piątek, 19 kwietnia 2019

LICHE DREWNO

„Żadna pieśń nie wypowie,
Co czuje moje serce.
Liche drewno ratuje moje życie.
Błogosławiony Krzyż, moja Arka”.

W samym centrum chrześcijańskiej wiary pozostaje krzyż, którego istotę tak definiuje jeden z autorów biblijnych: „Chrystus raz za grzechy cierpiał, sprawiedliwy za niesprawiedliwych, aby was przyprowadzić do Boga”. Do Boga nie można dojść o własnych siłach i na swoich warunkach. Wszelkie ludzkie starania i sposoby, aby być blisko Boga skazane są na niepowodzenie. Droga do Boga wiedzie przez odrzuconego, wzgardzonego, wyszydzonego i poniżonego Syna Bożego – Jezusa Chrystusa. Krzyż pozostaje dla wielu „gorszącym” i „głupim” widowiskiem. Umierający i pohańbiony Nauczyciel z Nazaretu nie wydaje się reprezentować sobą nic godnego uwagi. A jednak właśnie „spodobało się Bogu, aby przez Niego (Jezusa Chrystusa) wszystko pojednać ze sobą – wprowadziwszy pokój przez krew Jego krzyża, zarówno na ziemi, jak i w niebie”.

Jestem wdzięczy Bogu za „liche drewno”, które przyniosło mi ratunek i nadzieję sięgającą dalej niż tylko życie tu i teraz.

piątek, 22 marca 2019

JEZUS, KANANEJKA I PYTANIA

„Nie odezwał się ani słowem” 
„Jestem posłany tylko do owiec, które zaginęły z domu Izraela” 
„Nie jest dobrze rzucać chleb szczeniętom” 

Te trzy sformułowania pojawiły się podczas rozmowy Nauczyciela z Nazaretu z kobietą (poganką) – mieszkanką okolic Tyru i Sydonu. Na zakończenie konwersacji Pan Jezus pochwalił wiarę kobiety i usłużył jej w sposób, jakiego oczekiwała. Jednak początkowo wszystko zdawało się wskazywać na porażkę jej starań… 

Kobieta w bezpośredni sposób, dość niespotykany w ówczesnej kulturze, wyznała swoją potrzebę Jezusowi. Jej córka cierpiała, a w Jezusie widziała rozwiązanie tej uciążliwej i trudnej do zniesienia sytuacji: „Panie, Synu Dawida, zmiłuj się na de mną!”. Autor Ewangelii zanotował jedynie, że „Jezus nie odezwał się ani słowem”. Najwyraźniej kobieta nie spoczęła na raz wyrażonej prośbie. Uczniowie Jezusa, obecni przy tej sytuacji, wyznali podirytowani: „ona wciąż woła za nami”. Domagali się, aby Nauczyciel odpowiedział na jej prośbę, by kobieta da im spokój… Kilka, a może kilkanaście, pełnych bólu zawołań: „Panie, Synu Dawida, ulituj się nade mną” trafiało jednak na milczenie ze strony Tego, który był ich adresatem. „Nie odezwał się ani słowem” – zanotował autor Ewangelii. Zdecydowanie niezręczna sytuacja.

W końcu, kiedy przemówił do kobiety, z Jego ust nie popłynęły słowa, których zadawalibyśmy się oczekiwać: „Jestem posłany tylko do owiec, które zaginęły z domu Izraela”. Zatem nie ma już nadziei? Kobieta doskonale wiedziała czym jest etniczna przynależność. Ona pozostawała Kananejką, mieszkanką Fenicji i potomkiem wrogów Izraela… Jednak nie dała się szybko odwieść od tego z czym przyszła. Ta odpowiedź przecież nie była dla niej satysfakcjonująca. Jej córka wciąż potrzebowała pomocy, więc szkoda czasu na roztrząsanie w stylu: „godzi się, czy się nie godzi”, „wypada, czy nie wypada”…

Kananejka „pokłoniła się Jezusowi i poprosiła: Panie, pomóż mi!”. Nie odeszła „ubogacona” prawdą teologiczną o różnicy pomiędzy Izraelem a narodami, była zainteresowana tylko jednym – uzyskaniem pomocy dla dręczonej przez demona córki. Jej determinacja nie osłabła ani na moment.

Najpierw musiała zmierzyć się z milczącą obojętnością Jezusa, potem Jego odpowiedź wskazywała, że nie może oczekiwać życzliwego zainteresowania jej sprawą… Jednak ona wciąż okazywała szacunek i nie cofnęła się w swojej nieustępliwości. Kiedy, klęcząc, wypowiedziała słowa: „Panie, pomóż mi!” usłyszała jak Jezus przemówił do niej: „Nie jest dobrze zabierać chleb dzieciom i rzucać chleb szczeniętom”. I znów nie polemizowała z Jego słowami. Jej celem nie było dochodzenie racji na gruncie teologii, tradycji czy Bożych priorytetów. W tych, możliwych do zinterpretowania jako obraźliwe, słowach Jezusa dostrzegła nadzieję dla siebie: „Ale i szczenięta jadają okruchy, które spadają ze stołów ich panów”. Czyli dla niej – kobiety kananejskiej – też jest miejsce w bożym domostwie! A przecież równie dobrze mogłaby odejść rozczarowana i bez otrzymania pomocy w sprawie, z którą przyszła.

Jezus był pod wrażeniem tych pełnych nadziei słów kobiety o „szczeniętach zjadających okruchy, które spadają ze stołu ich panów”. Wyraził podziw dla jej wiary: „O, kobieto, wielka jest twoja wiara!”. Skutkiem jest cud uzdrowienia. Dręczona przez złego ducha córka kananejskiej kobiety została uwolniona.

Kananejka jest przykładem wiary, która jest w stanie wznieść się ponad granice tego co, jak można by sądzić, zostało ustalone przez Boga i jest utrwalone wielowiekową tradycją. Schemat Bożego działania wydawał się być przecież prosty. On wybrał sobie lud (potomków Abrahama), a obiecany Mesjasz był posłany właśnie do tych, których On nazywał swoimi – do „owiec Jego pastwiska”. Jednak zdeterminowana mieszkanka okolic Tyru i Sydonu dostrzegła w Bożym planie coś więcej. Coś, co pozostawało zakryte nawet dla najbliższych uczniów Jezusa. Oto Bóg Żydów chce udzielić błogosławieństwa, które rozciągnie się na wszystkie narody ziemi!

