„Gdy w roku 1553 palono wszystkie ozdoby i dokumenty kościoła, ten wizerunek Najświętszej Maryi Dziewicy z Dzieciątkiem Jezus od ognia nie niszczał. Jeden z obecnych, nazwiskiem Polek, szydząc sobie bezbożnie, popychał go nogą do ognia, gdy nagle sam do ognia na twarz upadł. Wyciągnięto go silnie poparzonego i na marach do domu odniesiono. Od owej chwili nieszczęsny ten człowiek, drżąc na całym ciele, na brzuchu tylko w boleściach przez osiem lat leżał. Później zawieziono go do Częstochowy i tam modląc się do Matki Bożej, odzyskał zdrowie, ale niezupełnie”.
Powyższa wzmianka dotyczy kościoła pw. NMP w Suserzu, który w 1550 (lub wiosną 1551 roku) został oddany w ręce protestantów przez właściciela wsi starościca rawskiego Krzysztofa Lasockiego. Jak przekazują zapisy, Lasocki kazał zniszczyć wszystkie ozdoby, obrazy, szaty liturgiczne i księgi. Ocalał jedynie obraz Matki Bożej z Dzieciątkiem, który do dziś stanowi obiekt czci wyznawców katolicyzmu.
Rodzina Lasockich, obok rodzin: Gizyckich, Narzymskich czy Niszczyckich, należała to tych nielicznych na Mazowszu Północnym, które deklarowały się jako zwolennicy reformacji.
Za sprawą rodziny Lasockich, w Suserzu i Zwoli, dotychczasowe świątynie katolickie stały się luterańskimi zborami. Nie trwało to jednak długo. Suserski kościół trafił z powrotem w ręce katolików w roku 1595, a z kościołem w Zwoli stało się tak w dwa lata później.
Jak pisze dr hab. Jan Mirończuk, w artykule „Reformacja na Mazowszu Północnym” (Studia Theologica Pentecostalia, Tom 4), „bardzo aktywna w organizacji życia religijnego protestantów, a także propagowaniu go na terenie katolickim, była rodzina Niszczyckich z ziemi płockiej, która posiadała swoje dobra również pod Przasnyszem. Utrzymywany przez Niszczyckich duchowny kalwiński głosił także nauki w Ciechanowie, a więc w pół drogi między posiadłościami patronów”.
Na Mazowszu było jedynie kilka zborów (często w publikacjach pojawia się liczba 7), co świadczy o nikłym wpływie reformacji na tę część ziem polskich. We wspomnianym artykule dr hab. Jan Mirończuk zauważa, że „warstwy rządzące na Mazowszu, nie wspominając o o chłopach, którzy zupełnie nie garnęli się do reformacji, w swojej masie pozostawały katolickie”.
Mazowsze odegrało rolę w odrodzeniu się katolicyzmu w Polsce, do czego przyczyniły się jezuickie szkoły urządzane na przełomie XVI i XVII wieku w Łomży, Płocku, Rawie czy Warszawie.
Szlachta mazowiecka w czasach panowania Wazów dążyła, aby protestantom odbierać godność poselską i zmuszać ich do zmiany miejsca zamieszkania.
Nikłe dziedzictwo reformacji na Mazowszu sprawia, że określenia typu: protestant, zbór czy pastor brzmią bardzo obco w uszach mieszkańców tej części Polski. Protestantyzm postrzegany jest dodatkowo jako element obcy i kojarzony bywa jedynie z osadnictwem niemieckim.
Suserski epizod niszczenia wyposażenia kościoła dodatkowo utrwala negatywny obraz protestantyzmu w oczach lokalnych mieszkańców. Na oficjalnej stronie Urzędu Gminy Szczawin Kościelny jest nota: „Okres reformacji na szczawińskiej ziemi przyniósł wielkie zmiany, gdyż ówczesny właściciel wsi Suserz – Krzysztof Lasocki zmienił wiarę, przechodząc na protestantyzm”.
Nie można się dziwić, że wiele osób z dystansem i ostrożnością podchodzi do wszystkiego co niekatolickie, ale zawsze warto trudzić się i edukować, że protestantyzm to coś więcej niż tylko zniszczenie wyposażenia suserskiego kościoła i tzw. „zmiana wiary”. Ale to nie jest łatwe zadanie.
Tak więc jeśli ktoś jest w Chrystusie, nowym jest stworzeniem, to co stare przeminęło, oto wszystko stało się nowe. A wszystko to jest z Boga, który nas pojednał z sobą przez Jezusa Chrystusa i dał nam służbę pojednania. Bóg bowiem w Chrystusie, jednając świat z samym sobą, nie poczytując ludziom ich grzechów, i nam powierzył to słowo pojednania. Tak więc w miejsce Chrystusa sprawujemy poselstwo (...) W miejsce Chrystusa prosimy: Pojednajcie się z Bogiem.
poniedziałek, 2 lipca 2018
środa, 27 czerwca 2018
BÓG, KTÓRY PROWADZI (ALE INACZEJ NIŻ BYŚMY OCZEKIWALI)
Czasami Boże drogi wydają się nie mieć sensu.
Abraham został powołany, aby wziąć w posiadanie ziemię (Kanaan). Tą obietnicą żył także jego syn Izaak oraz wnuk Jakub. To właśnie w Kanaanie Jakub usłyszał od Boga: „Od ciebie będzie pochodził naród i wiele narodów. Od ciebie będą się wywodzić królowie. Tobie i twojemu potomstwu daję kraj, który dałem Abrahamowi i Izaakowi”. Wszelkie obietnice Bożego błogosławieństwa wiązały się z Kanaanem. Jednak okoliczności życia Jakuba i jego rodziny przybrały nieoczekiwany obrót. Aby spotkać się ze swoim synem, Józefem, co do którego miał pewność, że został rozszarpany przez dzikie zwierzęta, Jakub udał się do Egiptu. Wraz z nim w drogę wyruszyła cała rodzina w liczbie siedemdziesięciu osób.
Czyżby Boża obietnica posiadania ziemi kananejskiej chybiła? Dlaczego Jakub miał opuścić ziemię w której Abraham i Izaak kopali studnie, gdzie swoją obecność znaczyli stawianymi ołtarzami i gdzie doświadczali bliskich spotkań ze Stwórcą?
W drodze do Egiptu Jakub przeżywa spotkanie z Bogiem, który przemówił do niego w nocnym widzeniu: „Nie bój się iść do Egiptu, gdyż sprawię, że tam staniesz się wielkim narodem. Ja pójdę z tobą do Egiptu i Ja cię stamtąd wyprowadzę, a Józef zamknie ci oczy”. Boża obietnica miała się wypełnić, ale trochę jakby nie tak, jak wydawałoby się najprościej. To właśnie w Egipcie Izraelici stali się licznym narodem, a czas pobytu w ziemi faraonów wyniósł, bagatela, czterysta trzydzieści lat.
Jakub musiał przezwyciężyć swoje obawy i za sprawą zapewnienia o Bożej obecności, która miała mu towarzyszyć w drodze i podczas pobytu w Egipcie, opuścił Kanaan. Obietnica funkcjonowania potomków Abrahama w Ziemi Obiecanej oddaliła się na jakiś czas. Właściwie bardzo długi czas.
Boże obietnice są fascynujące. Jednak sposób ich wypełnienia nie zawsze odpowiada naszemu zrozumieniu i niekoniecznie jest zgodny z naszymi oczekiwaniami. Po drodze i w czasie oczekiwania na ich wypełnienie przytrafiają się dziwne rzeczy. Czasami może się wydawać, że Bóg dokonał korekty wobec swojego pierwotnego planu i zdążył już napisać nieco inny scenariusz. Czy to co się dzieje teraz w moim życiu ma sens? Dlaczego mam opuścić miejsce, z którym łączą mnie Twoje obietnice, Boże? Jakub mógł mieć uzasadnione wątpliwości: „Czy Egipt to naprawdę dobry kierunek dla mnie i mojej rodziny? A co z Kanaanem? Boże, nie rozumiem…”.
Ja też wielu, a może coraz więcej, rzeczy nie rozumiem. Dlaczego droga z punktu A do punktu B nie jest taka prosta jak można by się tego spodziewać? Czemu po drodze pojawiają się punkty E, K, R i Z? Wydawać by się mogło, że powinno ich nie być. Czemu „wkrótce” nie oznacza pięciu minut, ale dwa tysiące lat? Na wiele pytań nie znajdę satysfakcjonujących odpowiedzi. Ale nie chodzi o to, aby na wszystko znaleźć odpowiedź, która mnie zadowoli. Istotą chrześcijaństwa jest bliskość Boga i zaufanie, że On pozostaje wiernym wobec każdej obietnicy. A jeśli realizacja tych obietnic nie będzie przebiegać wedle mojego zrozumienia i oczekiwania? Cóż…
Kluczem chrześcijańskiego pielgrzymowania jest wiara i zaufanie. Okoliczności mogą krzyczeć: „Wszystko na nic!”, ale serce wciąż może ufać i otrzymywać zapewnienie, podobne temu, jakie otrzymał Jakub, kiedy szedł do Egiptu: „Ja pójdę z Tobą”. A zatem pozostaje ufność…
Abraham został powołany, aby wziąć w posiadanie ziemię (Kanaan). Tą obietnicą żył także jego syn Izaak oraz wnuk Jakub. To właśnie w Kanaanie Jakub usłyszał od Boga: „Od ciebie będzie pochodził naród i wiele narodów. Od ciebie będą się wywodzić królowie. Tobie i twojemu potomstwu daję kraj, który dałem Abrahamowi i Izaakowi”. Wszelkie obietnice Bożego błogosławieństwa wiązały się z Kanaanem. Jednak okoliczności życia Jakuba i jego rodziny przybrały nieoczekiwany obrót. Aby spotkać się ze swoim synem, Józefem, co do którego miał pewność, że został rozszarpany przez dzikie zwierzęta, Jakub udał się do Egiptu. Wraz z nim w drogę wyruszyła cała rodzina w liczbie siedemdziesięciu osób.
Czyżby Boża obietnica posiadania ziemi kananejskiej chybiła? Dlaczego Jakub miał opuścić ziemię w której Abraham i Izaak kopali studnie, gdzie swoją obecność znaczyli stawianymi ołtarzami i gdzie doświadczali bliskich spotkań ze Stwórcą?
