, marności i przemijania – to co dopiero będzie, gdy nastaną „nowe niebiosa i nowa ziemia”, naznaczone odkupieniem i chwałą Boga? Nie ma właściwych słów i obrazów, których moglibyśmy użyć, aby opisać to co nadchodzi i co „przygotował Bóg tym, którzy Go miłują”. Wizja tej mającej nadejść rzeczywistości ukazana została w tekście Apokalipsy Jana, w obrazie miasta – Nowego Jeruzalem, które zstępuje z nieba od Boga – przepełnionego pięknem i majestatem Chrystusa. Jest tam też taki opis: „I ujrzałem rzekę wody życia, lśniącą jak kryształ, wypływającą spod tronu Boga i Baranka. Pomiędzy główną ulicą miasta a rzeką, stąd i stamtąd, jest drzewo życia, które rodzi dwanaście owoców, wydając owoc w każdym miesiącu. A liście tego drzewa służą do leczenia narodów”.
Bogu niech będą dzięki za „nadzieję, która jest zachowana w niebie dla nas”.
niedziela, 22 marca 2020
THOMAS CRANMER (1489-1556)
21 marca na stosie w Oxfordzie, z rozkazu królowej Marii I Tudor, spłonął Thomas Cranmer – angielski reformator. Jego główna działalność kościelna przypadła na czasy panowania Henryka VIII Tudora i Edwarda VI Tudora.
Pierwszy kontakt Cranmera z europejskimi reformatorami związany był z – odbywającym w 1531 roku podróż po Anglii – Simonem Grynaeusem, humanistą z Bazylei i zwolennikiem szwajcarskich reformatorów Ulricha Zwingliego i Jana Oekolampada. Będąc w Anglii Grynaeus oferował siebie jako pośrednika pomiędzy królem Henrykiem VIII Tudorem a europejskimi reformatorami. Thomas Cranmer zaprzyjaźnił się z Simonem Grynaeusem, a potem – będąc na dworze cesarza niemieckiego Karola V – z Andreasem Osianderem, niemieckim teologiem luterańskim i działaczem reformacyjnym. Cranmer poślubił siostrzenicę żony Osiandera – Małgorzatę.
Thomas Cranmer, jako arcybiskup Canterbury, interweniował w sporach religijnych i wspierał reformatorów ku rozczarowaniu konserwatystów chcących utrzymać jedność z Kościołem papieskim. Wypowiedział posłuszeństwo papieżowi i opowiedział się za zwierzchnictwem króla nad Kościołem w Anglii. Na zaproszenie Cranmera do Anglii, pod koniec lat 40. XVI wieku, przyjechał – niemiecki reformator protestancki – Martin Bucer i został (w latach 1549–1551) pierwszym protestanckim dziekanem fakultetu teologicznego na Uniwersytecie Cambridge.
Tomasz Cranmer wraz z biskupami opracował tzw. 10 artykułów (1536 r.), które były pierwszymi doktrynalnymi wypowiedziami Kościoła w Anglii, jednak kilka lat później król – Henryk VIII – zlikwidował reformacyjne treści wspomnianych artykułów przywracając ortodoksyjne zasady katolickie: transsubstancjację, komunię pod jedną postacią, celibat księży i śluby zakonne, zezwolenie dla mszy prywatnych oraz ważność usznej spowiedzi. Wywołało to falę represji wobec protestanckich reformatorów. Z troski o rodzinę, abp Canterbury Cranmer, po publikacji 6. artykułów wywiózł swoją żonę w bezpieczne miejsce, najprawdopodobniej do Ford Palace w Kent (południowo-wschodnia Anglia). W tym czasie o herezję został oskarżony Thomas Cromwell, który potajemnie wspierał angielskich protestantów. Został skazany na śmierć bez procesu i publicznie stracony (ścięty) w 1540 r. Śmierć poniósł też, były augustynianin (podobnie jak Marcin Luter), Robert Barnes, który już w 1525 r. wygłosił podczas pasterki kazanie uznawane za pierwsze reformacyjne kazanie w Anglii. Branes został spalony na stosie w lipcu 1540 roku.
Po Henryku VIII tron objął, wychowany na protestanta, jego syn Edward VI – „Z bożej łaski król Anglii, Francji i Irlandii, Obrońca Wiary i pod Jezusem Chrystusem Najwyższy Zwierzchnik Kościoła Anglii, a także Irlandii na Ziemi”. Za panowania małoletniego monarchy, w 1549 r. Thomas Cranmer opublikował pierwsze wydanie „Modlitewnika powszechnego”, który uznawany jest za jeden z najważniejszych elementów anglikańskiej tożsamości. Trzy lata później ukazała się druga edycja modlitewnika, bliska w treści nurtowi reformacji szwajcarskiej.
Podczas rządów Edwarda VI Anglia stała się schronieniem dla represjonowanych protestantów z kontynentu. W Londynie powstał tzw. „Kościół uchodźców” – gdzie wspólnie modlili się Szwajcarzy, Holendrzy, Niemcy, Włosi, Hiszpanie i Polacy – w którego prowadzenie byli zaangażowani tacy teolodzy, jak Martin Bucer, Piotr Vermigli Męczennik czy Jan Łaski będący pierwszym biskupem religijnych uchodźców w Anglii.
Gdy w 1553 roku, po ciężkiej chorobie, zmarł Edward VI na angielskim tronie zasiadła Maria I Tudor, która w zapisała się w historii jako Krwawa Mary. Ów tytuł związany jest z prześladowaniem protestantów. Królowa odpowiada za wysłanie na stos 289 protestantów sprzeciwiających się rekatolicyzacji Anglii. Uczciwie trzeba przyznać, że rządy Henryka VIII były o wiele bardziej krwawe. Historycy szacują, że straconych za herezję (ofiarami byli w tym przypadku głównie katolicy) mogło być nawet 500 osób. Na celowniku Mari I Tudor znalazł się arcybiskup Thomas Cranmer, zastąpiony przybyłym z wygnania kard. Reginaldem Polem, uczestnikiem soboru trydenckiego (1545–1563).