„Nie odezwał się ani słowem” Jednak nie znaczyło to Jego niechęci dla prośby Kananejki. A przecież kobieta mogła już wtedy zrezygnować…

„Jestem posłany tylko do owiec, które zaginęły z domu Izraela” Jednak nie oznaczało to Jego dezaprobaty wobec prośby Kananejki. A przecież kobieta mogła zawahać się w swojej nieustępliwości…

 „Nie jest dobrze rzucać chleb szczeniętom” Jednak nie były to słowa odrzucenia i pogardy wobec kobiety – mieszkanki okolic Tyru i Sydonu. A przecież kobieta mogła porzucić nadzieję, która przywiodła ją do Tego, którego nazwała „Synem Dawida” i „Panem”.

Czyż Boże drogi nie wydają się dla nas nieco niezrozumiałe?
Czy nie mamy tendencji to pochopnego i nieuprawnionego interpretowania Jego słów?
Czy postawa Kananejki nie uczy nas, że pokora poprzedza właściwe zrozumienie Jego woli i Jego dróg?
Czy nie zbyt łatwo poddajemy się na drodze poszukiwania odpowiedzi na problemy, które dotykają nas i naszych bliskich?

piątek, 8 marca 2019

SŁOWA NADZIEI

„Jesteś nędzny, godny pożałowania, biedny, ślepy i nagi”. To nie są zbyt optymistyczne słowa. Oddają one stan jednego z Kościołów do których Pan Jezus zwraca się w tekście biblijnym, znanym jako Apokalipsa św. Jana. Drugi i trzeci rozdział tej Księgi to zbiór listów dedykowanych siedmiu Kościołom rozmieszczonym na terenie Azji Mniejszej (dzisiejsza Turcja). 

Zacytowane słowa skierowane są do chrześcijan, mieszkańców Laodycei – zamożnego miasta handlowego, centrum finansowego i medycznego, słynącego z leczenia chorób oczu. W przeciwieństwie do adresatów pozostałych sześciu listów, laodycejscy chrześcijanie nie otrzymują właściwie żadnego słowa pochwały. Jedno z przytoczonych określeń opisujących ich stan – „biedny” – oznacza kogoś, kto jest duchowym bankrutem, kimś zrujnowanym moralnie. W tym „Liście do Kościoła w Laodycei” znajdują się też znane i często cytowane słowa Pana Jezusa: „Oto stoję przed drzwiami i pukam. Jeśli ktoś usłyszy mój głos i otworzy Mi drzwi, wejdę do niego i spożyjemy wieczerzę: Ja z nim”. To stwierdzenie najczęściej przytaczane jest w negatywnym kontekście, jako surowy osąd. Pan Jezus jest za drzwiami swojego Kościoła! Dramat! Ale można te słowa odczytać w nieco bardziej pozytywnym znaczeniu. Pan Jezus „stoi u drzwi”, czyli jest niedaleko. Pomimo tego, że Kościół jest moralnym i duchowym bankrutem On jest blisko – gotowy na relację. Wspólny posiłek, który oferuje Pan Jezus („wejdę do niego i spożyjemy wieczerzę: Ja z nim”) to zapowiedź wspólnoty, w której jest miejsce na zaufanie. Potępienie to dzieło wroga (Oskarżyciela), wezwanie do nawrócenia i odnowa pozostają dziełem Boga. Upomnienie, którego udziela Pan Jezus Kościołowi w Laodycei jest naganą płynąca z miłości: „Ja tych, których kocham, upominam i karcę”. Moralne i duchowe bankructwo to czasami tragiczna rzeczywistość dotycząca nas chrześcijan. Jednak większą tragedią jest nie dostrzec, że w dniach tego moralnego upadku rozlega się wezwanie do odnowy. Płynie ono z ust Tego, który wciąż jest blisko: „Oto stoję u drzwi…”.

Skłaniam swoje kolana przed Bogiem, który w dniach mojego „grzęźnięcia w bagnie grzechu” nie spojrzał na mnie z obrzydzeniem, ale okazał się być Tym, który „stojąc u drzwi” cierpliwie pukał i zapraszał do posilenia się „chlebem z Nieba”.

Jeśli rozpoznajemy, że jesteśmy „nędzni, godni pożałowania, biedni, ślepi i nadzy”, rozpoznajmy też Jego wołanie o odnowę. Wszak, „gdzie panoszy się grzech, tam chce zatriumfować łaska”. 

„Oto stoję u drzwi…” to niezwykłe słowa nadziei.

niedziela, 3 marca 2019

WYKONAŁO SIĘ!

Czasami, w obliczu napływających wiadomości, wydawać by się mogło, że nienawiść triumfuje. Nie dajmy się jednak oszukać. Nienawiść nie jest tą najpotężniejszą siłą i wszechogarniającą rzeczywistością. Konający, w otoczeniu ziejących nienawiścią ludzi, Galilejczyk zawołał: „Wykonało się!”. Nie było to przecież wyznanie o triumfującej nienawiści. To był, rozlegający się pośród rozdzierającego bólu, okrzyk o zwycięstwie miłości. Jakiej miłości? Tej, która przekracza granice ludzkiego zrozumienia. O niej zaświadczył autor biblijny pisząc: „Tak bardzo bowiem Bóg umiłował świat, że dał swojego jednorodzonego Syna, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, lecz miał życie wieczne”. Jeśli prawdziwe są pragnienia tych, którzy chcą świata bez wrogości i destrukcyjnej nienawiści, to jedyną drogą ku takiej rzeczywistości jest zwrócenie się ku Temu, który „kosztem swojego ciała usunął wrogość, mur podziału”. Ten mur runął w akcie miłości Boga do człowieka. O tej niezwykłej miłości opowiada krzyż Golgoty i pusty grób. Jezus Chrystus Syn Boży – umarł i zmartwychwstał. Pośród rechotu nienawiści, agresji, chęci mordu, chciwości, podstępu, głupoty i wszelkiej niegodziwości, rozbrzmiewają słowa: „Wykonało się!”. „Noc przeminęła – i dzień się przybliżył”, tyrania ciemności się skończyła. Przerażenie nad nienawiścią nie może być większe od zachwytu nad dziełem Bożej miłości. Triumfująca Boża miłość może być rzeczywistością dnia codziennego. Za każdym razem, kiedy człowiek zostaje doprowadzony do miejsca wiary i zaufania wobec dzieła Boga, jakie dokonało się w Jezusie Chrystusie, ogłaszamy triumf miłości nad nienawiścią. Triumf prawdy nad kłamstwem. Triumf światła nad ciemnością. Triumf życia nad śmiercią. Ale „kto uwierzy tej wieści”, której treścią jest Chrystus i to ukrzyżowany? A przecież jedynie On jest gwarantem rzeczywistości przenikniętej życiem, nadzieją, pokojem i sprawiedliwością. Solus Christus.

czwartek, 28 lutego 2019

ZŁY

W trzynastym rozdziale Ewangelii Mateusza mamy zapis kilku następujących po sobie przypowieści, którymi Jezus przemawiał do mieszkańców ziemi Izraela. Tematem każdej z nich jest Królestwo niebieskie. W tej różnorodności obrazów, jakimi posługuje się Pan Jezus, daje się zauważyć pewną dramaturgię. Nauczyciel chce otworzyć słuchaczom oczy na rzeczywistość Bożego działania ukierunkowanego na zbawienie człowieka, ale świat, w którym chce się manifestować chwała i moc Bożego królestwa naznaczony jest też obecnością Złego. Ów „Zły” pojawia w tzw. „przypowieści o siewcy” czy „przypowieści o chwaście”. 