W drodze do Egiptu Jakub przeżywa spotkanie z Bogiem, który przemówił do niego w nocnym widzeniu: „Nie bój się iść do Egiptu, gdyż sprawię, że tam staniesz się wielkim narodem. Ja pójdę z tobą do Egiptu i Ja cię stamtąd wyprowadzę, a Józef zamknie ci oczy”. Boża obietnica miała się wypełnić, ale trochę jakby nie tak, jak wydawałoby się najprościej. To właśnie w Egipcie Izraelici stali się licznym narodem, a czas pobytu w ziemi faraonów wyniósł, bagatela, czterysta trzydzieści lat.
Jakub musiał przezwyciężyć swoje obawy i za sprawą zapewnienia o Bożej obecności, która miała mu towarzyszyć w drodze i podczas pobytu w Egipcie, opuścił Kanaan. Obietnica funkcjonowania potomków Abrahama w Ziemi Obiecanej oddaliła się na jakiś czas. Właściwie bardzo długi czas.
Boże obietnice są fascynujące. Jednak sposób ich wypełnienia nie zawsze odpowiada naszemu zrozumieniu i niekoniecznie jest zgodny z naszymi oczekiwaniami. Po drodze i w czasie oczekiwania na ich wypełnienie przytrafiają się dziwne rzeczy. Czasami może się wydawać, że Bóg dokonał korekty wobec swojego pierwotnego planu i zdążył już napisać nieco inny scenariusz. Czy to co się dzieje teraz w moim życiu ma sens? Dlaczego mam opuścić miejsce, z którym łączą mnie Twoje obietnice, Boże? Jakub mógł mieć uzasadnione wątpliwości: „Czy Egipt to naprawdę dobry kierunek dla mnie i mojej rodziny? A co z Kanaanem? Boże, nie rozumiem…”.
Ja też wielu, a może coraz więcej, rzeczy nie rozumiem. Dlaczego droga z punktu A do punktu B nie jest taka prosta jak można by się tego spodziewać? Czemu po drodze pojawiają się punkty E, K, R i Z? Wydawać by się mogło, że powinno ich nie być. Czemu „wkrótce” nie oznacza pięciu minut, ale dwa tysiące lat? Na wiele pytań nie znajdę satysfakcjonujących odpowiedzi. Ale nie chodzi o to, aby na wszystko znaleźć odpowiedź, która mnie zadowoli. Istotą chrześcijaństwa jest bliskość Boga i zaufanie, że On pozostaje wiernym wobec każdej obietnicy. A jeśli realizacja tych obietnic nie będzie przebiegać wedle mojego zrozumienia i oczekiwania? Cóż…
Kluczem chrześcijańskiego pielgrzymowania jest wiara i zaufanie. Okoliczności mogą krzyczeć: „Wszystko na nic!”, ale serce wciąż może ufać i otrzymywać zapewnienie, podobne temu, jakie otrzymał Jakub, kiedy szedł do Egiptu: „Ja pójdę z Tobą”. A zatem pozostaje ufność…
środa, 13 czerwca 2018
DWIE HISTORIE - JEDNA LEKCJA
Historia pierwsza. Jakiś czas temu oglądałem film z rozprawy sądowej seryjnego mordercy młodych kobiet. Rzecz działa się w Stanach Zjednoczonych. W sądzie przemawiały osoby bliskie zamordowanym. Oskarżony – Gary Ridgway – słuchał z kamienną twarzą jak wypowiadają swój żal i życzą mu cierpienia porównywalnego z tym, jakie zadał swoim ofiarom. Było tak do czasu, aż przemówił ojciec jednej z bestialsko zabitych dziewcząt imieniem Linda. Ten starszy mężczyzna powiedział do mordercy: „Są tu na sali ludzie, którzy cię nienawidzą. Ja nie jestem jednym z nich. Sprawiłeś, że jest mi trudno postąpić według tego, w co wierzę i czego, jak rozumiem, oczekuje ode mnie Bóg. Ale wiedz, że zostało ci wybaczone”. Chłodny wyraz twarzy oskarżonego zmienił się. Po jego policzkach zaczęły płynąć łzy. Wyglądało na to, że słowa: „zostało ci wybaczone” pozostawiły w życiu bezwzględnego zabójcy wyraźny ślad.
Historia druga. W biblijnej Księdze Rodzaju, możemy znaleźć historię Józefa, który stał się najpotężniejszą osobą w Egipcie, tuż po faraonie. Okoliczności, które doprowadziły Józefa do chwały egipskiego zarządcy nie były przyjemne. Został sprzedany Madianitom i, jako niewolnik, znalazł się w krainie nad Nilem. Doświadczył fałszywego oskarżenia o gwałt i trafił do więziennej celi. Za tym losem, naznaczonym bólem, stali jego bracia – dziesięciu pozostałych synów Jakuba. Kiedy po latach Józef spotkał braci w Egipcie, towarzyszyły mu silne emocje. Tekst biblijny pięciokrotnie wspomina o płaczu Józefa – najwyraźniej, wbrew stereotypom, „chłopaki płaczą”. Odkrywając swoją tożsamość, przed zaskoczonym rodzeństwem, Józef mówi: „Ja jestem wasz brat, Józef, którego sprzedaliście do Egiptu…”. Czyżby nadszedł czas zemsty i słusznej zapłaty za doznane krzywdy, poniżenie i cierpienie? Niewykluczone, że właśnie taka myśl pojawiła się w umysłach przestraszonych braci, kiedy usłyszeli przemawiającego Józefa. Jednak kolejne słowa ich młodszego brata brzmiały nad wyraz łagodnie: „Teraz nie martwcie się i nie wyrzucajcie sobie, że sprzedaliście mnie tutaj (…) To nie wy wysłaliście mnie tutaj, lecz Bóg”. Jak to, Józefie? Czy „wysłaliście” to odpowiednie słowo? Bracia cię wysłali? Czyli, co? Kupili ci bilet w samolocie z miejscem w klasie biznes? Wyprawili cię uroczycie i zaopatrzyli na drogę we wszelkie wygody? Wręczyli ci do ręki kartę kredytową, mówiąc: „Używaj w Egipcie wedle potrzeb, a my spłacimy zaciągnięte przez ciebie zobowiązania”? Przecież oni cię sprzedali! Józefie! Obudź się! Zainkasowali za ciebie pieniądze i nawet nie mrugnęli okiem, kiedy madianiccy kupcy zabierali cię w nieznane… Czyż nie takie właśnie pouczenie powinniśmy zaoferować Józefowi? Czy nie powinniśmy oczekiwać rewanżu za doznane krzywdy?
Słowa Józefa świadczą, że odrobił trudną lekcję przebaczenia. Kilka długich lat, jakie spędził w Egipcie, nie były czasem gromadzenia złości i nienawiści. Nie były też okresem planowania zemsty i odwetu. Józef wzrastał w relacji z Bogiem Abrahama, Izaaka i Jakuba i uczył się przebaczania. Czy było łatwo wybaczyć? Pewnie nie. Czy oczekiwał przeprosin i zadośćuczynienia? Tekst biblijny o tym nie wspomina. Jego przebaczenie nie było poprzedzone warunkiem: „A zatem, braciszkowie, wyznawajcie swoją winę i żałujcie za swoje karygodne postępowanie. Jeśli uznam, że wasza skrucha jest wystarczająca, może przebaczę…”. Przebaczenie, które Józef zaoferował braciom, zdjęło z nich ciężar winy. Żyli z piętnem powracającego oskarżeni. Mówili do siebie: „zawiniliśmy wobec naszego brata (Józefa), bo widząc strapienie jego serca, gdy błagał nas o litość, nie usłuchaliśmy go”.
Przebaczanie to ważny element życia. „Przebacz winy tak jak my wobec nas winnym, przebaczyliśmy…”, czy nie są to znane słowa? Spośród wielu możliwych opcji, które pojawiają się, w obliczu doznanej krzywdy i bólu, przebaczenie jest tą, którą warto zdecydowanie rozważyć i zastosować. Biblijny Józef i mężczyzna, który przebaczył mordercy swojej córki, dają nam wartościową lekcję życia.
Historia druga. W biblijnej Księdze Rodzaju, możemy znaleźć historię Józefa, który stał się najpotężniejszą osobą w Egipcie, tuż po faraonie. Okoliczności, które doprowadziły Józefa do chwały egipskiego zarządcy nie były przyjemne. Został sprzedany Madianitom i, jako niewolnik, znalazł się w krainie nad Nilem. Doświadczył fałszywego oskarżenia o gwałt i trafił do więziennej celi. Za tym losem, naznaczonym bólem, stali jego bracia – dziesięciu pozostałych synów Jakuba. Kiedy po latach Józef spotkał braci w Egipcie, towarzyszyły mu silne emocje. Tekst biblijny pięciokrotnie wspomina o płaczu Józefa – najwyraźniej, wbrew stereotypom, „chłopaki płaczą”. Odkrywając swoją tożsamość, przed zaskoczonym rodzeństwem, Józef mówi: „Ja jestem wasz brat, Józef, którego sprzedaliście do Egiptu…”. Czyżby nadszedł czas zemsty i słusznej zapłaty za doznane krzywdy, poniżenie i cierpienie? Niewykluczone, że właśnie taka myśl pojawiła się w umysłach przestraszonych braci, kiedy usłyszeli przemawiającego Józefa. Jednak kolejne słowa ich młodszego brata brzmiały nad wyraz łagodnie: „Teraz nie martwcie się i nie wyrzucajcie sobie, że sprzedaliście mnie tutaj (…) To nie wy wysłaliście mnie tutaj, lecz Bóg”. Jak to, Józefie? Czy „wysłaliście” to odpowiednie słowo? Bracia cię wysłali? Czyli, co? Kupili ci bilet w samolocie z miejscem w klasie biznes? Wyprawili cię uroczycie i zaopatrzyli na drogę we wszelkie wygody? Wręczyli ci do ręki kartę kredytową, mówiąc: „Używaj w Egipcie wedle potrzeb, a my spłacimy zaciągnięte przez ciebie zobowiązania”? Przecież oni cię sprzedali! Józefie! Obudź się! Zainkasowali za ciebie pieniądze i nawet nie mrugnęli okiem, kiedy madianiccy kupcy zabierali cię w nieznane… Czyż nie takie właśnie pouczenie powinniśmy zaoferować Józefowi? Czy nie powinniśmy oczekiwać rewanżu za doznane krzywdy?