Będąc aresztowanym, Thomas Cranmer, przebywał przez jakiś czas w Oxfordzie, gdzie miał styczność z dominikaninem Juanem de Villagarcią i uległszy jego namowom, wyparł się dotychczasowych poglądów oraz przysiągł wierność katolickiej nauce, w tym uznał papieża głową Kościoła. Jednak królowa Maria I Tudor, która żywiła szczególną niechęć do Cranmera, wraz z doradcami zadecydowała o skazaniu reformatora na śmierć przez spalenie na stosie. Datę egzekucji wyznaczono na 7 marca 1556 roku. W rezultacie zostało opublikowane oświadczenie Cranmera, w którym wyparł się on teologii inspirowanej europejskimi reformatorami – Lutrem i Zwinglim – oraz dał wyraz pełnej akceptacji teologii katolickiej. W oświadczeniu była zawarta akceptacja dla zwierzchnictwa papieskiego, transsubstancjacji i uznania mszy katolickiej jako ofiary. Cranmer wyrażał swoją radość z powrotu do wiary katolickiej, poprosił o spowiedź, a po otrzymaniu rozgrzeszenia uczestniczył we mszy świętej. W zawiązku z tym oświadczeniem spalenie Cranmera zostało odroczone, gdyż prawo kanoniczne gwarantowało ułaskawienie dla heretyków, którzy wyparli się swoich poglądów. Maria I Tudor wciąż jednak nalegała na wykonanie egzekucji, twierdząc, że nieprawość i upór Cranmera przeciw Bogu i Jego łasce były zbyt wielkie, by okazać odstępcy miłosierdzie. Cranmerowi przekazano, że będzie mógł publicznie odwoływać się od wyroku w czasie nabożeństwa w kościele akademickim Najświętszej Maryi Panny w Oxfordzie.
Thomas Cranmer, w dniu egzekucji, zaskoczył wszystkich i odwołał swoje wcześniejsze wyrzeczenie się antykatolickich poglądów. Oświadczył, że odrzuca papieża – jako wroga Chrystusa i Antychrysta – wraz z jego fałszywą doktryną. Szybko ściągnięto go z ambony i przewieziono na miejsce stracenia. Gdy umierał, płonąc na stosie, wypowiadał słowa: „Panie Jezu, przyjmij ducha mego. Widzę niebo otwarte i Jezusa, stojącego po prawicy Boga”.
Pisząc tekst korzystałem z następujących źródeł:
ks. Wojciech Medwid, „Wkład Tomasza Cranmera w rozwój angielskiej reformacji”, w: Polonia Sacra 17 (2013) nr 2 (33), s. 177–202.
Dariusz Bruncz, „Reformacja w Anglii” (https://www.polityka.pl/pomocnikhistoryczny/1718850,1,reformacja-w-anglii.read)
Artykuł: Karczma pod Białym Koniem i Męczennicy – reformacja luterańska w Anglii (http://luter2017.pl/karczma-pod-bialym-koniem-i-meczennicy-reformacja-luteranska-w-anglii/)
Tekst: Reformacja – powrót do różnorodnej normalności – rozmowa z ks. prof. Diarmaidem MacCullochem z Uniwersytetu w Oksfordzie (http://luter2017.pl/reformacja-powrot-roznorodnej-normalnosci-rozmowa-ks-prof-diarmaidem-maccullochem-uniwersytetu-oksfordzie/)
Pierwszy kontakt Cranmera z europejskimi reformatorami związany był z – odbywającym w 1531 roku podróż po Anglii – Simonem Grynaeusem, humanistą z Bazylei i zwolennikiem szwajcarskich reformatorów Ulricha Zwingliego i Jana Oekolampada. Będąc w Anglii Grynaeus oferował siebie jako pośrednika pomiędzy królem Henrykiem VIII Tudorem a europejskimi reformatorami. Thomas Cranmer zaprzyjaźnił się z Simonem Grynaeusem, a potem – będąc na dworze cesarza niemieckiego Karola V – z Andreasem Osianderem, niemieckim teologiem luterańskim i działaczem reformacyjnym. Cranmer poślubił siostrzenicę żony Osiandera – Małgorzatę.
Thomas Cranmer, jako arcybiskup Canterbury, interweniował w sporach religijnych i wspierał reformatorów ku rozczarowaniu konserwatystów chcących utrzymać jedność z Kościołem papieskim. Wypowiedział posłuszeństwo papieżowi i opowiedział się za zwierzchnictwem króla nad Kościołem w Anglii. Na zaproszenie Cranmera do Anglii, pod koniec lat 40. XVI wieku, przyjechał – niemiecki reformator protestancki – Martin Bucer i został (w latach 1549–1551) pierwszym protestanckim dziekanem fakultetu teologicznego na Uniwersytecie Cambridge.
Tomasz Cranmer wraz z biskupami opracował tzw. 10 artykułów (1536 r.), które były pierwszymi doktrynalnymi wypowiedziami Kościoła w Anglii, jednak kilka lat później król – Henryk VIII – zlikwidował reformacyjne treści wspomnianych artykułów przywracając ortodoksyjne zasady katolickie: transsubstancjację, komunię pod jedną postacią, celibat księży i śluby zakonne, zezwolenie dla mszy prywatnych oraz ważność usznej spowiedzi. Wywołało to falę represji wobec protestanckich reformatorów. Z troski o rodzinę, abp Canterbury Cranmer, po publikacji 6. artykułów wywiózł swoją żonę w bezpieczne miejsce, najprawdopodobniej do Ford Palace w Kent (południowo-wschodnia Anglia). W tym czasie o herezję został oskarżony Thomas Cromwell, który potajemnie wspierał angielskich protestantów. Został skazany na śmierć bez procesu i publicznie stracony (ścięty) w 1540 r. Śmierć poniósł też, były augustynianin (podobnie jak Marcin Luter), Robert Barnes, który już w 1525 r. wygłosił podczas pasterki kazanie uznawane za pierwsze reformacyjne kazanie w Anglii. Branes został spalony na stosie w lipcu 1540 roku.
Po Henryku VIII tron objął, wychowany na protestanta, jego syn Edward VI – „Z bożej łaski król Anglii, Francji i Irlandii, Obrońca Wiary i pod Jezusem Chrystusem Najwyższy Zwierzchnik Kościoła Anglii, a także Irlandii na Ziemi”. Za panowania małoletniego monarchy, w 1549 r. Thomas Cranmer opublikował pierwsze wydanie „Modlitewnika powszechnego”, który uznawany jest za jeden z najważniejszych elementów anglikańskiej tożsamości. Trzy lata później ukazała się druga edycja modlitewnika, bliska w treści nurtowi reformacji szwajcarskiej.
