czwartek, 27 maja 2021

POKORA VS. PYCHA

„On (Bóg) uniża pychę wyniosłych, a wspiera tych, którzy spuszczają oczy”. Taką myśl o Stwórcy znaleźć można w biblijnej Księdze Hioba. W podobnym tonie wypowiadają się autorzy Nowego Testamentu (Jakub i Piotr) stwierdzając, że „Bóg się pysznym przeciwstawia, lecz pokornych darzy łaską”. A prorok obwieszcza: „Niech zostanie podniesiona każda dolina, niech wszystkie góry i wzgórza się obniżą!”. 

Kiedy myślę o grzechach, które mają potencjał, by zniszczyć moją relację i więź z Bogiem, to NA PIERWSZYM miejscu umieszczam grzech pychy. Największym wrogiem, który dokonuje spustoszenia w życiu pojedynczych ludzi, jak i wspólnot czy społeczeństw jest PYCHA. Muszę uczciwie przyznać, że wciąż daleko mi do prawdziwie pokornego stylu życia... W książce „Chrześcijaństwo po prostu” autorstwa C.S. Lewisa możemy przeczytać takie słowa: „Według nauczycieli chrześcijańskich, zasadniczym grzechem i NAJGORSZYM ZŁEM JEST WŁAŚNIE PYCHA. W porównaniu z nią nieczystość, gniew, chciwość, pijaństwo – to wszystko drobiazgi. Pycha prowadzi do każdego innego grzechu. Jest stanem umysłu stojącym w całkowitej sprzeczności z Bogiem (…) Pycha jest główną przyczyną nieszczęść każdego narodu i każdej rodziny od początku świata. Innym grzechom nieraz towarzyszy poczucie jakiejś jedności – wśród ludzi pijanych czy nieczystych dochodzi do bratania się, żartów i przyjaznych kontaktów. Ale PYCHA ZAWSZE OZNACZA WROGOŚĆ – pycha jest wrogością. Nie tylko wrogością pomiędzy ludźmi, ale wobec Boga”. 

Jaki jest pierwszy krok, by stać się pokornym? C.S. Lewis radzi: „Ten pierwszy krok to zdać sobie sprawę, że jest się pysznym”. A jaki jest drugi krok? Odpowiedź, jak sądzę, można znaleźć w słowach Mistrza z Nazaretu: „PRZYJDŹCIE DO MNIE wszyscy utrudzeni i obciążeni (dodałbym: ci, którzy rozpoznajcie, że jesteście pyszni), a Ja wam dam ukojenie. Weźcie na siebie Moje jarzmo i uczcie się ode Mnie, że jestem cichy i pokornego serca, a znajdziecie ukojenie dla waszych dusz. Jarzmo Moje bowiem jest miłe, a Moje brzemię lekkie”. 

Wartościową uwagę na temat pychy można znaleźć w książce Thomasa Forrersa i Jose H. Prado Floresa „Jezus Chrystus uzdrowiciel mojej osoby”: „Człowiek pyszny nie umie przyjmować od innych, bo nie umie przyznać się, że ich potrzebuje. Uważa się za osobę konieczną i niezastąpioną. Dlatego zanurza się w wirze aktywności, która utrzymuje go w tym co powierzchowne. Ma «kompleks mesjanistyczny», czuje się oczekiwanym przez wszystkich, jedynym, który umie rozwiązać każdy problem wspólnoty. Jako że ma tak dużo pracy, nie wystarcza mu czasu na modlitwę. W głębi zaczyna wierzyć, że jest zdolny do pójścia naprzód o własnych siłach. Jezus nie jest jego Panem. On jest panem siebie samego”.

piątek, 14 maja 2021

PODWÓJNE BŁOGOSŁAWIEŃSTWO

Sport bywa piękny na wiele rożnych sposobów. Media donoszą, że po blisko jedenastu latach grania Łukasz Piszczek żegna się z Borussią Dortmund. Wczoraj (13.05), w zwycięskim dla drużyny z Dortmundu finałowym meczu Pucharu Niemiec, wystąpił przed-przedostatni raz w barwach Borussii. W żółto-czarnej koszulce Łukasz Piszczek zagrał blisko 400 meczów, także jako kapitan drużyny. Zespołowi oddał serce i ciężko pracował na liczne sukcesy swojej drużyny – zarówno te krajowe jak i europejskie. Koledzy z klubu i kibice przygotowali dla odchodzącego z Dortmundu Łukasz Piszczka wyjątkowo ciepłe pożegnanie. Trudno było ukryć emocje. 