Słowa Józefa świadczą, że odrobił trudną lekcję przebaczenia. Kilka długich lat, jakie spędził w Egipcie, nie były czasem gromadzenia złości i nienawiści. Nie były też okresem planowania zemsty i odwetu. Józef wzrastał w relacji z Bogiem Abrahama, Izaaka i Jakuba i uczył się przebaczania. Czy było łatwo wybaczyć? Pewnie nie. Czy oczekiwał przeprosin i zadośćuczynienia? Tekst biblijny o tym nie wspomina. Jego przebaczenie nie było poprzedzone warunkiem: „A zatem, braciszkowie, wyznawajcie swoją winę i żałujcie za swoje karygodne postępowanie. Jeśli uznam, że wasza skrucha jest wystarczająca, może przebaczę…”. Przebaczenie, które Józef zaoferował braciom, zdjęło z nich ciężar winy. Żyli z piętnem powracającego oskarżeni. Mówili do siebie: „zawiniliśmy wobec naszego brata (Józefa), bo widząc strapienie jego serca, gdy błagał nas o litość, nie usłuchaliśmy go”.
Przebaczanie to ważny element życia. „Przebacz winy tak jak my wobec nas winnym, przebaczyliśmy…”, czy nie są to znane słowa? Spośród wielu możliwych opcji, które pojawiają się, w obliczu doznanej krzywdy i bólu, przebaczenie jest tą, którą warto zdecydowanie rozważyć i zastosować. Biblijny Józef i mężczyzna, który przebaczył mordercy swojej córki, dają nam wartościową lekcję życia.
sobota, 2 czerwca 2018
BÓG, ZŁO I LUDZKIE ŻALE
Wciąż powtarzanym stwierdzeniem, w wielu różnych dyskusjach (przynajmniej mnie się to zdarza), jest przypisywanie Bogu winy za zło, cierpienie i niegodziwość w świecie, w którym żyjemy. Tego typu rozumowanie wynika, w moim przekonaniu, z powszechnej wśród nas tendencji „czynienia Boga na nasz obraz i nasze podobieństwo”.
W tym „czynieniu Stwórcy podobnym do nas”, chcemy przypisywać Mu skłonność do czynienia zła, którego sami jesteśmy sprawcami. Kiedy czytam Ewangelie, nie znajduję w nich ani jednej sugestii ze strony Pana Jezusa Chrystusa, jakoby Bóg chciał choroby, mordu czy jakiejkolwiek formy wykorzystywania jednych przez drugich. Świat w którym żyjemy jest zły i niegodziwy, ale ich źródła nie należy doszukiwać się w Stwórcy. Chrystus wszedł w rzeczywistość świata zniewolonego ludzką chciwością, perwersją, nienawiścią i skłonnością do czynienia zła. On wszedł w realia choroby, grzechu i cierpienia, aby przynieść odkupienie – wolność. To nie Bóg jest winien niegodziwości i niesprawiedliwości.
Oprócz ludzkiego czynnika, który stoi u źródeł zła, jest jeszcze czynnik diabelski, szatański. Duchowe niegodziwości i Szatan, który przychodzi, jak czytamy w tekście Ewangelii Jana, aby „kraść, zabijać i niszczyć”, to też nasza – ziemska – rzeczywistość. Jednak ten – duchowy – rodzaj zła też został pokonany w Bożym dziele odkupienia.
W Chrystusie można doświadczyć Boga, który kładzie kres chorobie, śmierci i wszelkiemu rodzajowi grzechu. To jest istotą Dobrej Nowiny: „Bóg triumfuje!”. Już teraz, również poprzez swój Kościół i ostatecznie w przyszłości, która będzie rzeczywistością „bez bólu, choroby, cierpienia czy grzechu”. Jakże niesprawiedliwym jest obwinianie Boga o rzeczy, których nie jest sprawcą.
On pozostaje źródłem zbawienia i życia. Błogosławieństwa nie przekleństwa. Życia nie śmierci. Zdrowia nie choroby. Miłości nie nienawiści. Przebaczenia nie potępienia. Wolności nie zniewolenia.
W tym „czynieniu Stwórcy podobnym do nas”, chcemy przypisywać Mu skłonność do czynienia zła, którego sami jesteśmy sprawcami. Kiedy czytam Ewangelie, nie znajduję w nich ani jednej sugestii ze strony Pana Jezusa Chrystusa, jakoby Bóg chciał choroby, mordu czy jakiejkolwiek formy wykorzystywania jednych przez drugich. Świat w którym żyjemy jest zły i niegodziwy, ale ich źródła nie należy doszukiwać się w Stwórcy. Chrystus wszedł w rzeczywistość świata zniewolonego ludzką chciwością, perwersją, nienawiścią i skłonnością do czynienia zła. On wszedł w realia choroby, grzechu i cierpienia, aby przynieść odkupienie – wolność. To nie Bóg jest winien niegodziwości i niesprawiedliwości.
Oprócz ludzkiego czynnika, który stoi u źródeł zła, jest jeszcze czynnik diabelski, szatański. Duchowe niegodziwości i Szatan, który przychodzi, jak czytamy w tekście Ewangelii Jana, aby „kraść, zabijać i niszczyć”, to też nasza – ziemska – rzeczywistość. Jednak ten – duchowy – rodzaj zła też został pokonany w Bożym dziele odkupienia.
W Chrystusie można doświadczyć Boga, który kładzie kres chorobie, śmierci i wszelkiemu rodzajowi grzechu. To jest istotą Dobrej Nowiny: „Bóg triumfuje!”. Już teraz, również poprzez swój Kościół i ostatecznie w przyszłości, która będzie rzeczywistością „bez bólu, choroby, cierpienia czy grzechu”. Jakże niesprawiedliwym jest obwinianie Boga o rzeczy, których nie jest sprawcą.
On pozostaje źródłem zbawienia i życia. Błogosławieństwa nie przekleństwa. Życia nie śmierci. Zdrowia nie choroby. Miłości nie nienawiści. Przebaczenia nie potępienia. Wolności nie zniewolenia.
czwartek, 31 maja 2018
BÓG OBECNY POŚRÓD UDRĘKI I NIEDOLI
Czy łatwo jest rozpoznać obecność i działanie Boga w codziennym życiu?
Często mamy tendencję, aby mówić: „Poszczęściło mi się w tym i w tym, gdyż Bóg był ze mną”. Dobrze jest mieć takie doświadczenia. Ale co zrobić z sytuacjami, które są dla nas trudne i niosą znamiona cierpienia?
Historia Józefa, opisana w Księdze Rodzaju, jest naznaczona niezwykłą dramaturgią. Okresy „prosperity” mieszają się z doświadczeniem odrzucenia, poniżenia, więzienia i udręki. Jednak w narracji biblijnej, niezależnie od tych zmieniających się okoliczności, wciąż pojawia się stwierdzenie: „PAN był z Józefem”.
Czy nie dało się zrealizować Bożego planu w życiu Józefa bez tych bolesnych doświadczeń? Czy koniecznymi były: zdrada przez braci, niewola u Izmaelitów, fałszywe oskarżenie o gwałt i więzienie w Egipcie?
Józef został wyniesiony przez Boga, ale ta „droga na szczyt” była wyjątkowo bolesna. Kiedy urodzili mu się synowie, ich imiona stały się świadectwem przeżyć Józefa: „Pierworodnemu Józef dał na imię Manasses, powiedział bowiem: Bóg pozwolił mi zapomnieć o mojej udręce… A drugiemu dał na imię Efraim, powiedział bowiem: Bóg uczynił mnie płodnym w kraju mojej niedoli”.
Udręka i niedola jako cześć Bożego planu dla mojego życia? Boże, czy to ma jakikolwiek sens?
Wygląda na to, że tak. „Wiemy zaś, że tym, którzy miłują Boga, wszystko służy ku dobremu, tym, którzy są powołani według Jego postanowienia (…) Kto nas odłączy od miłości Chrystusowej? Czy utrapienie, ucisk, prześladowanie, głód, nagość, niebezpieczeństwo lub miecz?”.
Często mamy tendencję, aby mówić: „Poszczęściło mi się w tym i w tym, gdyż Bóg był ze mną”. Dobrze jest mieć takie doświadczenia. Ale co zrobić z sytuacjami, które są dla nas trudne i niosą znamiona cierpienia?
Historia Józefa, opisana w Księdze Rodzaju, jest naznaczona niezwykłą dramaturgią. Okresy „prosperity” mieszają się z doświadczeniem odrzucenia, poniżenia, więzienia i udręki. Jednak w narracji biblijnej, niezależnie od tych zmieniających się okoliczności, wciąż pojawia się stwierdzenie: „PAN był z Józefem”.
Czy nie dało się zrealizować Bożego planu w życiu Józefa bez tych bolesnych doświadczeń? Czy koniecznymi były: zdrada przez braci, niewola u Izmaelitów, fałszywe oskarżenie o gwałt i więzienie w Egipcie?
Józef został wyniesiony przez Boga, ale ta „droga na szczyt” była wyjątkowo bolesna. Kiedy urodzili mu się synowie, ich imiona stały się świadectwem przeżyć Józefa: „Pierworodnemu Józef dał na imię Manasses, powiedział bowiem: Bóg pozwolił mi zapomnieć o mojej udręce… A drugiemu dał na imię Efraim, powiedział bowiem: Bóg uczynił mnie płodnym w kraju mojej niedoli”.
Udręka i niedola jako cześć Bożego planu dla mojego życia? Boże, czy to ma jakikolwiek sens?
Wygląda na to, że tak. „Wiemy zaś, że tym, którzy miłują Boga, wszystko służy ku dobremu, tym, którzy są powołani według Jego postanowienia (…) Kto nas odłączy od miłości Chrystusowej? Czy utrapienie, ucisk, prześladowanie, głód, nagość, niebezpieczeństwo lub miecz?”.
środa, 23 maja 2018
JÓZEF - POWOŁANY APOSTOŁ
- Józefie! Powołałem cię, abyś przyniósł błogosławieństwo i wybawienie twojej rodzinie. W moich oczach jesteś szczególny. Twoje sny są zapowiedzią tych cudownych dzieł, których dokonam.
- Wspaniale jest słyszeć, Boże Abrahama, Izaaka i Jakuba, o Twoim powołaniu i wybraniu. Gdzie chcesz mnie wysłać?
- Posyłam Cię do Egiptu.