Podczas rządów Edwarda VI Anglia stała się schronieniem dla represjonowanych protestantów z kontynentu. W Londynie powstał tzw. „Kościół uchodźców” – gdzie wspólnie modlili się Szwajcarzy, Holendrzy, Niemcy, Włosi, Hiszpanie i Polacy – w którego prowadzenie byli zaangażowani tacy teolodzy, jak Martin Bucer, Piotr Vermigli Męczennik czy Jan Łaski będący pierwszym biskupem religijnych uchodźców w Anglii.
Gdy w 1553 roku, po ciężkiej chorobie, zmarł Edward VI na angielskim tronie zasiadła Maria I Tudor, która w zapisała się w historii jako Krwawa Mary. Ów tytuł związany jest z prześladowaniem protestantów. Królowa odpowiada za wysłanie na stos 289 protestantów sprzeciwiających się rekatolicyzacji Anglii. Uczciwie trzeba przyznać, że rządy Henryka VIII były o wiele bardziej krwawe. Historycy szacują, że straconych za herezję (ofiarami byli w tym przypadku głównie katolicy) mogło być nawet 500 osób. Na celowniku Mari I Tudor znalazł się arcybiskup Thomas Cranmer, zastąpiony przybyłym z wygnania kard. Reginaldem Polem, uczestnikiem soboru trydenckiego (1545–1563).
Będąc aresztowanym, Thomas Cranmer, przebywał przez jakiś czas w Oxfordzie, gdzie miał styczność z dominikaninem Juanem de Villagarcią i uległszy jego namowom, wyparł się dotychczasowych poglądów oraz przysiągł wierność katolickiej nauce, w tym uznał papieża głową Kościoła. Jednak królowa Maria I Tudor, która żywiła szczególną niechęć do Cranmera, wraz z doradcami zadecydowała o skazaniu reformatora na śmierć przez spalenie na stosie. Datę egzekucji wyznaczono na 7 marca 1556 roku. W rezultacie zostało opublikowane oświadczenie Cranmera, w którym wyparł się on teologii inspirowanej europejskimi reformatorami – Lutrem i Zwinglim – oraz dał wyraz pełnej akceptacji teologii katolickiej. W oświadczeniu była zawarta akceptacja dla zwierzchnictwa papieskiego, transsubstancjacji i uznania mszy katolickiej jako ofiary. Cranmer wyrażał swoją radość z powrotu do wiary katolickiej, poprosił o spowiedź, a po otrzymaniu rozgrzeszenia uczestniczył we mszy świętej. W zawiązku z tym oświadczeniem spalenie Cranmera zostało odroczone, gdyż prawo kanoniczne gwarantowało ułaskawienie dla heretyków, którzy wyparli się swoich poglądów. Maria I Tudor wciąż jednak nalegała na wykonanie egzekucji, twierdząc, że nieprawość i upór Cranmera przeciw Bogu i Jego łasce były zbyt wielkie, by okazać odstępcy miłosierdzie. Cranmerowi przekazano, że będzie mógł publicznie odwoływać się od wyroku w czasie nabożeństwa w kościele akademickim Najświętszej Maryi Panny w Oxfordzie.
Thomas Cranmer, w dniu egzekucji, zaskoczył wszystkich i odwołał swoje wcześniejsze wyrzeczenie się antykatolickich poglądów. Oświadczył, że odrzuca papieża – jako wroga Chrystusa i Antychrysta – wraz z jego fałszywą doktryną. Szybko ściągnięto go z ambony i przewieziono na miejsce stracenia. Gdy umierał, płonąc na stosie, wypowiadał słowa: „Panie Jezu, przyjmij ducha mego. Widzę niebo otwarte i Jezusa, stojącego po prawicy Boga”.
Pisząc tekst korzystałem z następujących źródeł:
ks. Wojciech Medwid, „Wkład Tomasza Cranmera w rozwój angielskiej reformacji”, w: Polonia Sacra 17 (2013) nr 2 (33), s. 177–202.
Dariusz Bruncz, „Reformacja w Anglii” (https://www.polityka.pl/pomocnikhistoryczny/1718850,1,reformacja-w-anglii.read)
Artykuł: Karczma pod Białym Koniem i Męczennicy – reformacja luterańska w Anglii (http://luter2017.pl/karczma-pod-bialym-koniem-i-meczennicy-reformacja-luteranska-w-anglii/)
Tekst: Reformacja – powrót do różnorodnej normalności – rozmowa z ks. prof. Diarmaidem MacCullochem z Uniwersytetu w Oksfordzie (http://luter2017.pl/reformacja-powrot-roznorodnej-normalnosci-rozmowa-ks-prof-diarmaidem-maccullochem-uniwersytetu-oksfordzie/)
sobota, 21 marca 2020
PIĘKNO SPEŁNIONEGO ŻYCIA
W biblijnej narracji opisującej życie Abrama pojawiają się – jedno po drugim – dwa zdania, które rozdzielają 13 lat życia patriarchy: „Abram miał osiemdziesiąt sześć lat, gdy Hagar urodziła mu Izmaela. Gdy Abram miał dziewięćdziesiąt dziewięć lat, ukazał mu się PAN i powiedział…”.
Autor biblijny nie przekazuje żadnej informacji o tym, jak układało się życie Abrama w tym czasie. Czy były to lata zupełnego milczenia Boga? A może w tym czasie stałą praktyką patriarchy było „budowanie ołtarzy dla Pana”, aby czynić przestrzeń dla Jego obecności i podtrzymywać bliską więź ze Stwórcą? Możemy tylko snuć przypuszczenia na temat codzienności Abrama w ciągu tych trzynastu lat. Z całą pewnością możemy natomiast stwierdzić, że Pan Bóg nie zapomniał o swoim słudze – tym, którego wezwał do wyruszenia w nieznane wiele lat wcześniej i przed którym kreślił swój plan „udzielenia błogosławieństwa wszystkim plemionom na ziemi”.
Kiedy autor biblijny opisuje kolejne – bliskie – spotkanie Boga z Abramem przywołuje takie oto słowa Stwórcy: „Ja jestem Bóg Wszechmogący (El Szaddaj). Żyj świadomy Mojej obecności i bądź doskonały”. Może Abram jednak, w ciągu minionych trzynastu lat, doświadczył swego rodzaju kryzysu wiary? Być może oddał się temu co nazywamy „prozą życia” i pozwolił, aby Boże obietnice pokryły się warstwą kurzu? Może w jego sercu zakorzeniły się wątpliwości wobec zasłyszanych wcześniej obietnic? Wszak czekał na pojawienie się potomka – syna i dziedzica. Tymczasem upływające lata działały zdecydowanie na niekorzyść Abrama i jego żony Saraj. A zatem czy stary Abram, mając 99 lat, wciąż mógł liczyć na wypełnienie się obietnicy o potomstwie „licznym jak proch ziemi”? Sądzę, że tego typu wątpliwości mogły pojawić się w sercu patriarchy.