To pożegnanie Łukasza Piszczka z Dortmundem przypomniało mi wydarzenie opisane przez autora Dziejów Apostolskich. Paweł z Tarsu, przebywając w Milecie, wezwał do siebie starszych z Kościoła w Efezie, by pożegnać się nimi i całą efeską wspólnotą. Długi czas jaki Paweł poświęcił służąc w Efezie zaowocował szczególnie bliskimi więziami pomiędzy apostołem a efeskimi chrześcijanami. O tej zażyłości i przyjaźni świadczy taki oto opis rozstania „A wszyscy zaczęli głośno płakać. Obejmowali Pawła i serdecznie go tulili. Najbardziej zasmuciły ich słowa, że go już więcej nie zobaczą”. 

Pożegnania są częścią naszego życia. Relacje, które budujemy nie zawsze trwają „aż po grób”. W obliczu tej przemijalności niektórych relacji i zobowiązań pozostaje otwartym pytanie w jaki sposób rozstajemy się i żegnamy z tymi, którzy na pewnym etapie naszego życia byli nam szczególnie bliscy? Bywa, że niektóre więzi i zobowiązania kończą się pośród nieporozumień, gniewu, urazy czego konsekwencją jest długie pielęgnowanie niechęci... Dobrze jest, gdy rozstaniu towarzyszą słowa wzajemnego wsparcia i błogosławieństwa. Rozstając się z liderami Kościoła w Efezie Paweł powiedział: „Powierzam was Bogu, nalegając, byście trzymali się Jego łaski, trwając w Jego Słowie”. 

Oby tego „powierzania się nawzajem Bogu”, nacechowanego życzliwością, wsparciem i błogosławieństwem było jak najwięcej w relacjach, także tych na gruncie Kościoła. Także wtedy, gdy zmieniają się nasze zobowiązania i kiedy przychodzi czas – wynikających z różnych okoliczności życiowych – pożegnań. 

A wracając do Łukasza Piszczka, to nie żegna się on z piłką nożną. Wraca do rodzinnej miejscowości, by grać w III lidze! W Dortmundzie został życzliwie pożegnany, a w Goczałkowicach-Zdroju będzie życzliwie powitany. Podwójne błogosławieństwo :) I to jest piękne.

środa, 5 maja 2021

NIEOBLICZANY W CZYNIENIU ZŁA

„Nieobliczalny w czynieniu zła…”. O kim/o czym mowa? Kto/co stanowi tak wielkie zagrożenie i ma potencjał do czynienia zła? Kto/co jest źródłem destrukcyjnego działania niosącego śmiercionośną zgubę nawet dla całych społeczeństw? Przytoczone słowa pojawiają się w pewnym starożytnym – datowanym na I wiek po Chrystusie – tekście. Autor tak rozwija swoją myśl: „Język jest ogniem, sferą nieprawości (…) Jest on nieobliczalny w czynieniu zła, pełny zabójczego jadu. Przy jego pomocy (…) przeklinamy ludzi stworzonych na podobieństwo Boga”. Okazuje się, że najdokuczliwsze – śmiercionośne zło – jest blisko każdego z nas. Nasz język, również ten pisany, może nieść ogromne zniszczenie i być narzędziem destrukcji sięgającej wszelakich więzi – rodzinnych, kościelnych, społecznych… Inny autor tego samego zbioru pism zwanych Nowym Testamentem napisał: „Kto bowiem chce miłować życie i oglądać dni dobre niech powstrzyma język od zła, a usta od podstępnej (fałszywej, obłudnej, zdradliwej) mowy. Niech odwróci się od zła i czyni dobro, niech szuka pokoju i dąży do niego”. I znów pojawia się kwestia języka i naszej mowy… 

Uderzające jest to, że potężny wróg – „nieobliczalny w czynieniu zła” – bywa lekceważony przez nas w codziennym życiu. A ofiar języka, za sprawą plotek, pogardy, niesprawiedliwej oceny, przeklinania, złorzeczenia itp., zdaje się być bardzo wiele… Ktoś kiedyś napisał, że jedno krzywdzące – fałszywe, pogardliwe i oszczercze – zdanie wymaga kilkudziesięciu tych dobrych – naznaczonych łaską i życzliwością – słów, by wyeliminować jego destrukcyjny wpływ. Chyba miał rację… Nic nowego pod słońcem, a „śmierć i życie są w mocy języka”. Śmierć – zniszczenie i destrukcja – są mocy języka, LECZ w mocy tego samego języka jest również życie. Język zatem ma także moc, by podnosić, wzmacniać, nieść nadzieję, wyrażać miłość, przekazywać radość, dodawać otuchy i obdarzać życiem. 