- Do Egiptu? To daleka droga... Zapewne przyślesz po mnie jakąś karawanę i zadbasz o wszelkie niezbędne wyposażenie na drogę. Wiesz, Panie, czego trzeba w podróży: zapas wody, jedzenie, solidne ubranie i jeszcze dobre towarzystwo. Nie ma to jak podróż w gronie przyjaznych ludzi! Jestem podekscytowany i oczekuję tych wspaniałych rzeczy, jakie zamierzasz czynić przeze mnie – Twojego apostoła. Może to właśnie dziś będzie ten szczególny dzień, kiedy postawisz mnie na scenie historii i zostanę rozpoznany jako Twój współpracownik? W każdym razie, jestem do Twojej dyspozycji.
Choć nie jest to narracja biblijna, to wydaje się, że coś podobnego do przytoczonego dialogu miało miejsce w Kanaanie. Józef został wybrany przez Boga, cieszył się szczególnym poważaniem w oczach swojego ojca – Jakuba. Jego sny upewniały go o niezwykłości Bożego działania, którego miał doświadczyć. Autor Psalmu 105 zanotował, że Bóg posłał Józefa do Egiptu. Józef był Bożym posłańcem – apostołem. Nosił na sobie pieczęć Bożego autorytetu.
Jednak historia tego „wysłania do Egiptu” nie potoczyła się chyba zgodnie z zamysłem Józefa. Trafił do Egiptu nie w atmosferze chwały i wywyższenia, ale jako niewolnik. Sprzedany przez braci za znaczną kwotę dwudziestu sztuk srebra – równowartość wynagrodzenia za dwa lata pracy. Wspomniany już psalmista tak opisał podróż tego „Bożego wysłannika” do Egiptu: „kajdanami skuto mu nogi, a szyję zakuto w żelazo…”. Jak pogodzić brutalną rzeczywistość niewoli u Madianitów z marzeniami o wielkich Bożych dziełach i niezwykłości Jego powołania?
Jak pogodzić sny o wywyższeniu i autorytecie z realiami kajdan, więzów i bata, którym właściciele niewolników poganiają swoją własność? A jednak w tych bolesnych okolicznościach Pan Bóg był z Józefem. Wszak „tym, którzy kochają Boga i którzy zostali powołani zgodnie z Jego zamysłem, wszystko służy dla ich dobra” i „Jego myśli nie są naszymi myślami, a nasze drogi nie są Jego drogami”. Czasami Jego sposób działania może wydawać się niezrozumiały. Bywa, że okoliczności nie potwierdzają tego, że On jest obecny w tym wszystkim czego doświadczamy i co przeżywamy. A jednak On realizuje swój plan.
Dziwny był ten sposób „wysłania” Józefa do Egiptu. Jakie inne „dziwne” rzeczy są udziałem tych, których On powołał?
- Wspaniale jest słyszeć, Boże Abrahama, Izaaka i Jakuba, o Twoim powołaniu i wybraniu. Gdzie chcesz mnie wysłać?
- Posyłam Cię do Egiptu.
- Do Egiptu? To daleka droga... Zapewne przyślesz po mnie jakąś karawanę i zadbasz o wszelkie niezbędne wyposażenie na drogę. Wiesz, Panie, czego trzeba w podróży: zapas wody, jedzenie, solidne ubranie i jeszcze dobre towarzystwo. Nie ma to jak podróż w gronie przyjaznych ludzi! Jestem podekscytowany i oczekuję tych wspaniałych rzeczy, jakie zamierzasz czynić przeze mnie – Twojego apostoła. Może to właśnie dziś będzie ten szczególny dzień, kiedy postawisz mnie na scenie historii i zostanę rozpoznany jako Twój współpracownik? W każdym razie, jestem do Twojej dyspozycji.
Choć nie jest to narracja biblijna, to wydaje się, że coś podobnego do przytoczonego dialogu miało miejsce w Kanaanie. Józef został wybrany przez Boga, cieszył się szczególnym poważaniem w oczach swojego ojca – Jakuba. Jego sny upewniały go o niezwykłości Bożego działania, którego miał doświadczyć. Autor Psalmu 105 zanotował, że Bóg posłał Józefa do Egiptu. Józef był Bożym posłańcem – apostołem. Nosił na sobie pieczęć Bożego autorytetu.
Jednak historia tego „wysłania do Egiptu” nie potoczyła się chyba zgodnie z zamysłem Józefa. Trafił do Egiptu nie w atmosferze chwały i wywyższenia, ale jako niewolnik. Sprzedany przez braci za znaczną kwotę dwudziestu sztuk srebra – równowartość wynagrodzenia za dwa lata pracy. Wspomniany już psalmista tak opisał podróż tego „Bożego wysłannika” do Egiptu: „kajdanami skuto mu nogi, a szyję zakuto w żelazo…”. Jak pogodzić brutalną rzeczywistość niewoli u Madianitów z marzeniami o wielkich Bożych dziełach i niezwykłości Jego powołania?
Jak pogodzić sny o wywyższeniu i autorytecie z realiami kajdan, więzów i bata, którym właściciele niewolników poganiają swoją własność? A jednak w tych bolesnych okolicznościach Pan Bóg był z Józefem. Wszak „tym, którzy kochają Boga i którzy zostali powołani zgodnie z Jego zamysłem, wszystko służy dla ich dobra” i „Jego myśli nie są naszymi myślami, a nasze drogi nie są Jego drogami”. Czasami Jego sposób działania może wydawać się niezrozumiały. Bywa, że okoliczności nie potwierdzają tego, że On jest obecny w tym wszystkim czego doświadczamy i co przeżywamy. A jednak On realizuje swój plan.
Dziwny był ten sposób „wysłania” Józefa do Egiptu. Jakie inne „dziwne” rzeczy są udziałem tych, których On powołał?
wtorek, 1 maja 2018
ADONIRAM JUDSON
Wczoraj wieczorem przeczytałem, w książce Johna R.W. Stotta, krótką notkę o Adoniramie Judsonie i wciąż nie mogę „uwolnić” się od tej historii:
„Kiedy Adoniram Judson oświadczał się Ann, swej przyszłej żonie, powiedział: «Oddaj mi swoją rękę, jedź ze mną do azjatyckiej dżungli i umrzyj tam ze mną dla sprawy Chrystusa». Przybyli do Rangun w 1813 roku i bezzwłocznie zanurzyli się w birmańskiej kulturze i języku. Minęło jednak sześć lat, zanim Adoniram poczuł się na siłach wygłosić pierwsze kazanie, a siedem, zanim nawróciła się pierwsza osoba. Poświęcił dwadzieścia lat, aby przełożyć Biblię na język birmański. Napisał wiele traktatów, katechizm, podręcznik gramatyki oraz słownik angielsko-birmański, który wciąż pozostaje w użyciu. Jego cierpienie było wielkie. W ciągu swojego życia dwukrotnie owdowiał i pochował sześcioro dzieci. Tak jego, jak i całą rodzinę nękały częste choroby. W czasie wojny birmańsko-angielskiej był podejrzewany o szpiegostwo i spędził dwa lata w więzieniu, w łańcuchach, brudzie i skwarze. W ciągu trzydziestu siedmiu lat pracy misyjnej tylko raz powrócił do domu w Stanach Zjednoczonych. Jego «obumarcie» i «pogrzebanie» w birmańskiej ziemi przyniosły obfity plon. Kiedy razem z Ann przybyli do Birmy w 1813 roku, pierwszej niedzieli przyjmowali Wieczerzę Pańską tylko we dwoje, bo nie było innych chrześcijan, których mogliby zaprosić do stołu. Jednak trzydzieści siedem lat później, gdy umarł (w roku 1850), zostawił po sobie ponad siedem tysięcy ochrzczonych Birmańczyków i Karenów w sześćdziesięciu zborach. Liczbę chrześcijan w Birmie szacuje się obecnie na ponad trzy miliony”.
Trudno cokolwiek więcej dodać, kiedy czyta się taką historię…
Jakże inaczej zdaje się wyglądać tzw. „chrześcijaństwo”, które stawia człowieka i jego zachcianki, dla niepoznaki nazywane potrzebami, w centrum egzystencji. Co ja będę miał? Czy Pan Bóg da mi dobrą pracę, czy zapewni mi zawsze pełnię zdrowia, dostatek i wygodę? Wygląda na to, że Adoniram Judson wiedział co to znaczy „pójść za Jezusem” i znał drogę Krzyża. Krzyż to śmierć naszej starej natury. Krzyż to zerwanie wszelkich powiązań z grzechem. Krzyż to śmierć mojego „Ja”. Krzyż to wyrzeczenie i, jeśli trzeba, cierpienie. Krzyż to zerwanie z wygodnym życiem nastawionym na konsumpcję i domaganiem się ciągłych „prezentów” od Pana Boga: jeszcze to, i jeszcze tamto mnie się należy. Krzyż to strata. Krzyż to umieranie dla cielesnych pobudek i ludzkich ambicji. Krzyż to koniec gonitwy za materializmem i wygodą. Krzyż to usilne zabieganie o poznanie Bożej woli. Tu nie ma miejsca na pytanie: „Co mogę zyskać Boże, idąc za Tobą?” ale raczej właściwym pytaniem jest: „Boże, co muszę jeszcze stracić, by zyskać Ciebie i rozumieć Twoją wolę?”. Jak bardzo zostaliśmy skażeni nauką w której nasze ambicje i plany zostały wywyższone ponad Boży plan i Jego wolę. Chcemy ciągle gadać o powodzeniu i chlubić się ludzkim sukcesem. Chcemy wygody i dostatku. Konkurujemy ze sobą. Licytujemy się w służbie i postrzegamy rzeczywistość przez pryzmat naszych doczesnych planów. Liczy się moje. Zawsze i wszędzie „Ja”. Już nawet nie potrafimy wstydzić się z powodu naszych grzechów. Marnujemy czas na bzdury. Jesteśmy aroganccy i brak nam pokory. Nie chcemy słuchać o Bogu, który stawia nam wymagania. Chcemy Boga, który spełnia nasze zachcianki. Mówimy: „Nikt mi nie będzie mówił, że jestem Bogu coś winien”…
Czy przypadkiem nie przeoczyłem czegoś w moim chrześcijańskim życiu? Czy przypadkiem moje chrześcijaństwo nie stało się jedynie wydmuszką i pozbawioną autentyzmu marną podróbką prawdziwego i oddanego Bogu życia? Czy przypadkiem…
„Kiedy Adoniram Judson oświadczał się Ann, swej przyszłej żonie, powiedział: «Oddaj mi swoją rękę, jedź ze mną do azjatyckiej dżungli i umrzyj tam ze mną dla sprawy Chrystusa». Przybyli do Rangun w 1813 roku i bezzwłocznie zanurzyli się w birmańskiej kulturze i języku. Minęło jednak sześć lat, zanim Adoniram poczuł się na siłach wygłosić pierwsze kazanie, a siedem, zanim nawróciła się pierwsza osoba. Poświęcił dwadzieścia lat, aby przełożyć Biblię na język birmański. Napisał wiele traktatów, katechizm, podręcznik gramatyki oraz słownik angielsko-birmański, który wciąż pozostaje w użyciu. Jego cierpienie było wielkie. W ciągu swojego życia dwukrotnie owdowiał i pochował sześcioro dzieci. Tak jego, jak i całą rodzinę nękały częste choroby. W czasie wojny birmańsko-angielskiej był podejrzewany o szpiegostwo i spędził dwa lata w więzieniu, w łańcuchach, brudzie i skwarze. W ciągu trzydziestu siedmiu lat pracy misyjnej tylko raz powrócił do domu w Stanach Zjednoczonych. Jego «obumarcie» i «pogrzebanie» w birmańskiej ziemi przyniosły obfity plon. Kiedy razem z Ann przybyli do Birmy w 1813 roku, pierwszej niedzieli przyjmowali Wieczerzę Pańską tylko we dwoje, bo nie było innych chrześcijan, których mogliby zaprosić do stołu. Jednak trzydzieści siedem lat później, gdy umarł (w roku 1850), zostawił po sobie ponad siedem tysięcy ochrzczonych Birmańczyków i Karenów w sześćdziesięciu zborach. Liczbę chrześcijan w Birmie szacuje się obecnie na ponad trzy miliony”.