Upływające lata i podeszły wiek Abrama nie stanęły jednak na przeszkodzie Bożym obietnicom. Niezależnie od tego, jak potężna mogła wydawać się „góra wątpliwości”, która piętrzyła się przed Abramem, to Bożym rozwiązaniem było wezwanie do wiary mającej oparcie w prawdzie na temat Bożej natury i Jego charakteru. On – Bóg Wszechmocny (El Szaddaj) – jest wystarczającym gwarantem wypełnienia się wszelkich obietnic. Właściwie to nie ma innego – dobrego – fundamentu na którym możemy stać i oczekiwać spełnia się tego wszystkiego, co On obiecał w swojej mądrości.
Miejsce, w którym możemy zobaczyć kres naszych możliwości i jednocześnie usłyszeć Boże zapewnienie, że On jest Wszechmogący pozostaje najbardziej pożądanym i najcenniejszym doświadczeniem naszego życia.
Podobne chwile, naznaczone ludzką słabością i – jednocześnie – świadomością Bożej wszechmocy, były też udziałem apostoła Pawła: „Bracia! Chcemy, abyście wiedzieli o utrapieniu, które dotknęło nas w Azji. Zostaliśmy doświadczeni ponad miarę i ponad siły, tak że wątpiliśmy, czy uda nam się ujść z życiem. Po to jednak odczuliśmy grozę śmierci, aby nie polegać na sobie, lecz na Bogu, który wskrzesza umarłych. On nas wybawił od grozy śmierci i będzie wybawiał. Pokładamy nadzieję w Nim, że nadal będzie wybawiał…”. Czasami te chwile zwątpienia i niepewności są nam potrzebne, by spojrzeć na Bożą wielkość i doświadczyć Jego pomocy. W miejscu naszej słabości pojawia się zapewnienie, że On pozostaje silny i wszechmogący.
Piękno spełnionego życia nie zawiera się w poleganiu na sobie i własnych możliwościach, lecz tkwi w zaufaniu do Boga, którego imię brzmi „El Szaddaj”. To wciąż lekcja, której potrzebuję się uczyć.
Autor biblijny nie przekazuje żadnej informacji o tym, jak układało się życie Abrama w tym czasie. Czy były to lata zupełnego milczenia Boga? A może w tym czasie stałą praktyką patriarchy było „budowanie ołtarzy dla Pana”, aby czynić przestrzeń dla Jego obecności i podtrzymywać bliską więź ze Stwórcą? Możemy tylko snuć przypuszczenia na temat codzienności Abrama w ciągu tych trzynastu lat. Z całą pewnością możemy natomiast stwierdzić, że Pan Bóg nie zapomniał o swoim słudze – tym, którego wezwał do wyruszenia w nieznane wiele lat wcześniej i przed którym kreślił swój plan „udzielenia błogosławieństwa wszystkim plemionom na ziemi”.
Kiedy autor biblijny opisuje kolejne – bliskie – spotkanie Boga z Abramem przywołuje takie oto słowa Stwórcy: „Ja jestem Bóg Wszechmogący (El Szaddaj). Żyj świadomy Mojej obecności i bądź doskonały”. Może Abram jednak, w ciągu minionych trzynastu lat, doświadczył swego rodzaju kryzysu wiary? Być może oddał się temu co nazywamy „prozą życia” i pozwolił, aby Boże obietnice pokryły się warstwą kurzu? Może w jego sercu zakorzeniły się wątpliwości wobec zasłyszanych wcześniej obietnic? Wszak czekał na pojawienie się potomka – syna i dziedzica. Tymczasem upływające lata działały zdecydowanie na niekorzyść Abrama i jego żony Saraj. A zatem czy stary Abram, mając 99 lat, wciąż mógł liczyć na wypełnienie się obietnicy o potomstwie „licznym jak proch ziemi”? Sądzę, że tego typu wątpliwości mogły pojawić się w sercu patriarchy.
Upływające lata i podeszły wiek Abrama nie stanęły jednak na przeszkodzie Bożym obietnicom. Niezależnie od tego, jak potężna mogła wydawać się „góra wątpliwości”, która piętrzyła się przed Abramem, to Bożym rozwiązaniem było wezwanie do wiary mającej oparcie w prawdzie na temat Bożej natury i Jego charakteru. On – Bóg Wszechmocny (El Szaddaj) – jest wystarczającym gwarantem wypełnienia się wszelkich obietnic. Właściwie to nie ma innego – dobrego – fundamentu na którym możemy stać i oczekiwać spełnia się tego wszystkiego, co On obiecał w swojej mądrości.
Miejsce, w którym możemy zobaczyć kres naszych możliwości i jednocześnie usłyszeć Boże zapewnienie, że On jest Wszechmogący pozostaje najbardziej pożądanym i najcenniejszym doświadczeniem naszego życia.
Podobne chwile, naznaczone ludzką słabością i – jednocześnie – świadomością Bożej wszechmocy, były też udziałem apostoła Pawła: „Bracia! Chcemy, abyście wiedzieli o utrapieniu, które dotknęło nas w Azji. Zostaliśmy doświadczeni ponad miarę i ponad siły, tak że wątpiliśmy, czy uda nam się ujść z życiem. Po to jednak odczuliśmy grozę śmierci, aby nie polegać na sobie, lecz na Bogu, który wskrzesza umarłych. On nas wybawił od grozy śmierci i będzie wybawiał. Pokładamy nadzieję w Nim, że nadal będzie wybawiał…”. Czasami te chwile zwątpienia i niepewności są nam potrzebne, by spojrzeć na Bożą wielkość i doświadczyć Jego pomocy. W miejscu naszej słabości pojawia się zapewnienie, że On pozostaje silny i wszechmogący.
Piękno spełnionego życia nie zawiera się w poleganiu na sobie i własnych możliwościach, lecz tkwi w zaufaniu do Boga, którego imię brzmi „El Szaddaj”. To wciąż lekcja, której potrzebuję się uczyć.
czwartek, 19 marca 2020
SOLI DEO GLORIA
Jednym z haseł europejskiej reformacji, skutkującej odnową Kościoła zachodniego, jest Soli Deo gloria („Jedynie Bogu chwała”). Można je też oddać stwierdzeniem „Tylko dla Bożej chwały”.