„Język jest nie tylko niesforną i dokuczliwą częścią naszego ciała, która zawsze prowadzi do powstawania problemów. Jest darem Bożym o niesłychanej mocy i szlachetności, który może wypowiadać słowa zbawienia i podbudowywać lud Boży w miłości. Jest zdolny do wyśpiewywania razem z aniołami chwały i dobrodziejstw Króla. Traktujmy wszyscy ten dar z należnym szacunkiem i oddajmy go w pełni na służbę jego miłosiernego Dawcy” (Mark Kinzer).

poniedziałek, 3 maja 2021

CZY W TYM CZASIE...

Kiedy uczniowie Jezusa – za sprawą Zmartwychwstałego, który „po swojej męce objawił się jako Żyjący dał tego liczne dowody” – odzyskali utraconą nadzieję, zaczęli pytać o kluczową dla nich kwestię związaną z przyszłością. Autor Dziejów Apostolskich zapisał treść pytania, jakie zadawali zgromadzeni wokół powstałego z grobu Jezusa: „Panie, czy w tym czasie przywrócisz królestwo Izraelowi?”. Ich myśli – podobnie jak w dniach, kiedy towarzyszyli Jezusowi w Jego publicznej działalności – wciąż były opanowane ideą militarnej i politycznej potęgi mesjańskiego królestwa. Pan Jezus nie zlekceważył ich pytania, choć w Jego słowach zdaje się wybrzmiewać lekkie napomnienie: „Nie wasza to rzecz poznać dni i godziny, które Ojciec ustanowił swoją mocą, lecz…”. Czy mogło być coś ważniejszego od oczekiwanego przez uczniów królestwa, w którym Mesjasz zniszczy opresyjną rzymską władzę i przywróci Izraelowi dawną świetność pamiętaną z czasów panowania Dawida i Salomona? Pan Jezus jednak przekierował uwagę uczniów na coś innego: „gdy Duch Święty zstąpi na was, weźmiecie Jego moc i będziecie Moimi świadkami w Jerozolimie w całej Judei, w Samarii i aż po krańce ziemi”. Moc, której On zamierzał udzielić uczniom nie dotyczyła sprawowania władzy politycznej, lecz odnosiła się do zbawczej władzy Boga nad Izraelem i narodami. Sprawowanie tej władzy – manifestującej się w przebaczeniu grzechów oraz skutkującej przywróceniem człowiekowi relacji i więzi ze Stwórcą – wciąż pozostaje aktualnym zadaniem naśladowców Chrystusa. 

Kiedy czytam historię zapisaną w pierwszym rozdziale Dziejów Apostolskich dostrzegam, że niewiele różnię się od uczniów noszących w swoich sercach pewne utrwalone koncepcje i pragnienia, jednak nie zawsze zgodne z Bożym spojrzeniem na „ten czas” i niekoniecznie zbieżne Jego planami. „Czy w tym czasie…?”. Pytań, tych zadawanych publicznie i w skrytości serca, bywa wiele. Jednak Mistrz konsekwentnie zdaje się przekierowywać uwagę swoich naśladowców na sprawy najistotniejsze i najbliższe Jego sercu: „Weźmiecie moc Ducha Świętego, by być Moimi świadkami…”. Ta obietnica obecności Ducha Świętego została też wyrażona słowami: „zostaniecie ochrzczeni Duchem Świętym”. Ochrzczeni, czyli „zanurzeni” i „przemoczeni” – „przesiąknięci” Nim oraz „ociekający” Jego naturą i mocą. 

Zdaje się, że wiele pytań stawianych przez nas Panu Bogu pozostanie bez odpowiedzi. Jednak wciąż aktualną potrzebą jest to, by doświadczyć mocy Ducha Świętego. Po co? W jakim celu? Aby reprezentować Boga i realizować Jego zbawczy plan w naszym pokoleniu. A co z moimi pytaniami, które zdają się wymagać natychmiastowej odpowiedzi ze strony Stwórcy? Może zwyczajnie potrzebują zejść na dalszy plan wobec pragnień Tego, którego pasją jest „szukać i zbawić to, co zginęło”... 