Trudno cokolwiek więcej dodać, kiedy czyta się taką historię…
Jakże inaczej zdaje się wyglądać tzw. „chrześcijaństwo”, które stawia człowieka i jego zachcianki, dla niepoznaki nazywane potrzebami, w centrum egzystencji. Co ja będę miał? Czy Pan Bóg da mi dobrą pracę, czy zapewni mi zawsze pełnię zdrowia, dostatek i wygodę? Wygląda na to, że Adoniram Judson wiedział co to znaczy „pójść za Jezusem” i znał drogę Krzyża. Krzyż to śmierć naszej starej natury. Krzyż to zerwanie wszelkich powiązań z grzechem. Krzyż to śmierć mojego „Ja”. Krzyż to wyrzeczenie i, jeśli trzeba, cierpienie. Krzyż to zerwanie z wygodnym życiem nastawionym na konsumpcję i domaganiem się ciągłych „prezentów” od Pana Boga: jeszcze to, i jeszcze tamto mnie się należy. Krzyż to strata. Krzyż to umieranie dla cielesnych pobudek i ludzkich ambicji. Krzyż to koniec gonitwy za materializmem i wygodą. Krzyż to usilne zabieganie o poznanie Bożej woli. Tu nie ma miejsca na pytanie: „Co mogę zyskać Boże, idąc za Tobą?” ale raczej właściwym pytaniem jest: „Boże, co muszę jeszcze stracić, by zyskać Ciebie i rozumieć Twoją wolę?”. Jak bardzo zostaliśmy skażeni nauką w której nasze ambicje i plany zostały wywyższone ponad Boży plan i Jego wolę. Chcemy ciągle gadać o powodzeniu i chlubić się ludzkim sukcesem. Chcemy wygody i dostatku. Konkurujemy ze sobą. Licytujemy się w służbie i postrzegamy rzeczywistość przez pryzmat naszych doczesnych planów. Liczy się moje. Zawsze i wszędzie „Ja”. Już nawet nie potrafimy wstydzić się z powodu naszych grzechów. Marnujemy czas na bzdury. Jesteśmy aroganccy i brak nam pokory. Nie chcemy słuchać o Bogu, który stawia nam wymagania. Chcemy Boga, który spełnia nasze zachcianki. Mówimy: „Nikt mi nie będzie mówił, że jestem Bogu coś winien”…
Czy przypadkiem nie przeoczyłem czegoś w moim chrześcijańskim życiu? Czy przypadkiem moje chrześcijaństwo nie stało się jedynie wydmuszką i pozbawioną autentyzmu marną podróbką prawdziwego i oddanego Bogu życia? Czy przypadkiem…
czwartek, 26 kwietnia 2018
BLISKOŚĆ
W historii o biblijnym patriarsze Jakubie, synu Izaaka i Rebeki, dzieje się naprawdę wiele. Bynajmniej nie jest to opowieść idylliczna. Dużo w niej kontrastów. Miłość przeplata się z nienawiścią, radość z goryczą, strata z zyskiem… Jednym słowem prawdziwe życie. Tym, co jednak czyni życie Jakuba niezwykłym, jest obecność Stwórcy.
Relacja patriarchy z Bogiem rozwijała się pośród życiowych zawirowań. Okolicznością pierwszego, zanotowanego w tekście Księgi Rodzaju, bliskiego spotkania Jakuba ze Stwórcą jest ucieczka z rodzinnego domu przed nienawiścią brata.
W drodze z Beer-Szeby do Charanu Jakub musiał nocować pod otwartym niebem i śnił osobliwy sen. Pan Bóg, podczas snu, skierował do niego takie słowa: „Ja jestem z tobą i będę cię strzegł wszędzie, dokądkolwiek pójdziesz…”. Może Pan Bóg się nieco zagalopował? „Wszędzie” i „dokądkolwiek pójdziesz”? Czy możemy oczekiwać od Stwórcy tak intensywnego zaangażowania w nasze życie? Czyż raczej nie jest nam bliższa narracja o „dalekim i odległym Bogu”, który niezbyt interesuje się tym wszystkim co przeżywamy i ewentualnie pojawia się jako oschły recenzent naszych dokonań? „To źle. To dobrze. Trzy z minusem. Następny sprawdzian za miesiąc. Tymczasem radź sobie sam”.
Jednak Bóg, który objawia się na kartach Biblii, jest Bogiem obecności. On powiedział o sobie Mojżeszowi: „Ja jestem”. Zbawcza obecność i bliskość Boga jest kluczowym elementem Jego objawienia się człowiekowi. Jego pragnieniem było i jest być blisko człowieka.
Kiedy Izrael wyszedł z Egiptu, aby posiąść Kanaan, Pan Bóg polecił Mojżeszowi nadzorowanie budowy świątyni. Jaki był cel tej budowy? „Zbudują Mi świątynię, abym zamieszkał wśród nich”. Cała historia biblijna zmierza ku temu, aby człowiek mógł w pełni doświadczać radości z bliskości i obecności Boga. Jan apostoł tak opisał tę rzeczywistość: „I zobaczyłem nowe niebo i nową ziemię. Pierwsze niebo bowiem i pierwsza ziemia przeminęły (…) I zobaczyłem miasto święte, Nowe Jeruzalem, które zstępuje z nieba od Boga, przygotowane jak panna młoda, przystrojona dla swojego męża. I usłyszałem donośny głos od tronu, jak mówił: Oto miejsce przebywania Boga z ludźmi, i będzie mieszkał z nimi. Oni będą Jego ludem, a On, ich Bóg, będzie Bogiem z nimi”.
A co teraz, kiedy wciąż oczekujemy na wypełnienie się tych szczególnych obietnic? Czy możemy doświadczać bliskości i realności Boga? Czy jest to możliwe dla takiego zwykłego, niepozornego, człowieka jak ja, żyjącego gdzieś w centrum Polski i stającego wobec wyzwać codzienności? Absolutnie tak. Tę szczególną bliskość ze Stwórcą zyskujemy w Chrystusie Jezusie, Synu Bożym – dzięki Jego wcieleniu, śmierci i zmartwychwstaniu. Bliska obecność Boga jest możliwa, gdyż, jak pisał apostoł Paweł, w Chrystusie „nie jesteśmy obcymi (…) lecz domownikami Boga”. Nie jesteśmy „odwiedzającymi” i „nieproszonymi gośćmi”, ale domownikami. To wielki przywilej. Tym co czyni chrześcijańskie życie niezwykłym doświadczeniem jest właśnie Jego obecność i bliskość.
Jak utytłany w „szambie grzechu” człowiek może doświadczać bliskości Boga? Apostoł Paweł daje taką odpowiedź: „Teraz zaś w Chrystusie Jezusie wy, którzy niegdyś byliście daleko, znaleźliście się blisko przez krew Chrystusa”. Jak blisko? Bardzo blisko: „Zamieszkam w nich i wśród nich będę się przechadzał, i będę ich Bogiem…”. Historia Jakuba uczy, między innymi, prawdy o Bożej bliskości i Jego stałej obecności z życiu tych, którzy są w Chrystusie: „Ja jestem z tobą i będę cię strzegł wszędzie, dokądkolwiek pójdziesz…”.
Trwajmy w Nim!
Relacja patriarchy z Bogiem rozwijała się pośród życiowych zawirowań. Okolicznością pierwszego, zanotowanego w tekście Księgi Rodzaju, bliskiego spotkania Jakuba ze Stwórcą jest ucieczka z rodzinnego domu przed nienawiścią brata.
W drodze z Beer-Szeby do Charanu Jakub musiał nocować pod otwartym niebem i śnił osobliwy sen. Pan Bóg, podczas snu, skierował do niego takie słowa: „Ja jestem z tobą i będę cię strzegł wszędzie, dokądkolwiek pójdziesz…”. Może Pan Bóg się nieco zagalopował? „Wszędzie” i „dokądkolwiek pójdziesz”? Czy możemy oczekiwać od Stwórcy tak intensywnego zaangażowania w nasze życie? Czyż raczej nie jest nam bliższa narracja o „dalekim i odległym Bogu”, który niezbyt interesuje się tym wszystkim co przeżywamy i ewentualnie pojawia się jako oschły recenzent naszych dokonań? „To źle. To dobrze. Trzy z minusem. Następny sprawdzian za miesiąc. Tymczasem radź sobie sam”.
Jednak Bóg, który objawia się na kartach Biblii, jest Bogiem obecności. On powiedział o sobie Mojżeszowi: „Ja jestem”. Zbawcza obecność i bliskość Boga jest kluczowym elementem Jego objawienia się człowiekowi. Jego pragnieniem było i jest być blisko człowieka.