W Liście do Efezjan kilkukrotnie wybrzmiewają słowa o Bożej chwale. Z treści tego listu dowiadujemy się, że „według postanowienia Bożej woli zostaliśmy przeznaczeni, by przez Jezusa Chrystusa stać się Jego synami, dla uwielbienia chwały Jego łaski…”. Czytamy, że zostaliśmy wybrani, by „istnieć dla uwielbienia Jego (Boga) chwały”. A modlitwą apostoła Pawła jest, by efescy chrześcijanie poznali i zrozumieli „czym jest bogactwo chwały Bożego dziedzictwa wśród świętych”.
Jeśli jest coś, czemu warto oddać swoje siły, zaangażowanie i energię, to właśnie Boża chwała. Czy to nie jest niezwykłe, że w świecie naznaczonym całym spektrum marności wynikającej z grzechu, Bóg chce objawiać swoje piękno i manifestować swoją chwałę? Czyż to nie jest niesamowite, że zostaliśmy wezwani, by czerpać radość z bliskości i obecności Tego, przed którego majestatem niknie blask i splendor wszystkiego, co jest nam znane z realiów doczesności? Przez całą historię ludzkości śledzimy pogoń – zarówno jednostek jak i społeczeństw – za sławą i bogactwem, którą można oddać słowami budowniczych z krainy Szinear: „zbudujmy sobie miasto i wieżę, której szczyt sięgałby aż do nieba, i uczyńmy sobie imię, abyśmy nie rozproszyli się po całej ziemi!”. To czego się podjęli budujący wieżę miało opiewać ich chwałę. My i tylko my! Historia jednak pokazuje, ponad wszelką wątpliwość, że ta chęć „czynienia sobie imienia” – pogoń za wielkością i sławą – skutkuje całą masą zbrodni, niemoralności, destrukcji i cierpienia. Fundamenty ludzkiej wielkości i splendoru są nietrwałe. A budowane nie nich imperia upadały, jedno po drugim. Wielcy tego świata, którzy dumnie wywyższali się w oczach społeczeństw i budowali swoją ziemską potęgę, przemijali. Ludzka chwała przemija. Pozostaje po niej jedynie wzmianka w podręcznikach historii.
Jednak istnieje możliwość, by sięgać po prawdziwą wielkość i piękno oraz być uczestnikiem nieprzemijającej chwały. Tą nieprzemijającą – wieczną – chwałą jest Boża chwała. Więź i relacja z Chrystusem, kieruje nas ku uwielbieniu Boga, wyrażonego słowami modlitwy: „niech się święci Twoje imię!”. Bliskie jest mi pragnienie, które niegdyś wyraził, amerykański teolog i kaznodzieja, Jonathan Edwards: „Moje serce pragnęło jednego: uniżyć się przed Bogiem w prochu i pyle, umniejszyć siebie, aby Bóg był dla mnie wszystkim, abym stał się jak małe dziecko”. Aby Bóg był dla mnie wszystkim, by żyć dla Jego chwały.
Sądzę, że życie, którego celem jest Bóg, to spełnione życie. Zatem niech rozbrzmiewa: SOLI DEO GLORIA!
W Liście do Efezjan kilkukrotnie wybrzmiewają słowa o Bożej chwale. Z treści tego listu dowiadujemy się, że „według postanowienia Bożej woli zostaliśmy przeznaczeni, by przez Jezusa Chrystusa stać się Jego synami, dla uwielbienia chwały Jego łaski…”. Czytamy, że zostaliśmy wybrani, by „istnieć dla uwielbienia Jego (Boga) chwały”. A modlitwą apostoła Pawła jest, by efescy chrześcijanie poznali i zrozumieli „czym jest bogactwo chwały Bożego dziedzictwa wśród świętych”.
Jeśli jest coś, czemu warto oddać swoje siły, zaangażowanie i energię, to właśnie Boża chwała. Czy to nie jest niezwykłe, że w świecie naznaczonym całym spektrum marności wynikającej z grzechu, Bóg chce objawiać swoje piękno i manifestować swoją chwałę? Czyż to nie jest niesamowite, że zostaliśmy wezwani, by czerpać radość z bliskości i obecności Tego, przed którego majestatem niknie blask i splendor wszystkiego, co jest nam znane z realiów doczesności? Przez całą historię ludzkości śledzimy pogoń – zarówno jednostek jak i społeczeństw – za sławą i bogactwem, którą można oddać słowami budowniczych z krainy Szinear: „zbudujmy sobie miasto i wieżę, której szczyt sięgałby aż do nieba, i uczyńmy sobie imię, abyśmy nie rozproszyli się po całej ziemi!”. To czego się podjęli budujący wieżę miało opiewać ich chwałę. My i tylko my! Historia jednak pokazuje, ponad wszelką wątpliwość, że ta chęć „czynienia sobie imienia” – pogoń za wielkością i sławą – skutkuje całą masą zbrodni, niemoralności, destrukcji i cierpienia. Fundamenty ludzkiej wielkości i splendoru są nietrwałe. A budowane nie nich imperia upadały, jedno po drugim. Wielcy tego świata, którzy dumnie wywyższali się w oczach społeczeństw i budowali swoją ziemską potęgę, przemijali. Ludzka chwała przemija. Pozostaje po niej jedynie wzmianka w podręcznikach historii.
Jednak istnieje możliwość, by sięgać po prawdziwą wielkość i piękno oraz być uczestnikiem nieprzemijającej chwały. Tą nieprzemijającą – wieczną – chwałą jest Boża chwała. Więź i relacja z Chrystusem, kieruje nas ku uwielbieniu Boga, wyrażonego słowami modlitwy: „niech się święci Twoje imię!”. Bliskie jest mi pragnienie, które niegdyś wyraził, amerykański teolog i kaznodzieja, Jonathan Edwards: „Moje serce pragnęło jednego: uniżyć się przed Bogiem w prochu i pyle, umniejszyć siebie, aby Bóg był dla mnie wszystkim, abym stał się jak małe dziecko”. Aby Bóg był dla mnie wszystkim, by żyć dla Jego chwały.