Przyjdź Duchu Święty!

niedziela, 25 kwietnia 2021

ZACHĘTA, BY SŁUŻYĆ

Ukrzyżowanie Pana Jezusa Chrystusa nie było jakimś przypadkowym wydarzeniem, które niespodziewanie i dramatycznie zakończyło pełną sukcesów publiczną służbę Nauczyciela z Nazaretu. Ukrzyżowanie nie było też czymś wynikającym jedynie z ludzkich planów i kalkulacji nieprzyjaznych Jezusowi osób.  

Choć w tym wydarzeniu obecna była ludzka nienawiść i chęć pozbycia się Jezusa przez „arcykapłanów i nauczycieli Prawa”, to jednak nie ludzki zamysł stał u źródła tych, dramatycznych i opisanych w Ewangelii, wydarzeń. Był to Boży plan. Plan URATOWANIA LUDZI od grzechu i od wiecznego potępienia. Sposób realizacji tego planu związany był ze śmiercią na KRZYŻU Bożego Syna – Jezusa Chrystusa. 

W relacji ewangelicznej, której autorstwo przypisujemy Markowi, czytamy, że Pan Jezus trzykrotnie zapowiadał swoim uczniom wydarzenia dotyczące swojej śmierci. 

Każda z tych zapowiedzi zawierała cały katalog szczegółów związanych z mającą nastąpić śmiercią Jezusa na krzyżu. Pan Jezus powiedział też o sobie: „Syn Człowieczy przyszedł, aby służyć i oddać swoje życie jako okup za wielu” (Mk 10,45). 

Ta gotowość, by służyć i oddać siebie innym była widoczna przez całą ziemską służbę Jezusa, ale w całej pełni zamanifestowała się przez KRZYŻ. 

Krzyż ujawnił ponad wszelką wątpliwość, że Syn Boży przyszedł, aby służyć. Możemy Go nazwać „sługą grzeszników”. On zajął na krzyżu nasze miejsce – miejsce grzeszników, ludzi oddzielonych od Boga i doświadczających szatańskiego zniewolenia. 

Wspominając śmierć Zbawcy – Pana Jezusa Chrystusa – Ogłaszamy, że krzyż rozwiązał problem ludzkiego grzechu. KRZYŻ pozostaje znakiem zwycięstwa łaski nad prawem, przebaczenia nad potępieniem, uzdrowienia nad chorobą i błogosławieństwa nad przekleństwem. 

Ale w krzyżu Jezusa jest jeszcze coś, co warto dostrzec. Skoro Chrystus – Syn Boży „przyszedł, aby służyć i oddać swoje życie jako okup za wielu” to znaczy, że Ja i Ty jesteśmy wezwani, by przyjąwszy Jego służbę odkupienia, służyć sobie nawzajem. Jeśli doświadczyliśmy dobrodziejstw Boga i z radością przyjmujemy obfitość łaski, przebaczenie, uwolnienie i ratunek od wiecznej zagłady, to z tą samą radością powinniśmy służyć jedni drugim, gdyż On – Nasz Mistrz – nie przyszedł, aby Jemu służono, lecz „aby służyć i oddać życie jako okup za wielu”. Krzyż Chrystusa jest wezwaniem dla każdego z nas, by służyć innym.

poniedziałek, 19 kwietnia 2021

ALE DLACZEGO?