Kiedy Izrael wyszedł z Egiptu, aby posiąść Kanaan, Pan Bóg polecił Mojżeszowi nadzorowanie budowy świątyni. Jaki był cel tej budowy? „Zbudują Mi świątynię, abym zamieszkał wśród nich”. Cała historia biblijna zmierza ku temu, aby człowiek mógł w pełni doświadczać radości z bliskości i obecności Boga. Jan apostoł tak opisał tę rzeczywistość: „I zobaczyłem nowe niebo i nową ziemię. Pierwsze niebo bowiem i pierwsza ziemia przeminęły (…) I zobaczyłem miasto święte, Nowe Jeruzalem, które zstępuje z nieba od Boga, przygotowane jak panna młoda, przystrojona dla swojego męża. I usłyszałem donośny głos od tronu, jak mówił: Oto miejsce przebywania Boga z ludźmi, i będzie mieszkał z nimi. Oni będą Jego ludem, a On, ich Bóg, będzie Bogiem z nimi”.
A co teraz, kiedy wciąż oczekujemy na wypełnienie się tych szczególnych obietnic? Czy możemy doświadczać bliskości i realności Boga? Czy jest to możliwe dla takiego zwykłego, niepozornego, człowieka jak ja, żyjącego gdzieś w centrum Polski i stającego wobec wyzwać codzienności? Absolutnie tak. Tę szczególną bliskość ze Stwórcą zyskujemy w Chrystusie Jezusie, Synu Bożym – dzięki Jego wcieleniu, śmierci i zmartwychwstaniu. Bliska obecność Boga jest możliwa, gdyż, jak pisał apostoł Paweł, w Chrystusie „nie jesteśmy obcymi (…) lecz domownikami Boga”. Nie jesteśmy „odwiedzającymi” i „nieproszonymi gośćmi”, ale domownikami. To wielki przywilej. Tym co czyni chrześcijańskie życie niezwykłym doświadczeniem jest właśnie Jego obecność i bliskość.
Jak utytłany w „szambie grzechu” człowiek może doświadczać bliskości Boga? Apostoł Paweł daje taką odpowiedź: „Teraz zaś w Chrystusie Jezusie wy, którzy niegdyś byliście daleko, znaleźliście się blisko przez krew Chrystusa”. Jak blisko? Bardzo blisko: „Zamieszkam w nich i wśród nich będę się przechadzał, i będę ich Bogiem…”. Historia Jakuba uczy, między innymi, prawdy o Bożej bliskości i Jego stałej obecności z życiu tych, którzy są w Chrystusie: „Ja jestem z tobą i będę cię strzegł wszędzie, dokądkolwiek pójdziesz…”.
Trwajmy w Nim!
środa, 18 kwietnia 2018
IZAAK. DWADZIEŚCIA.
Na kartach Biblii Pan Bóg przedstawia się często jako „Bóg Abrahama, Izaaka i Jakuba”. Tekst Księgi Rodzaju – historia patriarchów – poświęcony jest głównie postaciom Abrahama oraz jego wnuka – Jakuba. O życiu Izaaka dowiadujemy się jakby nieco mniej. Jednak pozostaje on kimś ważnym w historii zbawienia. To właśnie Izaak jest tym, zapowiedzianym przez Boga Abrahamowi, synem obietnicy. W 25 rozdziale Księgi Rodzaju znajdujemy taką informację o Izaaku: „Gdy miał czterdzieści lat, ożenił się z Rebeką (…) Izaak modlił się do Pana za swoją żonę, gdyż była bezpłodna. Pan go wysłuchał i Rebeka, jego żona, poczęła”.
Kiedy otrzymujemy odpowiedź na modlitwę odczuwamy radość i zyskujemy poczucie bliskości Boga. Serce wykrzykuje: „Bóg działa!”, „On okazał swoją przychylność i spełnił to, o co Go prosiłem!”. Izaak mógł się cieszyć. Nie wątpię, że fakt narodzin swoich synów przyjął sercem wypełnionym wdzięcznością do Boga. Autor biblijny dodaje jednak taką informację: „Izaak miał sześćdziesiąt lat, gdy oni (synowie: Ezaw i Jakub) mu się urodzili”. Nie trzeba uruchamiać kalkulatora, aby wyliczyć, że upłynęło 20 lat od czasu, kiedy Izaak przekonał się o bezpłodności swojej żony i, jak przypuszczam, zaczął wołać do Boga o pomoc.
20 lat... To sporo czasu. Wyobrażam sobie Izaaka, który staje przed Bogiem w modlitwie i mówi: „Panie, Boże mojego ojca Abrahama, proszę Cię o pomoc. Moja żona, którą wybrałeś dla mnie spośród setek kobiet na ziemi, jest bezpłodna. Uczyń cud. Spraw, by jej łono stało się miejscem życia”. Dzień po dniu, przez tydzień, miesiąc, rok i kolejne lata, Izaak trwał przed Bogiem w modlitwie. Co czuł, kiedy upływający czas nie przynosił żadnej zmiany w życiu jego i Rebeki? Przecież Bóg, o którym opowiadali mu rodzice – Abraham i Sara – był Bogiem cudów. „Boże, jak długo przyjdzie mi czekać na Twoją odpowiedź?”, „Czy pocieszysz moje serce Twoim błogosławieństwem?”, „Tak bardzo pragnę, abyś zaingerował w nasze małżeństwo…”. Czas mijał i wydawało się, że Niebo pozostaje głuche na prośbę Izaaka. Jednak odpowiedź przyszła. Po 20 latach.
Kiedy myślę o tej historii zastanawiam się czy jestem gotów czekać, aby otrzymać cud od Niego, nieco dłużej niż dzień, tydzień i miesiąc. A co kiedy czas oczekiwania przedłuży się o rok, dekadę czy dwadzieścia lat? Co zagości w moim sercu w tym czasie „milczenia Nieba”? Rozgoryczenie? Frustracja? A może jednak nie zgorszę się tym brakiem natychmiastowej odpowiedzi od Boga. Może, choć czasami przez łzy, będę wołał do Niego: „Panie, ja nie rezygnuję! Wciąż ufam Tobie i czekam!”.
Jakub, wedle danej mu mądrości, napisał: „Bardzo skuteczna jest wytrwała modlitwa sprawiedliwego…”. Jako przykład tej wytrwałości podaje Eliasza, który „modlił się, i z nieba spadł deszcz, a ziemia wydała swój plon”. Tak o tej Eliaszowej wytrwałości pisała Amy Carmichael, misjonarka w Indiach, żyjąca na przełomie XIX i XX wieku:
na długo zanim deszcz spadnie;
jeśli - wszedłszy na sam szczyt ducha,
tak blisko Boga, jak to tylko możliwe -
nie mam dość wiary, aby oczekiwać tam
z twarzą między kolanami,
choćby sześciokrotnie czy sześćdziesięciokrotnie
mówiono mi, że „nie ma nic”,
aż w końcu, że „oto maleńka chmurka wznosi się znad morza”,
jeśli tego nie potrafię,
to nie poznałem nic z miłości Golgoty.
Tej wytrwałości, w oczekiwaniu na Bożą odpowiedź na modlitwę, chcę i potrzebuję się uczyć. Izaak czekał i trwał w modlitwie 20 lat. Odpowiedź nadeszła. Błogosławieństwa z wysłuchanych modlitw życzę wszystkim czytającym ten tekst.
Kiedy otrzymujemy odpowiedź na modlitwę odczuwamy radość i zyskujemy poczucie bliskości Boga. Serce wykrzykuje: „Bóg działa!”, „On okazał swoją przychylność i spełnił to, o co Go prosiłem!”. Izaak mógł się cieszyć. Nie wątpię, że fakt narodzin swoich synów przyjął sercem wypełnionym wdzięcznością do Boga. Autor biblijny dodaje jednak taką informację: „Izaak miał sześćdziesiąt lat, gdy oni (synowie: Ezaw i Jakub) mu się urodzili”. Nie trzeba uruchamiać kalkulatora, aby wyliczyć, że upłynęło 20 lat od czasu, kiedy Izaak przekonał się o bezpłodności swojej żony i, jak przypuszczam, zaczął wołać do Boga o pomoc.
20 lat... To sporo czasu. Wyobrażam sobie Izaaka, który staje przed Bogiem w modlitwie i mówi: „Panie, Boże mojego ojca Abrahama, proszę Cię o pomoc. Moja żona, którą wybrałeś dla mnie spośród setek kobiet na ziemi, jest bezpłodna. Uczyń cud. Spraw, by jej łono stało się miejscem życia”. Dzień po dniu, przez tydzień, miesiąc, rok i kolejne lata, Izaak trwał przed Bogiem w modlitwie. Co czuł, kiedy upływający czas nie przynosił żadnej zmiany w życiu jego i Rebeki? Przecież Bóg, o którym opowiadali mu rodzice – Abraham i Sara – był Bogiem cudów. „Boże, jak długo przyjdzie mi czekać na Twoją odpowiedź?”, „Czy pocieszysz moje serce Twoim błogosławieństwem?”, „Tak bardzo pragnę, abyś zaingerował w nasze małżeństwo…”. Czas mijał i wydawało się, że Niebo pozostaje głuche na prośbę Izaaka. Jednak odpowiedź przyszła. Po 20 latach.
Kiedy myślę o tej historii zastanawiam się czy jestem gotów czekać, aby otrzymać cud od Niego, nieco dłużej niż dzień, tydzień i miesiąc. A co kiedy czas oczekiwania przedłuży się o rok, dekadę czy dwadzieścia lat? Co zagości w moim sercu w tym czasie „milczenia Nieba”? Rozgoryczenie? Frustracja? A może jednak nie zgorszę się tym brakiem natychmiastowej odpowiedzi od Boga. Może, choć czasami przez łzy, będę wołał do Niego: „Panie, ja nie rezygnuję! Wciąż ufam Tobie i czekam!”.
Jakub, wedle danej mu mądrości, napisał: „Bardzo skuteczna jest wytrwała modlitwa sprawiedliwego…”. Jako przykład tej wytrwałości podaje Eliasza, który „modlił się, i z nieba spadł deszcz, a ziemia wydała swój plon”. Tak o tej Eliaszowej wytrwałości pisała Amy Carmichael, misjonarka w Indiach, żyjąca na przełomie XIX i XX wieku:
Jeśli
nie potrafię usłyszeć „szumu ulewnego deszczu”na długo zanim deszcz spadnie;
jeśli - wszedłszy na sam szczyt ducha,
tak blisko Boga, jak to tylko możliwe -
nie mam dość wiary, aby oczekiwać tam
z twarzą między kolanami,
choćby sześciokrotnie czy sześćdziesięciokrotnie
mówiono mi, że „nie ma nic”,
aż w końcu, że „oto maleńka chmurka wznosi się znad morza”,
jeśli tego nie potrafię,
to nie poznałem nic z miłości Golgoty.