„Zły” to nie jakaś bezosobowa siła czy po prostu metafora zła, ale realny byt znany z tekstu biblijnego jako Diabeł, Szatan czy Oskarżyciel. Nowy Testament wydobywa na jaw prawdę o destrukcyjnych i ukierunkowanych na zniszczenie człowieka zamiarach Diabła. W tzw. zachodniej cywilizacji zdaje się nie być miejsca na świat duchowy. Tymczasem tekst biblijny zawiera mnóstwo odniesień do tej duchowej i niewidzialnej rzeczywistości oraz wzywa nas do traktowania jej poważnie. Autorzy tekstów Nowego Testamentu próbują pouczyć nas o tym „jak się rzeczy mają”. W Pierwszym Liście Jana czytamy, że „cały świat leży w mocy Złego”. Paweł, świadomy duchowej rzeczywistości, napisał, że „bóg tego świata (Diabeł) zaślepił pozbawione wiary umysły, aby ludzie nie zobaczyli blasku Ewangelii o chwale Chrystusa, który jest obrazem Boga”. Pan Jezus nazywa Diabła „władca tego świata”, w podobnym tonie wypowiada się Paweł pisząc o „tym, który panuje nad mocą, powietrzem – duchu działającym obecnie w synach buntu”.

Otaczający nas świat to arena konfliktu i ścierania się „dobra i zła”, „ciemności i światłości”, „prawdy i fałszu”. Wiara konkuruje ze strachem, miłość z nienawiścią, mądrość z głupotą a sprawiedliwość z niesprawiedliwością. Za strachem, nienawiścią, niemoralnością czy różnymi formami zniewolenia stoi duchowa rzeczywistość. Nauczyciel z Nazaretu wyjaśniając znaczenie swoich przypowieści używa określenia „Zły”.

Co robi Zły w przypowieściach Pana Jezusa? „Przychodzi i wyrywa to, co zostało zasiane w sercach” ludzi, którzy słyszeli naukę o Królestwie” i „zachwaszcza” Boże dzieło, próbując zminimalizować owoce towarzyszące szerzeniu się Bożego Królestwa. Jest wrogiem wszelkiej Bożej sprawy. Choć wynik ostatecznej rozgrywki jest ustalony, to jednak do tego rozstrzygnięcia wciąż musimy przypominać sobie, że toczymy walkę „nie przeciw krwi i ciału, ale przeciwko zwierzchnościom i władzom, przeciwko władcom tego świata ciemności, przeciwko złym duchom na wyżynach niebieskich”.

Przypowieści Pana Jezusa ukazujący duchowy konflikt są wyzwaniem dla pracowników Kościoła. Skoro tak wielu ludzi pozostaje w mocy Złego, to jaka powinna być wobec tego faktu nasza odpowiedzialność? Czytanie Biblii, modlitwa to ważne elementy chrześcijańskiej służby, ale czy jest coś jeszcze?

Temu konfliktowi, który dotyka pojedynczych chrześcijan, rodzin czy całych społeczności (wspólnot, Kościołów) towarzyszy obietnica: „Bóg pokoju zaś wkrótce zetrze szatana pod waszymi stopami. Łaska naszego Pana, Jezusa, niech będzie z wami”. Pan Jezus wyjaśniając znacznie „przypowieści o chwaście” zapowiedział: „przy końcu świata Syn Człowieczy wyśle aniołów, a oni usuną z jego królestwa wszystkie przyczyny upadku oraz tych, którzy postępują niegodziwie. I wrzucą do rozpalonego pieca. Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów. Sprawiedliwi natomiast zajaśnieją jak słońce w królestwie swego Ojca”. Kres Diabła i jego dzieł jest bliski. Nie warto być po jego stronie, aby nie mieć udziału w miejscu gdzie, według słów Pan Jezusa, „będzie płacz i zgrzytanie zębów”.

sobota, 23 lutego 2019

KAMIZARDZI – RUCH „DZIECI PROROKÓW”

Francuscy kamizardzi z terenu gór Sewennów (Cévennes) wymieniani są wśród licznych, w całej historii Kościoła, grup chrześcijan wśród których przejawiały się charyzmaty, w tym dar prorokowania.

Protestancka reformacja zaistniała we Francji wkrótce po wystąpieniu Marcina Lutra w Wittenberdze. Zwolennicy odnowy Kościoła nie mieli w katolickiej Francji łatwego życia. Sympatycy doktryny Jana Kalwina – jednego z czołowych reformatorów obok Lutra czy Zwingliego – nazywani byli hugenotami. W połowie XVI wieku na terenie Francji istniało ponad 2 tys. gmin hugenockich, do których należało około 400 tys. wiernych, którzy reprezentowali różne grupy społeczne. Byli wśród nich kupcy, rybacy, żeglarze, intelektualiści czy drobna szlachta. Wzajemne współistnienie hugenotów i katolików było naznaczone licznymi wojnami, które toczyły się w latach 1562-1595. Rządząca Francją Katarzyna Medycejska, jako gorliwa katoliczka, prowadziła zaciekłe wojny z kalwinami. To ona była inicjatorką masakry hugenotów w noc św. Bartłomieja w 1572 roku. Kilka tysięcy zwolenników reformacji zostało zamordowanych w Paryżu, ale fala mordów objęła też inne obszary kraju. Łączna liczba ofiar mogła wynieść kilkanaście tysięcy. Do zakończenia wojen religijnych przyczynił się tzw. edykt nantejski wydany przez Henryka IV w 1598 roku. Monarcha przyznał hugenotom ograniczone swobody: zapewnił im wolność wyznania i kultu, prawo posiadania własnych kościołów (z wyłączeniem Paryża i wielu innych miast), równouprawnienie polityczne, możliwość druku własnych ksiąg, prawo do organizacji szkolnictwa i prowadzenia szpitali.