Maciek i Agata Strzyżewscy opowiadając o swojej służbie misyjnej przywołali zdarzenie ze spotkania z pastorem w jednym z azjatyckich krajów. Na pytanie czy ogląda w swojej służbie cuda, ów pastor powiedział bez wahania, że tak. Zapytany jakie dzieła Boże widział podczas modlitwy o ludzi odpowiedział, że niewidomi odzyskiwali wzrok, głusi zaczynali słyszeć, a chromi mogli chodzić. Kiedy Maciek przybliżał temu pastorowi realia z Polski i stwierdził, że my nie doświadczamy tego typu dzieł Boga usłyszał pytanie: „Ale dlaczego?”. To zdziwienie pastora z azjatyckiego kraju było szczere i autentyczne. Dla niego było czymś niezrozumiałym, by głoszeniu Ewangelii nie towarzyszyły uzdrowienia i przejawy działania Ducha Świętego. Dlaczego Bóg nie miałby dokonywać dzieł, które obiecał, że będą one towarzyszyć głoszeniu dobrej nowiny o ratunku w Chrystusie? Czyż uzdrowienia, uwolnienia od demonów i nadprzyrodzone dzieła Boga nie są integralną częścią opowiadania o Jezusie Chrystusie – umarłym i zmartwychwstałym – do którego należy wszelka władza na niebie i na ziemi? Czy Boże dzieło zbawienia głoszone w Polsce nie wymaga autoryzacji w postaci znaków i cudów? Czy jedynym oczekiwanym przez nas cudem jest nowe serce i wolność od grzechu? To nowe życie w Chrystusie jest oczywiście niezaprzeczalnym cudem, ale co z rakiem i innymi, wyniszczającymi ciało, chorobami? Czy możemy oczekiwać, że w Polsce działanie Ducha Świętego będzie dostrzegalne w uzdrowieniach – też takich, wobec których współczesna medycyna pozostaje całkowicie bezradna? Czy możemy i powinniśmy szukać objawiania się mocy Boga, gdy spotykamy ludzi dotkniętych całą listą chorób odbierających radość egzystencji? Czy możemy oczekiwać, że Bóg – w rezultacie modlitwy – będzie przywracał sprawność zdeformowanym i zniszczonym przez chorobę członkom ciała? Czy Pan Jezus Chrystus – Ten, który żyje i, jak czytamy, „jest wczoraj i dziś – na wieki ten sam” – chce manifestować swoją obecność w Polsce czyniąc dzieła, o których czytamy na kartach Ewangelii? Dzieła, które towarzyszyły też służbie nowotestamentowego Kościoła? Co zrobić z takimi opisami: „Za pośrednictwem Pawła Bóg czynił też niezwykłe cuda. Nawet jego chusty i przepaski kładziono na chorych, a oni odzyskiwali zdrowie i opuszczały ich złe duchy”. Jak w naszych czasach, szczególnie w Polsce, odczytywać relację z pobytu Pawła na Malcie: „W pobliżu tego miejsca znajdowała się posiadłość zarządcy wyspy, Publiusza. Przyjął on nas bardzo życzliwie i trzy dni przebywaliśmy u niego. Wtedy właśnie zachorował ojciec Publiusza i miał gorączkę z powodu biegunki. Paweł poszedł do niego, pomodlił się, nałożył na niego ręce, a on wyzdrowiał. Po tym wydarzeniu przychodzili do niego także inni chorzy mieszkańcy wyspy. I byli uzdrawiani”. To tylko wybrane relacje zapisane w Księdze Dziejów Apostolskich. W tych relacjach, podobnie jak w historiach znanych z czterech Ewangelii, znajdziemy opisy uzdrowień, uwolnień od demonów i przejawów Bożej mocy. Czy to tylko piękne słowa, jednak opisujące zdarzenia niemożliwe, by je oglądać w naszym pokoleniu i w naszym kraju? 

Pytanie „Ale dlaczego?”, które usłyszał Maciek od pastora z Azji, kiedy relacjonował mu, że w Polsce raczej nie doświadczamy znaków i cudów obecnych w służbie Jezusa i pierwszego Kościoła pozostaje aktualnym dla mnie. Nie chcę powiedzieć, że nie znam żadnego przypadku nadprzyrodzonej ingerencji Boga w dręczone chorobą i działaniem demonów ciało człowieka, jednak takie zdarzenia pozostają, przynajmniej w moim doświadczeniu, czymś bardzo incydentalnym… Ale dlaczego?

poniedziałek, 15 marca 2021

HIRAM I SYBIL BINGHAM

Małżeństwo HIRAM I SYBIL BINGHAM, oprócz łączącej ich miłości ku sobie nawzajem, połączyła pasja do misji i ewangelizacji. Na fali tej pasji – w październiku 1819 roku – wypłynęli statkiem na Hawaje, stając się częścią pionierskiej grupy protestanckich misjonarzy, którzy mieli pragnienie niesienia Dobrej nowiny o ratunku w Chrystusie na tych odległych pacyficznych wyspach (wówczas nazywanych Wyspami Sandwich). 

Poznali się w mieście Goshen, w hrabstwie Lichfield, w stanie Connecticut. Zbliżyła ich pasja do głoszenia Ewangelii. Pobrali się dwa tygodnie od dnia, w którym się poznali. Osiem dni po ślubie byli na statku płynącym na Hawaje. Na tych pacyficznych wyspach spędzili 21 lat. Pracowali nad rozwojem kultury i budowaniem relacji z rdzennymi Hawajczykami, zakładali szkoły misyjne, organizowali pomoc medyczną i pomagali stworzyć pisemny język hawajski. Hiram przetłumaczył na miejscowy język popularne amerykańskie hymny, teksty szkolne i książki biblijne. Sybil intensywnie służyła Hawajczykom, prowadząc spotkania modlitewne, które regularnie przyciągały setki miejscowych kobiet. Pracowała też jako nauczycielka i położna. W 1841 roku małżeństwo wróciło do Nowej Anglii, ze względu na zły stan zdrowia Sybil, i nigdy już nie powrócili na Hawaje. 