Tej wytrwałości, w oczekiwaniu na Bożą odpowiedź na modlitwę, chcę i potrzebuję się uczyć. Izaak czekał i trwał w modlitwie 20 lat. Odpowiedź nadeszła. Błogosławieństwa z wysłuchanych modlitw życzę wszystkim czytającym ten tekst.
czwartek, 29 marca 2018
"GŁUPIA" MOWA, CZYLI WIELKANOCNE ORĘDZIE
Gdzie jest mędrzec?
Gdzie nauczyciel Prawa?
Gdzie badacz tego wieku?
Powyższe pytania stawia Paweł z Tarsu w jednym z listów, a pojawiają się one przy okazji przywołania istoty apostolskiego orędzia, którym jest krzyż Chrystusa. Paweł, niegdyś fanatyczny i ogarnięty nienawiścią prześladowca Kościoła, tak określił cel swojego życia i służby: „Chrystus posłał mnie, abym głosił Ewangelię, i to nie w mądrości słowa, aby nie został pozbawiony znaczenia krzyż Chrystusa”.
Paweł, jak mało kto, dysponował ogromną wiedzą z zakresu żydowskiego Prawa i greckiej filozofii. W swoich listach i mowach, zapisanych ręką Łukasza w Dziejach Apostolskich, cytował greckich poetów, z których dziełami był najwyraźniej dobrze obeznany. Zaliczał się do intelektualnej elity ówczesnego świata. Dziś, za sprawą swojej rozległej wiedzy, byłby witany z otwartymi ramionami jako wykładowca na najlepszych uniwersytetach. Jako błyskotliwy umysł, niebojący się podejmować dysput na gruncie filozofii, byłby zapewne częstym gościem programów telewizyjnych.
Jakże niepasującym do osoby Pawła – intelektualisty I wieku – wydaje się być takie oto stwierdzenie, będące wspomnieniem jego pobytu w Koryncie: „Przyszedłem głosić wam tajemnicę Boga nie za pomocą górnolotnych słów lub mądrości. Postanowiłem bowiem będąc pośród was, nie znać niczego innego, jak tylko Jezusa Chrystusa, i to ukrzyżowanego. I stanąłem przed wami w słabości, i w bojaźni, i z wielkim drżeniem. A moje słowo i głoszenie nie opierały się na przekonywujących słowach mądrości…”.
Pawle, czy naprawdę nie masz nic ciekawego do powiedzenia? Nic, co poruszyłoby nasz umysł i zaspokoiło ciekawość? Żadnych cytatów z dzieł Eurypidesa, Aretusa czy Epimenidesa? A co z analizą poglądów Pyrrona czy Zenona z Kition? Może powiedziałbyś coś o epikurejskim podejściu do śmierci?
Paweł miał jednak orędzie, które dla wielu słuchaczy pozostawało głupim gadaniem albo gorszącą mową: „My głosimy Chrystusa ukrzyżowanego, który jest zgorszeniem dla Żydów, głupstwem dla pogan…”. W centrum jego zwiastowania pozostawał krzyż. Chrześcijańska prawda to nie górnolotne i wysublimowane słowa, ale krwawy „spektakl” z rzymskim i brutalnym narzędziem egzekucji w roli głównej. Ukrzyżowany Zbawiciel nie jest jednak obrazem słabości i niemocy Boga wobec diabelskiej nienawiści, destrukcyjnej mocy grzechu czy ludzkiej niegodziwości. Cierpiący Syn Boży, spoglądający z drzewa kaźni na oprawców, nienawistny tłum i wszystkich tych, którzy towarzyszyli Mu w ostatnich godzinach Jego życia, wypowiedział znamienne słowa: „Wykonało się!”. Te słowa są dowodem na ostateczną rozprawę ze światem zniewolonym grzechem i pozostającym pod przekleństwem śmierci.
Krzyż to pełne mocy wołanie o tym, że oto Bóg triumfuje! Wykonało się! Więzy grzechu zostały zerwane! To właśnie te więzy, nałożone na nas przez grzech, zostały przecięte, aby każdy człowiek mógł cieszyć się bliskością i przyjaźnią z Bogiem – Stwórcą. Aby tak jednak się stało muszę sobie dziś, żyjąc w XXI wieku, odpowiedzieć na pytania: Co umierający, krwawiący i wyszydzony żydowski Mesjasz ma ze mną wspólnego? Czy grzech i Szatan to jedynie narracja z bajek i legend rodem ze średniowiecza? Czy też raczej rzeczywistość, która odciska piętno na ludzkiej – mojej – egzystencji?
Ja dziękuję Bogu za krzyż, który rozwiązał problem grzechu, również mojego. Krzyż był (i wciąż jest) zwycięstwem przebaczenia nad potępieniem, uzdrowienia nad chorobą, błogosławieństwa nad przekleństwem i życia nad śmiercią. Takie jest właśnie orędzie świąt Wielkanocy: „Poselstwo krzyża jest bowiem głupstwem dla tych, którzy dążą ku zagładzie, natomiast dla nas, którzy dostępujemy zbawienia jest mocą Bożą”. Dla mnie to „moc Boża”, prawdziwa mądrość i źródło radości, a dla Ciebie?
Gdzie nauczyciel Prawa?
Gdzie badacz tego wieku?
Powyższe pytania stawia Paweł z Tarsu w jednym z listów, a pojawiają się one przy okazji przywołania istoty apostolskiego orędzia, którym jest krzyż Chrystusa. Paweł, niegdyś fanatyczny i ogarnięty nienawiścią prześladowca Kościoła, tak określił cel swojego życia i służby: „Chrystus posłał mnie, abym głosił Ewangelię, i to nie w mądrości słowa, aby nie został pozbawiony znaczenia krzyż Chrystusa”.
Paweł, jak mało kto, dysponował ogromną wiedzą z zakresu żydowskiego Prawa i greckiej filozofii. W swoich listach i mowach, zapisanych ręką Łukasza w Dziejach Apostolskich, cytował greckich poetów, z których dziełami był najwyraźniej dobrze obeznany. Zaliczał się do intelektualnej elity ówczesnego świata. Dziś, za sprawą swojej rozległej wiedzy, byłby witany z otwartymi ramionami jako wykładowca na najlepszych uniwersytetach. Jako błyskotliwy umysł, niebojący się podejmować dysput na gruncie filozofii, byłby zapewne częstym gościem programów telewizyjnych.
Jakże niepasującym do osoby Pawła – intelektualisty I wieku – wydaje się być takie oto stwierdzenie, będące wspomnieniem jego pobytu w Koryncie: „Przyszedłem głosić wam tajemnicę Boga nie za pomocą górnolotnych słów lub mądrości. Postanowiłem bowiem będąc pośród was, nie znać niczego innego, jak tylko Jezusa Chrystusa, i to ukrzyżowanego. I stanąłem przed wami w słabości, i w bojaźni, i z wielkim drżeniem. A moje słowo i głoszenie nie opierały się na przekonywujących słowach mądrości…”.
Pawle, czy naprawdę nie masz nic ciekawego do powiedzenia? Nic, co poruszyłoby nasz umysł i zaspokoiło ciekawość? Żadnych cytatów z dzieł Eurypidesa, Aretusa czy Epimenidesa? A co z analizą poglądów Pyrrona czy Zenona z Kition? Może powiedziałbyś coś o epikurejskim podejściu do śmierci?
Paweł miał jednak orędzie, które dla wielu słuchaczy pozostawało głupim gadaniem albo gorszącą mową: „My głosimy Chrystusa ukrzyżowanego, który jest zgorszeniem dla Żydów, głupstwem dla pogan…”. W centrum jego zwiastowania pozostawał krzyż. Chrześcijańska prawda to nie górnolotne i wysublimowane słowa, ale krwawy „spektakl” z rzymskim i brutalnym narzędziem egzekucji w roli głównej. Ukrzyżowany Zbawiciel nie jest jednak obrazem słabości i niemocy Boga wobec diabelskiej nienawiści, destrukcyjnej mocy grzechu czy ludzkiej niegodziwości. Cierpiący Syn Boży, spoglądający z drzewa kaźni na oprawców, nienawistny tłum i wszystkich tych, którzy towarzyszyli Mu w ostatnich godzinach Jego życia, wypowiedział znamienne słowa: „Wykonało się!”. Te słowa są dowodem na ostateczną rozprawę ze światem zniewolonym grzechem i pozostającym pod przekleństwem śmierci.
Krzyż to pełne mocy wołanie o tym, że oto Bóg triumfuje! Wykonało się! Więzy grzechu zostały zerwane! To właśnie te więzy, nałożone na nas przez grzech, zostały przecięte, aby każdy człowiek mógł cieszyć się bliskością i przyjaźnią z Bogiem – Stwórcą. Aby tak jednak się stało muszę sobie dziś, żyjąc w XXI wieku, odpowiedzieć na pytania: Co umierający, krwawiący i wyszydzony żydowski Mesjasz ma ze mną wspólnego? Czy grzech i Szatan to jedynie narracja z bajek i legend rodem ze średniowiecza? Czy też raczej rzeczywistość, która odciska piętno na ludzkiej – mojej – egzystencji?
Ja dziękuję Bogu za krzyż, który rozwiązał problem grzechu, również mojego. Krzyż był (i wciąż jest) zwycięstwem przebaczenia nad potępieniem, uzdrowienia nad chorobą, błogosławieństwa nad przekleństwem i życia nad śmiercią. Takie jest właśnie orędzie świąt Wielkanocy: „Poselstwo krzyża jest bowiem głupstwem dla tych, którzy dążą ku zagładzie, natomiast dla nas, którzy dostępujemy zbawienia jest mocą Bożą”. Dla mnie to „moc Boża”, prawdziwa mądrość i źródło radości, a dla Ciebie?
sobota, 24 marca 2018
PRZYJAŹŃ - RADOŚĆ CZY CIERPIENIE?
Ubieranie rzeczywistości w „jeden garnitur” nie oddaje całej prawdy o życiu. Właśnie tak ma się sprawa z przyjaźnią i przyjaciółmi.