Sądzę, że życie, którego celem jest Bóg, to spełnione życie. Zatem niech rozbrzmiewa: SOLI DEO GLORIA!
sobota, 14 marca 2020
MYŚLI NA TEN CZAS
Chciałbym podzielić się czymś osobistym. Nie roszczę sobie prawa, by mój głos był usłyszany i zauważony pośród szerokiej rzeszy osób. Mam świadomość tego kim jestem – zwykłym człowiekiem, żyjącym w realiach małej miejscowości i próbującym, pośród wielu różnych problemów, układać swoje życie z Bogiem, jako ewangelicznie wierzący chrześcijanin. Ale jest coś, co noszę w sercu w kontekście ostatnich wydarzeń.
Mam takie przekonanie, że czas w którym teraz się znaleźliśmy – mam na myśli Kościół, ten rozumiany nie instytucjonalnie, ale jako wspólnota naśladowców/ uczniów Chrystusa – to ważny moment w historii naszego funkcjonowania w polskim społeczeństwie. Zdaje się oczywistym, że wśród chrześcijan intensyfikuje się aktywność modlitewna – do tego też jesteśmy wzywani i zachęcani głosami liderów ewangelikalnych wspólnot. I sądzę, że częścią tego wołania jest, by Bóg zajął właściwe – pierwsze – miejsce w naszym życiu, strącając z piedestału wszelkie bożki, które sobie uczyniliśmy. Mam śmiałość o tym pisać, bo sam nie jestem wolny od tego problemu. Bożki dostrzegam w swoim własnym życiu. A zatem w moim sercu rozbrzmiewa pragnienie, by Bóg – Ten, który jest źródłem naszej wiary i nadziei – rozprawił się z bożkiem materializmu, samozadowolenia, chciwości czy współzawodnictwa (konkurowania ze sobą). Osobiście, w ciągu ostatnich dni, przeżywam coś bardzo podobnego do czasu z kwietnia 2010 roku. Tamte, trudne dla naszego społeczeństwa chwile, były też naznaczone wołaniem do Boga i „stawaniem razem” w modlitwie o Polskę i Kościół.
Jestem wdzięczny Bogu za mądrość przywódców – liderów – ewangelikalnych wspólnot, którzy dzielą się słowami nadziei i są, przynajmniej dla mnie, głosem rozsądku i biblijnego patrzenia na teraźniejszość. Wysłuchałem lub wyczytałem wypowiedzi kilku z nich – tych, stojących na czele największych ewangelikalnych Kościołów w Polsce. I zachęcam innych do wsłuchania się w ten duszpasterski głos płynący z polskiego Kościoła. Jestem wdzięczny za prewencyjne działania polskiego rządu i działanie służb odpowiedzialnych za bezpieczeństwo Polaków. Tę listę wdzięczności mógłbym jeszcze kontynuować.
Lecz nade wszystko, obok tej wdzięczności, rodzi się we mnie wołanie, które można wyrazić słowami starej – śpiewanej w latach 90. XX wieku – pieśni: „Złam, Panie, władzę bożków , przyjdź i rządź jako Król. Zerwij z nas łańcuchy, przyjdź i rządź jako Król. Tyś Bogiem jedynym jest i nie ma innego Mistrza, jak Ty”.
Być może ten czas, w jakim się znaleźliśmy, będzie ważnym krokiem na drodze do duchowego przełomu, którego wyczekujemy? Przełomu związanego z Bożym przebudzeniem. Przełomu rozumianego jako czas manifestacji Jego obecności, której skutkiem będzie pochwycenie wielu serc Polaków do miejsca bliskości z Bogiem. Tego szczególnego przełomu, naznaczonego prawdziwym nawróceniem skutkującym odwróceniem się od grzechu i zwróceniem się ku Chrystusowi, w moim przekonaniu, rozpaczliwie potrzebujemy. W czasie duchowego przebudzenia, jakie wydarzyło się w stanach Kentucky i Tennessee (USA) na przełomie XVIII i XIX wieku, można było doświadczyć takiej rzeczywistości: „Manifestowała się potężna Boża moc i miłosierdzie Boże. Ludzie padali pod wpływem Słowa, jak zboże pod wpływem wiatru w czasie burzy, i wielu podnosiło się z ziemi z boską chwałą lśniącą na ich obliczach i oddawało chwałę Bogu z taką siłą, że serca grzeszników drżały…”. A zatem niech bożki zostaną strącone i niech objawia się Boża chwała!
Mam takie przekonanie, że czas w którym teraz się znaleźliśmy – mam na myśli Kościół, ten rozumiany nie instytucjonalnie, ale jako wspólnota naśladowców/ uczniów Chrystusa – to ważny moment w historii naszego funkcjonowania w polskim społeczeństwie. Zdaje się oczywistym, że wśród chrześcijan intensyfikuje się aktywność modlitewna – do tego też jesteśmy wzywani i zachęcani głosami liderów ewangelikalnych wspólnot. I sądzę, że częścią tego wołania jest, by Bóg zajął właściwe – pierwsze – miejsce w naszym życiu, strącając z piedestału wszelkie bożki, które sobie uczyniliśmy. Mam śmiałość o tym pisać, bo sam nie jestem wolny od tego problemu. Bożki dostrzegam w swoim własnym życiu. A zatem w moim sercu rozbrzmiewa pragnienie, by Bóg – Ten, który jest źródłem naszej wiary i nadziei – rozprawił się z bożkiem materializmu, samozadowolenia, chciwości czy współzawodnictwa (konkurowania ze sobą). Osobiście, w ciągu ostatnich dni, przeżywam coś bardzo podobnego do czasu z kwietnia 2010 roku. Tamte, trudne dla naszego społeczeństwa chwile, były też naznaczone wołaniem do Boga i „stawaniem razem” w modlitwie o Polskę i Kościół.
Jestem wdzięczny Bogu za mądrość przywódców – liderów – ewangelikalnych wspólnot, którzy dzielą się słowami nadziei i są, przynajmniej dla mnie, głosem rozsądku i biblijnego patrzenia na teraźniejszość. Wysłuchałem lub wyczytałem wypowiedzi kilku z nich – tych, stojących na czele największych ewangelikalnych Kościołów w Polsce. I zachęcam innych do wsłuchania się w ten duszpasterski głos płynący z polskiego Kościoła. Jestem wdzięczny za prewencyjne działania polskiego rządu i działanie służb odpowiedzialnych za bezpieczeństwo Polaków. Tę listę wdzięczności mógłbym jeszcze kontynuować.