Mieli siedmioro dzieci – wszystkie urodziły się na Hawajach. Ich wnuk – Hiram Bingham III zasłynął jako odkrywca Machu Picchu – najlepiej zachowanego miasta Inków w peruwiańskich Andach.

sobota, 6 marca 2021

DOBRY UCZYNEK WZGLĘDEM JEZUSA

Wśród opisów dotyczących ostatnich dni życia i publicznej działalności Pana Jezusa, autorstwa Marka, pojawia się relacja z wydarzenia, które miało miejsce w Betanii w domu Szymona Trędowatego. W chwili, kiedy Jezus „spoczywał przy stole” podeszła do Niego „pewna kobieta, która miała alabastrowe naczynie z prawdziwym olejkiem nardowym” (zob. Mk 14,3). Samo pojawienie się kobiety nie wywołało żadnego poruszenia wśród przebywających w domu. Nie wiemy, przynajmniej z relacji Marka, nic o tożsamości tej kobiety. W jego narracji pozostaje ona anonimową kobietą z „prawdziwym” olejkiem nardowym. Podkreślenie autentyczności tego olejku ma znaczenie, bo w starożytności bywało, że podrabiano nard zastępując tę oryginalną i cenną woń tańszą podróbką. Wyraźna rekcja otoczenia pojawiła się, gdy kobieta „rozbiła naczynie i wylała olejek na głowę Jezusa”. Autor Ewangelii zanotował, że „niektórzy z obecnych tam OBURZALI SIĘ” dostrzegając w czynie tej kobiety marnotrawstwo i niczym nieuzasadnioną ekstrawagancję. Ktoś szybko obliczył wartość, nierozsądnie roztrwonionego, olejku na ponad 300 denarów, co stanowiło roczne wynagrodzenie robotnika. Zatem odnosząc to do dzisiejszych realiów było to około 30-40 tysięcy złotych. „Słusznie” zauważono, że „można było przecież ten olejek sprzedać, a pieniądze rozdać ubogim”. W oczach obserwatorów, włączając w to – w świetle relacji ewangelisty Mateusza – uczniów Jezusa, kobieta zasługiwała na naganę. Ich słuszny i „jedynie prawdziwy osąd” nie podlegał przecież dyskusji. Nie było się nawet nad czym zastanawiać. Kobieta postąpiła skandalicznie, głupio i nierozsądnie. Ktoś taki jak ona nie mógłby się zaliczać do grona uczniów Jezusa. Widzieli i nie rozumieli… Gdzieś w tej „wnikliwej” obserwacji wydarzenia umknęło im to, co najważniejsze. 

Pan Jezus miał zupełnie inne spojrzenie na tę sytuację. Inaczej ocenił postawę i czyn wspomnianej kobiety. Jego słowa mocno kontrastowały z bezwzględną i potępiającą oceną uczniów. Ewangelista zanotował takie słowa Nauczyciela: „spełniła DOBRY UCZYNEK WZGLĘDEM MNIE”. I dalej Chrystus wyjaśnił: „Zawczasu namaściła Moje ciało na pogrzebanie”. Jej piękny czyn (gr. „kalon ergon”) wpisywał się w misję i ostateczny cel publicznej działalności Jezusa. Ona, w przeciwieństwie do pozostałych – obecnych w domu Szymona Trędowatego – zdawała się właściwie rozumieć to, co Jezus zapowiadał trzykrotnie swoim uczniom: „Syn Człowieczy musi wiele wycierpieć, zostanie odrzucony przez starszych, arcykapłanów i nauczycieli Prawa i zostanie zabity” (zob. Mk 8,31; 9,31-32; 10,33-34). Kobieta, która w oczach uczniów zasługiwała na naganę, widziała coś, czego oni dostrzec nie potrafili. Rozpoznała trafnie Jego mesjańskie powołanie do cierpienia i haniebnej śmierci na krzyżu. Jej czyn uwypuklał prawdę o tym, że „Syn Człowieczy przyszedł, aby służyć i oddać swoje życie jako okup za wielu” (Mk 10,45). A Pan Jezus zapewnił, że „gdziekolwiek na świecie będzie głoszona Ewangelia, będzie się również opowiadać o tym, co zrobiła ta kobieta, aby o niej pamiętać”. 