Bywa tak: „Czy nie rodzi się ból podobny do śmierci, gdy towarzysz i przyjaciel zmienia się we wroga? (…) Bywa towarzysz, który cieszy się z radości przyjaciela, lecz w czasie rozpaczy jest przeciwko niemu” (Syr 37,2.4). Ale także tak: „Przyjaciel kocha w każdym czasie, staje się bratem w nieszczęściu (…) bywa też przyjaciel, który jest bardziej oddany niż brat” (Prz 17,17; 18,24).
Musimy się zmierzyć z rzeczywistością, w której przyjaźń okazuje się być najbardziej radosnym elementem życia, ale także może stać się miejscem największego bólu i rozczarowanie. Takie jest życie, przynajmniej w jego doczesnej postaci. Relacje z ludźmi zawsze są trudnym aspektem naszej codzienności. Niezależnie od tego jakie jest nasze dotychczasowe doświadczenie przyjaźni, warto (nawet wbrew nadziej) mieć nadzieję, że istnieje ten rodzaj więzi i bliskości, który czyni nasze życie łatwiejszym, gdy spadają na nas różne nieszczęścia: depresja, choroba, ubóstwo…
Błogosławieństwo przyjaźni, w której „przyjaciel jest bardziej oddany niż brat” to piękna strona życia. Ale bywa też inaczej… Ach, życie!
Bywa tak: „Czy nie rodzi się ból podobny do śmierci, gdy towarzysz i przyjaciel zmienia się we wroga? (…) Bywa towarzysz, który cieszy się z radości przyjaciela, lecz w czasie rozpaczy jest przeciwko niemu” (Syr 37,2.4). Ale także tak: „Przyjaciel kocha w każdym czasie, staje się bratem w nieszczęściu (…) bywa też przyjaciel, który jest bardziej oddany niż brat” (Prz 17,17; 18,24).
Musimy się zmierzyć z rzeczywistością, w której przyjaźń okazuje się być najbardziej radosnym elementem życia, ale także może stać się miejscem największego bólu i rozczarowanie. Takie jest życie, przynajmniej w jego doczesnej postaci. Relacje z ludźmi zawsze są trudnym aspektem naszej codzienności. Niezależnie od tego jakie jest nasze dotychczasowe doświadczenie przyjaźni, warto (nawet wbrew nadziej) mieć nadzieję, że istnieje ten rodzaj więzi i bliskości, który czyni nasze życie łatwiejszym, gdy spadają na nas różne nieszczęścia: depresja, choroba, ubóstwo…
Błogosławieństwo przyjaźni, w której „przyjaciel jest bardziej oddany niż brat” to piękna strona życia. Ale bywa też inaczej… Ach, życie!
środa, 21 marca 2018
ZAŻYŁOŚĆ Z BOGIEM
Można pisać biografie wielu ludzi i wykazać się znajomością szczegółów z ich życia. Można wyliczać wiele faktów i detali o tym jacy byli i czym się zajmowali, ale przecież nie świadczy to o bliskości z tymi, o których posiedliśmy tak szczegółową wiedzę.
Podobnie można wiedzieć dużo o Bogu. Jednak wiedza to nie zażyłość. A właśnie owa „zażyłość” definiowała istotę więzi jaką Abraham posiadał ze Stwórcą. W Księdze Rodzaju znajdziemy takie oto słowa Abrahama, które przytoczył jego sługa w rozmowie z Labanem – bratem Rebeki: „JHWH, z którym żyję w zażyłości…”.
Zażyłość z Bogiem? Halo! Abrahamie! Zejdź na ziemię i nie fantazjuj! Bóg jest odległym i niepojętym bytem, który pozostaje daleki dla śmiertelników. Nie mów tylko, że Bóg jest ci bliski niczym przyjaciel i najbliższa osoba! Otrząśnij się chłopie! Słyszysz jakieś głosy? Może potrzebujesz specjalistycznej opieki medycznej? Owszem, jest jakiś tam Bóg, ale przecież On pozostaje poza możliwością nawiązania z Nim relacji. Możemy sobie opowiadać o Nim różne historie i definiować Jego osobę różnymi przymiotnikami, ale zażyłość to nie jest właściwe słowo, którego powinniśmy używać.
A jednak Abraham żył w zażyłości z Bogiem, albo inaczej „chodził z Bogiem”. Ot, po prostu. Zwyczajnie. „To dokąd tym razem wybieramy się Panie Boże? Rozkoszą są dla mnie Twoje słowa i radością napełnia mnie myśl, że kolejny dzień przyjdzie mi spędzić w Twojej obecności”.
Bliskość z Bogiem to nie jest fantazja i bajkopisarstwo. Przynajmniej nie była taką dla tych, o których czytamy na kartach Biblii. Lista „chodzących z Bogiem” jest długa: Henoch, Abraham, Jakub, Mojżesz, Jozue, Samuel, Dawid, Jeremiasz, Paweł z Tarsu… Ich życie było niezwykłe za sprawą relacji i zażyłości z Bogiem.
A co z nami? Czy ten rodzaj bliskości jest dostępny w naszych czasach?
Tę szczególną bliskość ze Stwórcą zyskujemy w Chrystusie Jezusie, Synu Bożym – dzięki Jego wcieleniu, śmierci i zmartwychwstaniu. Naturalnym stanem każdego człowieka jest wrogość i oddalenie od Boga. Pisząc swój list do Efezjan, Paweł stwierdził: „Brakowało wam nadziei i bez Boga żyliście na świecie”. To smutna rzeczywistość, u której podstaw leży grzech, ludzki egoizm i bunt przeciwko Bogu. Jednak zaraz po tych słowach o „życiu bez Boga” pojawia się pełne nadziei stwierdzenie: „Lecz teraz wy, którzy byliście niegdyś daleko, w Chrystusie Jezusie staliście się bliscy dzięki Jego krwi”. Z Bożej perspektywy wszelki „mur nieprzyjaźni” został zburzony. Bliskość i zażyłość z Bogiem jest jak najbardziej realnym doświadczeniem. Co jest tego dowodem? Obecność Ducha Świętego, który jest duchem synostwa. Apostolskie wezwanie jest klarowne: „Nawróćcie się i każdy z was niech przyjmie chrzest w imię Jezusa Chrystusa na odpuszczenie grzechów. Wtedy otrzymacie dar Ducha Świętego”. Obecność Ducha Świętego sprawia, że zażyłość z Bogiem może i powinna definiować naszą relację z Nim.
Panie, nie chcę być jedynie „wiedzącym” o Tobie, ale chcę, podobnie jak Abraham, „chodzić z Tobą” i „żyć w zażyłości”. Twoja bliskość jest tym czego pragnę. Doświadczenie Twojej obecności to najcenniejszy skarb i największa radość.
Podobnie można wiedzieć dużo o Bogu. Jednak wiedza to nie zażyłość. A właśnie owa „zażyłość” definiowała istotę więzi jaką Abraham posiadał ze Stwórcą. W Księdze Rodzaju znajdziemy takie oto słowa Abrahama, które przytoczył jego sługa w rozmowie z Labanem – bratem Rebeki: „JHWH, z którym żyję w zażyłości…”.
Zażyłość z Bogiem? Halo! Abrahamie! Zejdź na ziemię i nie fantazjuj! Bóg jest odległym i niepojętym bytem, który pozostaje daleki dla śmiertelników. Nie mów tylko, że Bóg jest ci bliski niczym przyjaciel i najbliższa osoba! Otrząśnij się chłopie! Słyszysz jakieś głosy? Może potrzebujesz specjalistycznej opieki medycznej? Owszem, jest jakiś tam Bóg, ale przecież On pozostaje poza możliwością nawiązania z Nim relacji. Możemy sobie opowiadać o Nim różne historie i definiować Jego osobę różnymi przymiotnikami, ale zażyłość to nie jest właściwe słowo, którego powinniśmy używać.
A jednak Abraham żył w zażyłości z Bogiem, albo inaczej „chodził z Bogiem”. Ot, po prostu. Zwyczajnie. „To dokąd tym razem wybieramy się Panie Boże? Rozkoszą są dla mnie Twoje słowa i radością napełnia mnie myśl, że kolejny dzień przyjdzie mi spędzić w Twojej obecności”.
Bliskość z Bogiem to nie jest fantazja i bajkopisarstwo. Przynajmniej nie była taką dla tych, o których czytamy na kartach Biblii. Lista „chodzących z Bogiem” jest długa: Henoch, Abraham, Jakub, Mojżesz, Jozue, Samuel, Dawid, Jeremiasz, Paweł z Tarsu… Ich życie było niezwykłe za sprawą relacji i zażyłości z Bogiem.
A co z nami? Czy ten rodzaj bliskości jest dostępny w naszych czasach?
Tę szczególną bliskość ze Stwórcą zyskujemy w Chrystusie Jezusie, Synu Bożym – dzięki Jego wcieleniu, śmierci i zmartwychwstaniu. Naturalnym stanem każdego człowieka jest wrogość i oddalenie od Boga. Pisząc swój list do Efezjan, Paweł stwierdził: „Brakowało wam nadziei i bez Boga żyliście na świecie”. To smutna rzeczywistość, u której podstaw leży grzech, ludzki egoizm i bunt przeciwko Bogu. Jednak zaraz po tych słowach o „życiu bez Boga” pojawia się pełne nadziei stwierdzenie: „Lecz teraz wy, którzy byliście niegdyś daleko, w Chrystusie Jezusie staliście się bliscy dzięki Jego krwi”. Z Bożej perspektywy wszelki „mur nieprzyjaźni” został zburzony. Bliskość i zażyłość z Bogiem jest jak najbardziej realnym doświadczeniem. Co jest tego dowodem? Obecność Ducha Świętego, który jest duchem synostwa. Apostolskie wezwanie jest klarowne: „Nawróćcie się i każdy z was niech przyjmie chrzest w imię Jezusa Chrystusa na odpuszczenie grzechów. Wtedy otrzymacie dar Ducha Świętego”. Obecność Ducha Świętego sprawia, że zażyłość z Bogiem może i powinna definiować naszą relację z Nim.
Panie, nie chcę być jedynie „wiedzącym” o Tobie, ale chcę, podobnie jak Abraham, „chodzić z Tobą” i „żyć w zażyłości”. Twoja bliskość jest tym czego pragnę. Doświadczenie Twojej obecności to najcenniejszy skarb i największa radość.
Subskrybuj:
Posty (Atom)