Prześladowania protestantów, którzy stanowili około 9% ludności Francji, powróciły wraz z panowaniem Ludwika XIV. Zamykano szpitale, szkoły i uczelnie prowadzone przez hugenotów, a nadania pieniężne przechodziły w ręce instytucji katolickich. Dzieci hugenockie porywano i wychowywano w wierze katolickiej. Szczyt prześladowań przypadł na październik 1685 roku, kiedy to Ludwik XIV wydał edykt z Fontainebleau odwołujący postanowienia edyktu nantejskiego. Edykt z Fontainebleau nakazywał niszczenie kościołów protestanckich we Francji oraz nawracanie siłą na katolicyzm, zakazując jednocześnie hugenotom ucieczki z kraju. Wpływ na decyzję króla miała jego druga żony – Madame de Maintenon – gorąca zwolenniczka prześladowania protestantów. Na nią z kolej niemały wpływ miał jej duchowy doradca i spowiednik – ojciec François de la Chaise. Edykt uznawał za przestępstwo podlegające surowym karom (z karą śmierci włącznie) wyznawanie protestantyzmu czy jedynie posiadanie ksiąg „heretyckich”. W rezultacie prześladowań kraj opuściło, pomimo zakazu, kilkaset tysięcy protestantów, którzy znaleźli schronienie w Anglii, Holandii, Szwecji, Szwajcarii, Danii, Prusach. Hugenoci zabrali ze sobą znajomość ważnych technologii dotyczących produkcji tkanin i jedwabiu, wyrobu zegarów, srebra oraz produkcji mebli i przyczynili się do rozwoju rzemiosła i kupiectwa w innych krajach rywalizujących z Francją. 17 stycznia 1686 roku Ludwik XIV stwierdził, że protestantyzm we Francji został zlikwidowany.

Lecz…

Twierdzenie to nie odpowiadało prawdzie, ponieważ dość liczna społeczność protestancka zachowała się na południu Francji w Sewennach. W historii zapisali się jako kamizardzi (franc. „camisard”). Nazwę nadali im katolicy i prawdopodobnie wywodzi się ona od prowansalskiego słowa „camisa” (koszula) lub od określenia „camisade” (nocna napaść). Sami kamizardzi nazywali siebie „dziećmi Bożymi” (enfants de Dieu). Kamizardzi, choć prześladowani, doświadczyli niezwykłej mocy Ducha Świętego, która przejawiała się w proroctwach, mówieniu innymi językami, cudach i uzdrowieniach. Cały ruch zaczął się od dzieci i nastolatków prorokujących uwolnienie „ludu Izraela” – hugenotów – z rąk katolickich oprawców. W 1688 roku pasterka Isabeau Vincent – piętnastoletnia dziewczyna – przemawiała pod natchnieniem, cytując Biblię wzywała grzeszników do nawrócenia. W 1689 roku młody chłopiec – Gabriel Astier – prorokując przyciągał uwagę tłumów. W tym samym czasie setki dzieci, czasem jedynie trzy- i czterolatki , wpadały w stan uniesienia i prorokowały. Niektóre dzieci były aresztowane i wtrącane do więzienia.

Kiedy prześladowania hugenotów stały się coraz bardziej brutalne ruch „dzieci proroków” przybrał na sile. Przesłaniem „małych (z racji wieku) proroków” było wezwanie ludzi do pojednania z Bogiem i całkowitego zerwania z Kościołem katolickim. Jednak w kolejnej fazie ruchu proroctwa stały się bardziej wojownicze.

Mazel, prosty wieśniak z Cenenes, był pierwszym, który wzywał ludzi do „świętej wojny” przeciwko prześladowcom. Pod wpływem proroctw wielu zaczęło chwytać za broń i tak doszło do tzw. powstania kamizardów – wojny partyzanckiej przeciwko katolickim wojskom króla Francji. Dzięki darom objawienia kamizardzi otrzymywali wiedzę o zdrajcach, unikali zasadzek, odkrywali spiski i uderzali w swoich wrogów, tam gdzie ci się najmniej tego spodziewali. Wszystkie ich decyzje były inspirowane przez Ducha. Dzięki temu nadnaturalnemu prowadzeniu grupa słabo uzbrojonych prostych chłopów regularnie mogła pokonywać wyszkoloną armię królewską. Przynajmniej połowa żołnierzy – kamizardów – miała dar proroctwa.

Kiedy prorocy zostali „pochwyceni w Duchu” zaczynali się trząść i odczuwali słabość jak w gorączce i często upadali na ziemię. Pozostawali w takim stanie „odpoczynku” przez jakiś czas, a potem „nagle się budzili” i zaczynali prorokować. Dzielili się wizjami otwartego Nieba, oglądali anioły i objawiali rzeczy przyszłe. Prorocy przemawiali nie tylko podczas oficjalnych zgromadzeń, ale także na wsi lub w swoich domach, w codziennych okolicznościach życia. Wiele natchnionych wypowiedzi była cytowaniem obszernych fragmentów Biblii w języku francuskim. Robili to ludzie nie potrafiący czytać ani pisać i ci, którzy prawie nie znali języka francuskiego.

W świadectwach zachowała się relacja o dziewczynce, która w natchnieniu potrafiła cytować Stary Testament i Nowy Testament tak, jakby znała całą Biblię na pamięć. Wyrażała ubolewanie nad stanem Kościoła, wzywała do nawrócenia oraz ogłaszała obietnice miłosierdzia, pokoju, błogosławieństwa, spełnienia i wiecznej radości wszystkim, którzy zwrócą się ku Chrystusowi.

W zgromadzeniach niektórzy ludzie przemawiali w nieznanym języku, a następnie ktoś „tłumaczył” tę mowę. Prorokujący czasami widzieli armie aniołów walczących przeciwko armiom demonów. Przy wielu okazjach prorokowano, że Bóg będzie miał ogień lub światła spadające z nieba w nocy, aby oślepić oczy wrogów lub kierować Jego ludem, co rzeczywiście miało miejsce.

Kamizardzi wierzyli, że kiedy człowiek znajduje się pod wpływem Ducha przejawia się to na kilka sposobów:
- doświadcza drżenia w całym ciele, a szczególnie w klatce piersiowej
- zaczyna przemawiać łkając na znak pokory i skruchy
- upada na ziemię
- wygłasza poselstwo od Boga (prorokuje) zaczynając od słów: „Mówię do Was moje dzieci…”.

Świadectwa mówią o tym, że dar prorokowania objawiał się nawet wśród czternastomiesięcznych dzieci, które zaczynały mówić płynnie po francusku i wzywać do nawrócenia.