Uczniowie, obecni przy Jezusie przez trzy lata, wciąż mieli problem z trafną oceną sytuacji i niezbyt wyraźnie dostrzegali kreślony przez Nauczyciela cel Jego mesjańskiej działalności. Oddanie i „ekstrawagancka” miłość anonimowej kobiety wpisywały się najprecyzyjniej jak tylko to możliwe w wydarzenia pozostające w samym centrum misji Jezusa. „Kobieta z pachnidłem” swoim czynem wskazała na mające nastąpić ukrzyżowanie, pogrzeb i zmartwychwstanie Jezusa. 

Czy nie jest tak, że – jako uczniowie Jezusa – wciąż cierpimy na brak właściwego zrozumienia Bożych planów i w naszej „krótkowzroczności” pochopnie oceniamy innych w ich oddaniu Bogu? Czy nie jest tak, że „idąc za Jezusem” czasami nie dostrzegamy tego co dla Niego jest najważniejsze, bo przysłaniają to nam nasze ambicje i plany? Kiedy Pan Jezus komunikował uczniom o celu swojej misji – wspominając odrzucenie, wzgardę i śmierć jakich miał doznać w Jerozolimie – w odpowiedzi słyszał pytania uczniów na temat tego kto z nich miałby być najważniejszy w Królestwie i komu miałyby przypadać zaszczyty u Jego boku. Tymczasem kobieta z Ewangelii zdawała się widzieć właśnie tylko Jego i jedynie Jemu poświęciła całą swoją uwagę, „spełniając wobec Niego dobry uczynek”. Jezus był dla niej wszystkim i to Jego plany – choćby niezrozumiałe w ludzkich oczach – pozostawały dla niej czymś prawdziwie wartym uwagi. Anonimowa kobieta z Ewangelii Marka uczy mnie, że CELEM ŻYCIA JEST ON. A spośród wszystkich „dobrych uczynków” najbardziej godne pochwały są te, które czynione są z myślą o Nim, dla Niego i wobec Niego. 

Rozpoznać Jego wolę, Jego plany i zamysły w naszym pokoleniu i postawić Go w centrum życia jednostek, grup społecznych i narodów to największe zadanie dla Kościoła.

piątek, 5 marca 2021

HISTORIA BIBLIJNA

CZYM JEST BIBLIA?

NAJWIĘKSZE I NAJWAŻNIEJSZE POSELSTWO. TRUD I RADOŚĆ GŁOSZENIA

We wstępie do komentarza Apokalipsy Jana, prof. Michał Wojciechowski napisał: „Pierwsze słowo Apokalipsy, które potem stało się jej tytułem, brzmi po grecku «apokalypsis». Oznacza to odsłonięcie, objawienie. Autor chciał więc rozjaśnić umysłu odbiorców, a nie zaciemnić! Apokalipsa jest symboliczna, ale nie mętna. (…) Czy Apokalipsa dotyczy głównie dalszej przyszłości? Dopiero końcowe rozdziały istotnie kierują ku niej. Trzon księgi przedstawia sytuację w czasach historycznych. (…) Nie ma w Apokalipsie «rozkładu jazdy» końca świata”. 

Treść Apokalipsy Jana nie różni się zasadniczo od innych tekstów Nowego Testamentu – Ewangelii czy Listów. Jej przesłaniem pozostaje Boże panowanie – Jego Królestwo, które stało się realne i jeszcze nastanie w swojej pełni. WIODĄCYM TEMATEM, KTÓRYM ZAJMUJE SIĘ AUTOR APOKALIPSY JEST PIĘKNO I MAJESTAT BOGA ORAZ NADZIEJA ODKUPIONYCH – „ludzi z każdego narodu i wszystkich plemion, i ludów, i języków, którzy opłukali swoje szaty i wybielili we krwi Baranka”. 