Lecz nade wszystko, obok tej wdzięczności, rodzi się we mnie wołanie, które można wyrazić słowami starej – śpiewanej w latach 90. XX wieku – pieśni: „Złam, Panie, władzę bożków , przyjdź i rządź jako Król. Zerwij z nas łańcuchy, przyjdź i rządź jako Król. Tyś Bogiem jedynym jest i nie ma innego Mistrza, jak Ty”.
Być może ten czas, w jakim się znaleźliśmy, będzie ważnym krokiem na drodze do duchowego przełomu, którego wyczekujemy? Przełomu związanego z Bożym przebudzeniem. Przełomu rozumianego jako czas manifestacji Jego obecności, której skutkiem będzie pochwycenie wielu serc Polaków do miejsca bliskości z Bogiem. Tego szczególnego przełomu, naznaczonego prawdziwym nawróceniem skutkującym odwróceniem się od grzechu i zwróceniem się ku Chrystusowi, w moim przekonaniu, rozpaczliwie potrzebujemy. W czasie duchowego przebudzenia, jakie wydarzyło się w stanach Kentucky i Tennessee (USA) na przełomie XVIII i XIX wieku, można było doświadczyć takiej rzeczywistości: „Manifestowała się potężna Boża moc i miłosierdzie Boże. Ludzie padali pod wpływem Słowa, jak zboże pod wpływem wiatru w czasie burzy, i wielu podnosiło się z ziemi z boską chwałą lśniącą na ich obliczach i oddawało chwałę Bogu z taką siłą, że serca grzeszników drżały…”. A zatem niech bożki zostaną strącone i niech objawia się Boża chwała!
OSIEM RZECZY, KTÓRYCH POWINIEN NAUCZYĆ NAS KORONAWIRUS
Autorem tekstu jest Mark Oden - pastor Chiesa Evangelica Neapolis w Neapolu we Włoszech. Wersja polska: Jezus.pl za zgodą The Gospel Coalition
Obudziłem się dziś rano w Neapolu, trzecim największym
mieście Włoch, dowiadując się o blokadzie. Zakazano zgromadzeń publicznych, w
tym nabożeństw. Wesela, pogrzeby i chrzty zostały odwołane. Szkoły i kina,
muzea i sale gimnastyczne zostały zamknięte. Moja żona i ja właśnie wróciliśmy
z zakupów spożywczych, które zajęły nam dwie godziny z powodu długich kolejek
do kasy. Włochy mają obecnie najwyższą liczbę potwierdzonych przypadków
koronawirusa poza Chinami: 9172 zarażonych i 463 zmarłych (obecnie: 17660 i
1266 – przyp. redakcji). W rezultacie, nakazano 60 milionom osób pozostanie w
swoich domach, jeśli opuszczenie ich nie jest absolutnie konieczne.
Jak my, chrześcijanie, powinniśmy reagować na taki
kryzys? Odpowiedź brzmi: z wiarą, a nie ze strachem. Patrząc w oczy tej burzy
powinniśmy pytać: Panie, czego chcesz mnie przez to nauczyć? Jak chcesz mnie
zmienić?
Oto osiem rzeczy, które powinna nam uzmysłowić lub
przypomnieć obecna sytuacja związana z koronawirusem.
1. NASZA KRUCHOŚĆ
Ten globalny kryzys pokazuje nam, jak słabi jesteśmy jako
ludzie.
W chwili pisania tych słów, na całym świecie zgłoszono
98429 przypadków koronawirusa i odnotowano 3387 zgonów (obecnie: 145628 i 5421
- przyp. red.). Dokładamy wszelkich starań, aby powstrzymać jego
rozprzestrzenianie i większość z nas – jak sądzę – jest pewna, że ostatecznie
to się uda.
A teraz wyobraź sobie wirusa jeszcze bardziej agresywnego
i zaraźliwego niż koronawirus. Czy w obliczu takiego zagrożenia możemy zapobiec
wyginięciu rodzaju ludzkiego? Odpowiedź jest oczywista: nie. Bardzo łatwo
zapomnieć o naszej słabości i kruchości.
Słowa psalmisty brzmią tak prawdziwie: „Dni człowieka są
jak trawa, kwitnie on jak kwiat polny. Ledwie wiatr [lub COVID-19] powieje na
niego – już go nie ma, nawet ślad po nim nie zostaje” (Ps. 103:15–16).
Czego ta lekcja uczy nas o naszej kruchości? Być może
przypomina nam, że nie powinniśmy brać naszego życia na ziemi za pewnik. „Naucz
nas liczyć dni nasze, abyśmy zyskali mądre serce” (Ps. 90:12).
2. NASZA RÓWNOŚĆ
Ten wirus nie szanuje granic etnicznych ani granic
państwowych. To nie jest chiński wirus; to nasz wirus. Jest obecny w
Afganistanie, Belgii, Kambodży, Danii, Francji, Ameryce – dotarł do 77 krajów
(obecnie: 145 – przyp. red.) a liczba wciąż się zwiększa.
Wszyscy jesteśmy członkami wielkiej ludzkiej rodziny,
stworzonej na obraz Boga (Ks. Rodz. 1:27). Kolor naszej skóry, nasz język, nasz
akcent i nasza kultura nie mają znaczenia w obliczu tej zaraźliwej choroby.
W oczach świata wszyscy jesteśmy inni; w oczach wirusa
jesteśmy tacy sami.
W obliczu cierpienia, w bólu po stracie ukochanej osoby
jesteśmy w pełni równi – słabi i pozbawieni odpowiedzi.
3. NASZ BRAK PANOWANIA NAD SYTUACJĄ
Wszyscy lubimy mieć kontrolę. Chcemy trzymać w ręku stery
naszego przeznaczenia, pragniemy być panami naszego losu. Prawdą jest, że dziś,
bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, możemy panować nad znaczną częścią naszego
życia. Możemy zdalnie sterować ogrzewaniem i systemem bezpieczeństwa w naszym
domu; możemy przesyłać pieniądze w różne miejsca świata za pomocą jednego
kliknięcia; możemy nawet panować nad naszym ciałem poprzez trening i zdobycze
medycyny.
Ale może to poczucie panowania jest iluzją – bańką, którą
przebił koronawirus, pokazując, że tak naprawdę nad niczym nie panujemy.
Teraz, tutaj we Włoszech, władze próbują powstrzymać
rozprzestrzenianie się wirusa, zamykając, otwierając i ponownie zamykając
szkoły naszych dzieci. Czy mają kontrolę nad sytuacją?