Niestety…

W czasie wojny z wojskami króla Francji, również po stronie kamizardów zdarzały się okrucieństwa, czego przykładem była masakra kobiet i dzieci z rodzin członków katolickiej milicji we Fraissinet de Fourques i podpalenie kościołów 21 lutego 1703 roku. Z czasem przeważające siły wojsk króla Francji nie dawały już żadnej nadziei na zwycięstwo kamizardów. Jeden z ich przywódców – Jean Cavalier (1681-1740) – zgodził się na bezwarunkową kapitulację. Przez jakiś czas walkę kontynuowali jeszcze inni, ale ostatecznie w 1705 roku konflikt zakończył się klęską kamizardów.

Prześladowania przeciwko hugenotom mieszkającym w rejonie gdzie wybuchło powstanie kamizardów trwały jeszcze przez kolejne 80 lat. Spustoszony okrucieństwem wojny obszar (region Sewennów) stał się niczym pustynia... 

wtorek, 5 lutego 2019

CZY MOŻNA UWIĘZIĆ WIATR?

W filmie "China Cry" pojawia się dialog pomiędzy oficerem chińskiej, komunistycznej, policji a Sung Neng Yee - chrześcijanką prześladowaną przez władze. Sadystyczny oficer Colonel Cheng stwierdza:
- "W przeciągu dekady wasz Bóg zostanie zamknięty w muzeum".
Sung Neng Yee zareagowała na te słowa taką refleksją:
- "By to zrobić, musielibyście uwięzić wiatr".

Choć wygodnie jest mieć takiego "boga", który jest niczym muzealny eksponat, o którym można pisać, opowiadać i tworzyć dokumentację o jego przymiotach oraz przeszłej aktywności, to jednak nie ulega wątpliwości, że Bóg nie daje się zamknąć w ramach stworzonych dla Niego przez człowieka. Kiedy pierwszy raz zetknąłem się z realnością Bożego działania, pomyślałem sobie coś takiego: "Łał, zatem Bóg nie ograniczył się do swojej książki, ale On jest realny tu i teraz". Choć nie wyobrażam sobie chrześcijańskiego życia bez Biblii (cudowne Sola scriptura!), to jednak można ulec niebezpieczeństwu czytania jej treści, tak jakby była ona jedynie przewodnikiem po muzeum, dodatkowo co jakiś czas pojawia się ostrzeżenie: "Nie dotykaj!". Tymczasem treść Biblii powinna prowadzić nas do miejsca doświadczenia i spotkania z Tym, który wciąż (dziś, tu i teraz) pozostaje Bogiem.

A może jednak wolimy wytężać nasze siły, aby "uwięzić wiatr"? Głos teologów czasami brzmi niczym komunikat kustosza w muzeum: "czynienie cudów, uzdrawianie, mówienie językami oraz ich wykładanie były darami, które istniały tylko przez jakiś czas i ograniczały się jedynie czasów apostolskich i po nich przeminęły". Zapraszamy do fascynującego muzeum - do opowieści o przeszłych wspaniałościach Królestwa Bożego...

A może jednak nie da się "uwięzić wiatru?". Może jego siła pozostaje niezmiennym doświadczeniem chrześcijan niezależnie od czasów w jakich żyjemy? Może Bóg "wymyka się" niektórym teologicznym koncepcjom i pozostał tym samym Bogiem, który pragnie dać się poznać tu i teraz?

poniedziałek, 4 lutego 2019

GŁÓD BOGA

W Jerozolimie, w czasie Święta Namiotów, Pan Jezus wykrzyczał takie słowa: „Jeśli ktoś jest spragniony, niech przyjdzie do Mnie i pije. Kto wierzy we Mnie, jak głosi Pismo, z jego wnętrza popłyną rzeki wody żywej”. Autor Ewangelii zanotował, jako komentarz do tych słów, że obietnica „rzek wody żywej” odnosiła się do Ducha Świętego, którego mieli otrzymać ci, którzy uwierzyli w Jezusa i wspomniał, że „Duch nie zstąpił jeszcze na ludzi, gdyż wciąż nie dokonało się uwielbienie Jezusa”.

Autorzy nowotestamentowi wiążą fakt zesłania Ducha Świętego z dziełem Pana Jezusa – Jego śmiercią, zmartwychwstaniem i uwielbieniem. Piotr, głosząc do Żydów zebranych w Jerozolimie w Dniu Pięćdziesiątnicy, obwieszczał: „Jego (Jezusa) przybiliście do krzyża (…) i zamordowaliście. Bóg jednak wzbudził Go. Zerwał więzy śmierci! (…) Został On następnie wyniesiony do Nieba. Tam zajął miejsce po prawej stronie Boga. Otrzymał od Ojca obietnicę — Ducha Świętego. I tego Ducha wylał na nas…”.

Warunek teologiczny został wypełniony. Jednak Pan Jezus mówiąc o otrzymaniu Ducha Świętego wskazał na coś innego. W Jego przemowie pojawił się warunek osobisty. Tym warunkiem jest głód: „Jeśli ktoś jest spragniony, niech przyjdzie do Mnie i pije…”

Pragnienie.
Tęsknota.
Oczekiwanie.

Kiedy myślę o pragnieniu przychodzi mi na myśl obraz ziarna ukrytego w piaskach pustyni. Ziarna, które ma potencjał do wzrostu i owocowania, jednak funkcjonuje w warunkach pustyni, gdzie przez dziesięciolecia nie padał deszcz. Tego właśnie deszczu pragnie ziarno i na niego czeka piasek pustyni. Pozbawiona deszczu pustynna gleba „krzyczy” w tęsknocie i żarliwym oczekiwaniu „spogląda” ku niebu. Każda tkanka ziarna otoczonego pustynnym pyłem zdaje się wołać: „Niech przyjdzie deszcz!”. Nic innego się nie liczy, jak tylko to, aby doświadczyć spadających kropel wody. Byle było ich więcej. Nie jedna czy dwie krople, ale sto, tysiąc, dziesiątki tysięcy… Wciąż więcej i więcej, aż pustynia zostanie nawodniona i każdą przestrzeń pomiędzy ziarnami piasku wypełni woda.

Choć obiektywne i teologiczne podstawy zesłania Ducha Świętego zostały wypełnione za sprawą dzieła Jezusa, jednak wciąż potrzebne jest spełnienie tego warunku osobistego. Jest nim pragnienie: „Jeśli ktoś jest spragniony, niech przyjdzie do Mnie i pije…”.