Sercem Apokalipsy pozostaje przesłanie DOBREJ NOWINY O RATUNKU W CHRYSTUSIE, która potrzebuje być głoszona pośród „ludów, narodów, języków i wielu królów”. W 10. rozdziale Apokalipsy, pod obrazem „potężnego anioła” kryje się osoba Jezusa Chrystusa – posłanego przez Ojca, by wykonać Jego wolę i zrealizować plan odkupienia. Świadczą o tym boskie atrybuty tego „Bożego posłańca”: „tęcza wokół głowy”, będąca znakiem przymierza i przywołująca pojawiający się już w Apokalipsie obraz „tęczy wokół Tronu” Boga (Ap 4,3), „oblicze jaśniejące jak słońce” i „nogi jak słupy ognia”. Anioł („Boży posłaniec”), opisywany przez Jana, postawił swoją „prawą nogę na morzu, ale lewą na ziemi”, co ukazuje zakres jego siły i panowania nad całym stworzeniem, wszak Bóg „poddał Jezusowi wszystko i nie zostawił niczego, co nie byłoby mu poddane” (Hbr 2,8). Jego donośny głos przyrównany jest do ryku lwa, pod którego symbolem kryje się mesjańska godność i autorytet Chrystusa („zwyciężył Lew z plemienia Judy, Ten z pokolenia Judy, korzeń Dawida”). Anioł ma „w swojej ręce otwarty zwój”, któremu poświęcone są ostatnie wersety dziesiątego rozdziału Apokalipsy: „A głos, który usłyszałem z nieba, ponownie przemówił do mnie. Powiedział: Idź, weź ten zwój, który jest otwarty w ręce anioła, stojącego na morzu i na ziemi. Podszedłem więc do anioła i poprosiłem, żeby mi dał mały zwój. On zaś powiedział: Weź i zjedz go. Poczujesz gorycz w żołądku, ale w twoich ustach będzie on słodki jak miód. I wziąłem ten mały zwój z ręki anioła, i zjadłem go, a był w moich ustach słodki jak miód. Kiedy jednak go zjadłem, stał się gorzki w moim żołądku. I mówią mi: Musisz znowu prorokować o ludach, narodach, językach i wielu królach” (Ap 10,8-11). 

Tym proroctwem – poselstwem, które ma być głoszone „aż po krańce ziemi” do wszystkich ludzi jest EWANGELIA O JEZUSIE CHRYSTUSIE. Ewangelia jest tym „silnie potwierdzonym proroczym słowem, przy którym mamy trwać jak przy lampie, która świeci w ciemności” (2 Ptr 1,19). Apokaliptyczny obraz „połknięcia zwoju” nawiązuje powołania proroka znanego z Księgi Ezechiela (Ez 2,1-3,10). Ten, który głosi przesłanie musi „wypełnić” się tym przesłaniem. Wiarygodność głoszącego związana jest z tym, jak on sam żyje głoszonym przez siebie poselstwem. Poselstwo, które miał głosić Jan – autor Księgi Objawienia – miało stać się integralną częścią jego życia. A treść poselstwa była „jak miód” w ustach Jana, ale stała się „goryczą” w jego wnętrzu. Trud i radość. Choć Ewangelia niesie z sobą „słodycz”, będąc proklamacją triumfu Boga nad grzechem, przekleństwem, Diabłem i śmiercią, to głoszący to poselstwo często doświadczają goryczy, tak jak doznał tego Paweł z Tarsu: „mam wielki smutek i nieustanny ból w swoim sercu”. Ten ból i „gorycz” związany był z faktem odrzucenia Ewangelii przez wielu jej słuchaczy. 

Tak, mamy – jako Kościół – poselstwo, które zasługuje by być zwiastowane po całym okręgu ziemi. O tym poselstwie tak pisał Paweł z Tarsu, wspominając swój pobyt w Koryncie: „przyszedłem głosić wam tajemnicę Boga nie za pomocą górnolotnych słów lub mądrości. Postanowiłem bowiem będąc wśród was nie znać niczego innego, jak tylko Jezusa Chrystusa, i to ukrzyżowanego”. Dla niektórych te słowa są „zgorszeniem” czy „głupstwem”, ale niezależnie od reakcji niektórych, PRZESŁANIE O CHRYSTUSIE – umarłym i zmartwychwstałym – POZOSTAJE SŁOWEM PRAWDY PROWADZĄCYM DO ZBAWIENIA. 

Dziesiąty rozdział Apokalipsy Jana odczytuję w świetle słów Pana Jezusa skierowanych do apostołów po Jego zmartwychwstaniu: „Idąc więc, czyńcie uczniami wszystkie narody, chrzcząc je w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego, nauczając je zachowywać wszystko, co wam nakazałem. A oto ja jestem z wami przez wszystkie dni aż do skończenia świata”. 

Ewangelia – Dobra nowina o ratunku w Chrystusie – pozostaje najcenniejszym poselstwem z jakim człowiek może się zetknąć.