A co z nami? Uzbrojeni w nasze żele dezynfekujące staramy
się zmniejszyć ryzyko infekcji. Nie ma w tym nic złego, ale czy panujemy nad
sytuacją?
4. BÓL WYKLUCZENIA
Kilka dni temu osoba z naszego kościoła udała się do
północnych Włoch. Po powrocie do Neapolu została wykluczona z kolacji z
kolegami z pracy. Powiedziano jej, że skoro była na północy, to byłoby lepiej,
gdyby nie przyjeżdżała; mimo że nie była w pobliżu czerwonych stref i nie
wykazywała żadnych objawów koronawirusa. Oczywiście, zabolało ją to.
55-letni właściciel restauracji z centrum Neapolu został
niedawno poddany kwarantannie. Po pozytywnym wyniku testu na COVID-19,
powiedział, że czuł się względnie dobrze fizycznie, ale zasmuciły go reakcje
wielu jego sąsiadów: „Tym, co zraniło go bardziej niż pozytywny wynik testu na
koronawirusa, jest sposób, w jaki on i jego rodzina zostali potraktowani przez
miasto, w którym mieszkają” (gazeta „Il Mattino”, 2 marca 2020 r.).
Wykluczenie i izolacja nie są łatwą rzeczą, ponieważ
zostaliśmy stworzeni do relacji. Obecnie jednak wiele osób musi radzić sobie z
izolacją. To doświadczenie, które społeczność trędowatych w czasach Jezusa
znała nazbyt dobrze. Ludzie ci byli zmuszeni do życia w odosobnieniu, a chodząc
po ulicach rodzinnego miasta musieli wołać: „Nieczysty! Nieczysty!” (por. Ks.
Kapł. 13:45).
5. RÓŻNICA MIĘDZY STRACHEM A WIARĄ
Jaka jest Twoja reakcja na ten kryzys? Tak łatwo poddać
się strachowi. Tak łatwo wszędzie widzieć czyhającego na nas koronawirusa: na
klawiaturze naszego komputera, w powietrzu, którym oddychamy, w każdym
kontakcie fizycznym i za każdym rogiem. Czy panikujemy?
A może ten kryzys wzywa nas do innej reakcji – do
okazania wiary, a nie strachu. Wiary nie w gwiazdy lub w jakieś nieznane
bóstwo, ale w Jezusa Chrystusa, dobrego pasterza, który jest również
zmartwychwstaniem i życiem.
Tylko Jezus kontroluje tę sytuację; tylko On może
przeprowadzić nas przez tę burzę. Wzywa nas do zaufania i wiary, nie do
strachu.
6. NASZA POTRZEBA BOGA ORAZ MODLITWY
W jaki sposób, w dobie globalnego kryzysu, możemy – jako
jednostki – cokolwiek zmienić? Często czujemy się tacy mali i nieistotni.
Ale jest coś, co możemy zrobić. Możemy wołać do naszego
Ojca w niebie.
Módl się za władze naszych krajów i miast. Módl się za
personel medyczny leczący chorych. Módl się za mężczyzn, kobiety i dzieci – za
wszystkich, którzy zostali zarażeni, za ludzi, którzy boją się opuścić swoje
domy, za osoby żyjące w czerwonych strefach, za tych, którzy są zagrożeni także
innymi chorobami oraz za osoby starsze. Módl się, aby Pan nas chronił i
zachował. Módl się do Niego, aby okazał nam swą łaskę.
Módl się także, aby Pan Jezus powrócił i by zabrał nas do
nowego stworzenia, które dla nas przygotował, do miejsca bez łez, śmierci, bez
żałoby, płaczu i bólu (Obj. 21:4).
7. ULOTNOŚĆ W NASZYM ŻYCIU
„Ulotne, jakże ulotne – mówi Kohelet – ulotne, jakże
ulotne, wszystko jest takie ulotne.” (Koh. 1:2). W szaleństwie naszego życia
tak łatwo stracić właściwą perspektywę. Nasze dni są wypełnione ludźmi i
projektami, listami zadań oraz pragnień, troską o domy i dobre wakacje. Z
trudem odróżniamy to, co ważne, od tego, co pilne. Gubimy się w naszym życiu.
Być może ten kryzys przypomina nam, o co naprawdę powinniśmy się troszczyć. Być może pomaga odróżnić to, co istotne, od tego, co bez znaczenia. Być może Liga Mistrzów, nowa kuchnia lub post na Instagramie wcale nie są niezbędne do mojego przetrwania. Być może koronawirus pokazuje nam, co jest naprawdę ważne.
Być może ten kryzys przypomina nam, o co naprawdę powinniśmy się troszczyć. Być może pomaga odróżnić to, co istotne, od tego, co bez znaczenia. Być może Liga Mistrzów, nowa kuchnia lub post na Instagramie wcale nie są niezbędne do mojego przetrwania. Być może koronawirus pokazuje nam, co jest naprawdę ważne.
8. NASZA NADZIEJA
Właściwie, najważniejsze pytanie wcale nie brzmi: „Jaką
masz nadzieję w obliczu epidemii koronawirusa?” Jezus przyszedł, aby ostrzec
nas przed obecnością znacznie bardziej śmiercionośnego i rozpowszechnionego
wirusa – takiego, który dotknął każdego mężczyznę, kobietę i dziecko. To wirus,
który nie tylko prowadzi do pewnej śmierci, ale także do śmierci wiecznej. Nasz
rodzaj ludzki, według Jezusa, jest ogarnięty pandemią zwaną grzechem. Jaka jest
Twoja nadzieja w obliczu tego wirusa?
Historia Biblii to historia Boga, który wszedł do świata
zainfekowanego wirusem grzechu. Mieszkał wśród chorych, nie mając kombinezonu
ochronnego, oddychając tym samym powietrzem, co my, jedząc to samo, co my.
Umarł w odosobnieniu, wykluczony ze swego ludu, daleko od swego Ojca – na
krzyżu. Wszystko po to, aby dostarczyć temu choremu światu antidotum na wirusa,
aby nas uleczyć i dać nam życie wieczne. Posłuchaj jego słów:
„Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto wierzy we
Mnie, choćby i umarł, będzie żył. I każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze
na wieki. Czy wierzysz w to? (Jan 11:25–26)
Subskrybuj:
Posty (Atom)