Zbyt wiele spraw w Kościele pozostaje jedynie sferą poprawnej teologii i ugruntowanych przekonań. Wiemy i rozumiemy wiele. Jednak życie chrześcijańskie to coś więcej niż doktryny, nawet te „najsłuszniej i najbardziej biblijne”. To życie rodzi się i czerpie swoją siłę ze spotkania z Tym, którego obecności doświadczyli uczniowie zgromadzeni w Górnej Izbie, dwunastu uczniów Jana Chrzciciela, których spotkał Paweł apostoł w Efezie, a także poganie przebywający w domu Korneliusza - słuchający z uwagą przemawiającego Piotra. Życie to spotkanie z Dawcą życia. Duch Święty przychodzi w mocy, aby życie Boga obfitowało na ziemi. Tej eksplozji życia doświadczył nowotestamentowy Kościół i jest ona wciąż odnawiającym się doświadczeniem w historii chrześcijaństwa. Czy ta eksplozja życia stanie się udziałem naszego pokolenia, w Polsce na początku XXI wieku?

Daj nam Panie głód większy niż ten, który znaliśmy…

czwartek, 31 stycznia 2019

PRECZ Z CHRZEŚCIJAŃSTWEM!

Byłem dziś (31.01) na spotkaniu autorskim z Katarzyną Surmiak-Domańską, reporterką i autorką takich książek jak „Mokradełko”, „Ku Klux Klan: Tu mieszka miłość” czy „Kieślowski. Zbliżenie”. Zasadnicza jego część była poświęcona postaci Krzysztofa Kieślowskiego, którego złożoną osobowość autorka sportretowała w swojej ostatniej publikacji. Jednak mnie najbardziej poruszył ten fragment spotkania, w którym przytaczano, nieznane mi, fragmenty książki o spotkanych przez Panią Katarzynę członkach społeczności jednego z miast Ameryki – ludziach związanych z Ku Klux Klanem. W tej opowieści pojawił się pastor, Biblia, krzyż, dobre wychowanie i dumne stwierdzenie członków klanu, że „tu (u nas) mieszka miłość”. Jednak pośród tych wszystkich pięknych terminów, licznych kościołów, w których obecne jest czytanie Biblii, konserwatywnych poglądów czy ułożonego życia rodzinnego i społecznego, wciąż jest miejsce na nienawiść, segregację rasową i programy dla dzieci, w których przewijają się niczym bohaterowie Adolf Hitler i inni twórcy nazistowskiej ideologii. Usłyszałem o linczach dokonywanych na Afroamerykanach, które były wpisane w przeszłość tego miasteczka, ale pamięć o nich i „relikwie” (na przykład w postaci strzępków włosów zlinczowanych) wciąż pozostają częścią życia tej klanowej społeczności.

Wyobraziłem sobie, że jestem przybyszem nieobeznanym z chrześcijańską kulturą, nie mam żadnego pojęcia o nauczaniu Biblii i trafiam właśnie do tego Amerykańskiego miasteczka. Poznaję duchownego – pastora – słucham jego nauczania, przyglądam się życiu jego parafian i przyswajam sobie „słuszne i biblijne” poglądy. Zaczynam rozumieć, że istotą chrześcijaństwa jest miłość, ale tylko w ramach klanu. Inni to wrogowie – szczególnie ci o czarnej skórze. Niby ludzie, ale zdecydowanie podrzędnej kategorii. Przeklęci przez Boga. Tak, przecież Bóg ma swoich ulubieńców i to właśnie my – „klansmeni” – zasługujemy jedynie na Jego opiekę i uznanie. Zaznajamiam się z przeszłością, gdy na publiczne i krwawe lincze czarnoskórych przychodziły rodziny z dziećmi. Obok siebie, w schludnych i odświętnych ubraniach, stały dziewczynki i ich mamy, aby przyglądać się okrucieństwu zadawanemu Afroamerykanom ze strony białych mężczyzn. Ale przecież linczowali nie zasługiwali nawet na miano ludzi. Czyż dobrze pojmowane „chrześcijaństwo” właśnie tego nie naucza? Tak oto ukazano mi istotę „chrześcijaństwa”, a we mnie rodzi się jeden wielki krzyk: „Precz z chrześcijaństwem!”. Wracam do siebie i ostrzegam innych przed zgubną „chrześcijańską” ideologią, przed pastorami i biblijnymi spotkaniami, które rodzą takie zepsute owoce.

I myślę dalej… Jak wiele różnych łatek przylgnęło do chrześcijaństwa za sprawą tych, którzy się na nie powołują. Jak wiele opinii wydawanych jest o chrześcijaństwie na podstawie doświadczeń z jedną, dwiema czy kilkoma grupami, które powołując się na Biblię, krzyż i głosząc „tu mieszka miłość” reprezentują raczej zdegenerowaną ludzką naturę naznaczoną nienawiścią.

I znów myślę… Jak wielką potrzebą jest w naszym świecie, aby chrześcijaństwo nie było jedynie przykrywką dla niecnych i, często, zbrodniczych zakusów ludzkiego serca. Gdyby chrześcijaństwo miało być reprezentowane przez klanową społeczność mieszkańców opisywanego przez Katarzynę Surmiak-Domańską Amerykańskiego miasteczka i jeśli jego sednem miałyby być praktyki i poglądy Ku Klux Klanu, to chciałbym wykrzyczeć światu: „Precz z chrześcijaństwem!”.

Jednak chrześcijaństwo to nie Ku Klux Klan, segregacja, nienawiść, wykorzystywanie słabszych przez silniejszych. Ten, który stanowi istocie chrześcijańskiej wiary i pobożności ostrzegał niegdyś pewną grupę ludzi: „Obłudnicy! Słusznie prorokował o was Izajasz: «Lud ten czci Mnie tylko wargami, lecz swoim sercem daleko jest ode Mnie. Daremnie jednak cześć mi oddają, ucząc zasad, które są wymysłem ludzi»”. Nie chcę być obłudnikiem. Chcę żyć prawdziwie, pragnę pięknie kochać, prawdziwie przebaczać, wytrwale służyć i każdego dnia, mówiąc językiem apostoła, „zwlekać z siebie starego człowieka wraz z uczynkami jego, a przyoblekać nowego, który się odnawia ustawicznie ku poznaniu na obraz tego, który go stworzył. W odnowieniu tym nie ma Greka ani Żyda, obrzezania ani nieobrzezania, cudzoziemca, Scyty, niewolnika, wolnego, lecz Chrystus jest wszystkim i we wszystkich”.

Być „w Chrystusie” to cel i sedno chrześcijaństwa. I wiem, że istnieje prawdziwe oblicze chrześcijańskiej wiary, niezależnie od fałszywek i imitacji obecnych w świecie. Takiego chrześcijaństwa chcę być częścią i o takiej wierze chcę wydawać świadectwo swoim, choć wciąż dalekim od doskonałości, życiem.

poniedziałek, 7 stycznia 2019

MARIO, CZY JUŻ WIESZ?

Koncert "Kolędy świata" w Gostyninie
W sobotę (5.01) i niedzielę (6.01) wysłuchałem koncertu, którego treścią były kolędy i utwory nawiązujące Świąt Bożego Narodzenia. Jedną z pieśni, jaka pojawiła się podczas obydwu wieczornych spotkań, była „Mario, czy już wiesz?”, czyli polska wersja adwentowego utworu amerykańskiej grupy Pentatonix. W tekście piosenki pojawiają się miedzy innymi takie słowa:

„Ślepemu wzrok, głuchemu dźwięk, zmarłemu życia dar
Chromemu krok, niememu pieśń, przynosi Chrystus Pan!”.

Przytoczone słowa przywołują niektóre dokonania Jezusa Chrystusa, których opis znajdziemy na kartach Ewangelii. Historia o Jezusie narodzonym w Betlejem – Synu Marii – nie kończy się na wydarzeniach, których głównym motywem jest żłób i pieluszki, magowie ze Wschodu, pasterze, chór aniołów obwieszczających narodzenie Zbawiciela czy straszliwy gniew Heroda skutkujący śmiercią niewinnych chłopców z Betlejem i okolic.

Relacje ewangeliczne, wspominając narodziny Jezusa Chrystusa, skupiają się jednak na późniejszym okresie Jego życia – na publicznej aktywności. Tę publiczną działalność streścił uczeń i naśladowca Jezusa – Piotr apostoł – kiedy przebywał w domu rzymskiego żołnierza imieniem Korneliusz. Słowa Piotra zapisał autor Dziejów Apostolskich: „Znacie sprawę Jezusa z Nazaretu, którego Bóg namaścił Duchem Świętym i mocą. Dlatego że Bóg był z Nim, przeszedł On, dobrze czyniąc i uzdrawiając wszystkich, którzy byli pod władzą Diabła. A my jesteśmy świadkami wszystkiego, co zdziałał w ziemi żydowskiej i w Jeruzalem. Jego to zabili, zawiesiwszy na drzewie. Bóg wskrzesił Go trzeciego dnia i pozwolił Mu ukazać się nie całemu ludowi, ale nam, wybranym uprzednio przez Boga na świadków, którzyśmy z Nim jedli i pili po Jego zmartwychwstaniu. On nam rozkazał ogłosić ludowi i dać świadectwo, że Bóg ustanowił Go sędzią żywych i umarłych. Wszyscy prorocy świadczą o tym, że każdy, kto w Niego wierzy, przez Jego imię otrzymuje odpuszczenie grzechów”.

Piotr głosząc Dobrą Nowinę o zbawieniu w Jezusie przywołuje tragiczną i dotyczącą wszystkich ludzi prawdę o grzechu i diabelskim zniewoleniu. Autorzy nowotestamentowi piszą wiele o tej dramatycznej w skutkach rzeczywistości. Grzech ściąga na człowieka słuszny Boży gniew i podporządkowuje go woli Diabła, którego celem jest zniszczenie i wszelka destrukcja. Finałem takiego istnienia jest wieczność bez Boga. Potępienie. Nie wiem czy ta prawda robi dziś jakiekolwiek wrażenie na ludziach XXI wieku. Może wielu uzna taką mowę za kpinę z rzeczywistości. Grzech? Diabeł? Piekło? Człowieku, opanuj się! Nie żyjemy przecież w średniowieczu! A jeśli chcesz głosić tę swoją „Dobrą Nowinę”, to może powiedz coś pozytywnego, a nie takie przykre słowa o grzechu, zniewoleniu i wiecznym potępieniu. Jednak nie sposób mówić i pisać o Dobrej Nowinie bez wskazywania na te kwestie. Zachwycić się Dobrą Nowiną (Ewangelią) możemy tylko wtedy, kiedy widzimy problem i nędzę, jakie stały się naszym udziałem.

Syty nie będzie prosił o chleb. Ubrany nie będzie zabiegał o odzienie. Widzący nie będzie tęsknił na możliwością podziwiania pięknych krajobrazów. Słyszący nie doświadcza pragnienia, aby wychwycić bogactwo dźwięków otoczenia…

Dobra Nowina o zbawieniu w Jezusie okazuje się być wartością dla wszystkich, którzy dostrzegają, że grzech oddziela nas od dobrego i kochającego Boga. Grzech czyni przepaść i wyłom w relacji pomiędzy Bogiem i człowiekiem. To grzech sprawia, że zyskujemy miano „nieprzyjaciół i wrogów Boga”. A jedynym rozwiązaniem tej patowej sytuacji jest dzieło Jezusa – Jego śmierć i zmartwychwstanie. To w Jezusie możemy doświadczyć przebaczenia grzechów i cieszyć się relacją z Bogiem, której cechą jest bliskość.

W przytoczonym fragmencie biblijnym będącym zapisem słów Piotra apostoła pojawiają się też dokonania Jezusa takie jak uzdrowienia i uwolnienia od demonów: „chodził dobrze czyniąc i uzdrawiając wszystkich, którzy byli pod władzą diabła…”. No tak… szkoda, że Jezusa nie ma już pośród nas. Jak dobrze byłoby skorzystać z Jego mocy nad chorobą i demonicznym zniewoleniem… Choć Jezus w swoim zmartwychwstałym ciele nie jest obecny za ziemi i pozostaje obywatelem Nieba, to jednak jest obecny za sprawą Kościoła – będącego Jego ciałem tu, na ziemi! A tekst biblijny zapewnia nas, że jako Jego Kościół reprezentujemy tego samego Jezusa, o którym czytamy na kartach Ewangelii. Bo On pozostaje, jak zauważył autor Listu do Herbrajczyków, „wczoraj i dziś, na wieki ten sam”! Jego pasją jest przynieść uzdrowienie i uwolnienie. W Kościele wciąż obecna jest służba uzdrowienia i uwolnienia, wszak „Jednego Duch obdarza wiarą, innemu Duch udziela daru uzdrawiania…”.

Jezus przyszedł, aby usunąć każdą przeszkodę stojącą na drodze do doświadczenia kochającego i dobrego Boga. On skutecznie zapłacił cenę za naszą wolność od grzechu. On pozostaje odpowiedzią na dręczące ludzi choroby. On pozostaje skutecznym ratunkiem dla udręczonych, umęczonych i utrudzonych. On jest Drogą dla błądzących i Pocieszycielem dla pozbawionych nadziei.

Jezus Chrystus przyszedł na świat. Narodził się w Betlejem, wychował w Nazarecie, prowadził publiczną działalność w miejscowościach Galilei i Judei, umarł w okolicy Jerozolimy. On zmartwychwstał i wciąż żyje, pozostając Zbawicielem, Lekarzem i Pocieszycielem. Wysłuchany koncert „Kolędy świata” był dla mnie kolejną okazją, aby zatrzymać się w bieganinie życia i skorzystać z zaproszenia do osobistej więzi z Jezusem, którego „Bóg namaścił Duchem Świętym i mocą” i który wciąż pozostaje tym Jezusem mającym moc, aby uzdrowić wszystkich ciemiężonych przez Diabła. On jest tym, który przynosi:

 „Ślepemu wzrok, głuchemu dźwięk, zmarłemu życia dar
Chromemu krok, niememu pieśń…”

środa, 2 stycznia 2019

PO OWOCACH ICH POZNACIE

Pozory bywają zwodnicze.

Żyjemy w świecie, w którym fałsz ściera się z prawdą, piękno istnieje obok brzydoty, szlachetność koegzystuje z niegodziwością. Aby odkryć prawdziwą naturę rzeczy nie wystarczy powierzchowne patrzenie i słuchanie.

Wśród mów Jezusa znanych jako „Kazanie na Górze” zwarte jest wezwanie do ostrożności: „Strzeżcie się fałszywych proroków…”. Autorzy pism jakie znalazły się w kanonie Nowego Testamentu przywołują jeszcze istnienie fałszywych apostołów czy fałszywych nauczycieli. Jak rozpoznać prawdę od fałszu? Czy jesteśmy skazani na spekulacje bez możliwości rzetelnej oceny tych, którzy podają się za „głosicieli prawdy”?

Pan Jezus zdaje się wskazywać na to co, powinno stanowić o przyjęciu lub odrzuceniu ludzi powołujących się na autorytet „Bożego proroka”: „Rozpoznacie ich po owocach”. Owoc to coś, co wydawane jest w pewnym procesie. Pośpieszna ocena może okazać się myląca. Gdzie szukać tego „owocu”, który kwalifikuje lub dyskwalifikuje człowieka jako „Bożego sługę”? Tym owocem nie są trafne i mądre teksty pozostawiane na Facebooku. Nie jest nim również zdolność do czynienia „niezwykłych rzeczy”, mogących zachwycać żądne atrakcji i wrażeń tłumy. A zatem co jest tym dobrym i pożądanym owocem? Jest nim, jak wierzę, życie ukierunkowane na uwielbienie Boga i wykonanie Jego woli. Ten rodzaj życia znajduje upodobanie w relacji i bliskości z Bogiem i wyraża się wyznaniem, jakie złożył psalmista: „Cóż ja mam w niebie oprócz Ciebie? Poza Tobą nic mnie też nie cieszy na ziemi”. Pragnienie Boga i przebywania w Jego obecności będzie skutkować niechybnie upodobnieniem się do Niego, jak napisał Jan apostoł: „żyjemy bowiem w tym świecie jako Jemu podobni”. Owoc musi się pojawić i w miarę upływu czasu będzie on coraz wyraźniejszy. Tego podobieństwa do Boga, w którym jest miejsce na autentyczne przejawianie „miłości, radości, cierpliwości, pokoju, dobroci, życzliwości, wierności, łagodności czy opanowania” życzę sobie na rok 2019 i wszystkie następne lata.

środa, 26 grudnia 2018

WSPOMNIENIE DONA RICHARDSONA (1935-2018)

Don Richardson
23 grudnia 2018 roku odszedł do wieczności Don Richardson, znany w Polsce m.in. za sprawą książek „Wieczność w ich sercach”, „Dziecko Pokoju” czy konferencji w Toruniu, która miała miejsce na początku lat 90. XX wieku. 

Don Richardson przez 15 lat, wraz z żoną Carol i czwórką dzieci, mieszkał wśród plemienia Sawi – kanibali i łowców głów – zamieszkującego Nową Gwineę. Przetłumaczyli Nowy Testament na język Sawi i dane im było widzieć jak wielu z tego plenienia przychodzi do wiary Chrystusa. To właśnie służba pośród Sawi zaowocowała napisaniem, w 1974 roku, książki pt. „Dziecko Pokoju”. Do dziś została ona opublikowana w 27 językach i stała się prawdziwym bestsellerem.

Służba głoszenia Dobrej Nowiny o Jezusie wśród Sawi stała się dla Dona i Carol nie lada wyzwaniem, gdy okazało się, że kultywują oni podziw dla „mistrzów zdrady”, czyli przebiegłych zwodzicieli, którzy udając przyjaźń „tuczyli” swe ofiary na dzień mordu. Słuchając opowieści ewangelicznych członkowie Sawi uznali Judasza za bohatera tej historii. Tymczasem Jezus pozostawał pożałowania godny, bo dał się wywieść w pole zdrajcy. Don i Carol musieli zmierzyć się z kulturą, w której, jak się wydawało, system wartości był przeciwny etyce Nowego Testamentu. Pomocne okazało się w tej sytuacji poznanie innego szczególnego zwyczaju obecnego w tym egzotycznym plemieniu. Sawijczycy, jak się okazało, praktykowali specyficzny sposób zawierania pokoju, który nie dopuszczał do wybuchów zdrady. Tak opisuje to sam Don Richardson w książce „Wieczność w ich sercach”: „Jeśli jakiś sawijski ojciec podarował innej grupie swego syna jako «Dziecko Pokoju», to nie tylko zapominano o przeszłych urazach, lecz również zapobiegało to zdradzie w przyszłości – jednak tak długo, jak długo pozostawało przy życiu Dziecko Pokoju. Mieliśmy więc w ręku gotowy klucz do przedstawienia Sawijczykom Jezusa Chrystusa jako ostatecznego Dziecka Pokoju. W ten sposób znaczenie ewangelii przebiło się przez wszelkie bariery i dotarło do plemienia Sawi! Kiedy już uświadomili sobie, że Judasz był tym, kto zdradził Dziecko Pokoju, nie patrzyli już na niego jak na bohatera. Dla Sawijczyków zdrada Dziecka Pokoju była najcięższą możliwą zbrodnią! Od tego czasu około dwie trzecie członków tego plemienia (według ich własnych słów) «przez wiarę położyło swe dłonie na Bożym Dziecku Pokoju, Jezusie Chrystusie». Stanowiło to analogię do ich własnego zwyczaju wymagającego od przyjmujących Dziecko Pokoju, by każdy z nich osobiście położył dłonie na ofiarowanym synu i powiedział: «Przyjmujemy to dziecko jako fundament pokoju!».