W drugim rozdziale Listu do Efezjan (Ef 2,11-22) pojawia się wątek Żydów i pogan. W tekście biblijnym pojawiają się określenia: Żydzi i poganie, obrzezani i nieobrzezani, „Ci z bliska” i „Ci z daleka”. Podział ludności świata był bardzo klarowny. Przez wieki wydawać by się mogło, że ten mur podziału jest nie do pokonania. Na korzyść jednych przemawiały obietnice, przymierza i mesjańska nadzieja przekazywana od pokoleń. Obok byli poganie – „odcięci od społeczności Izraela” – bez nadziei i bez Boga.
Przepaść. Podział. Wrogość.
Jednak mur podziału został zburzony. Jak? Kiedy? Odpowiedź znajdujemy w wydarzeniach, które rozegrały się na Golgocie – to właśnie tam dokonało się dzieło pojednania. Ci, którzy wpatrują się w Ukrzyżowanego widzą w Nim nie tylko źródło osobistego pokoju z Bogiem, ale znajdują też „pokój i bliskość” między Żydami i poganami – pomiędzy tymi, którzy przez wieki stali po obydwu stronach barykady. Prawo, które nadawało tożsamość Żydom było jednocześnie skutecznym strażnikiem oddzielającym „lud przymierza” od pogan, dlatego „On [Chrystus] zniósł Prawo przykazań, aby z dwóch stworzyć w sobie samym jednego nowego człowieka”. Żydzi i poganie mogą budować więź z Bogiem nie w oparciu o Prawo lecz na gruncie dzieła Jezusa Chrystusa – jego śmierci i zmartwychwstania.
Jedna budowla. Ten sam fundament. Razem.
„On [Chrystus] obu [Żydów i pogan] pojednał z Bogiem (…)”, przez Niego [Chrystusa] Żydzi i poganie mają „dostęp do Ojca – jedni i drudzy – w jednym Duchu”.
Tak więc jeśli ktoś jest w Chrystusie, nowym jest stworzeniem, to co stare przeminęło, oto wszystko stało się nowe. A wszystko to jest z Boga, który nas pojednał z sobą przez Jezusa Chrystusa i dał nam służbę pojednania. Bóg bowiem w Chrystusie, jednając świat z samym sobą, nie poczytując ludziom ich grzechów, i nam powierzył to słowo pojednania. Tak więc w miejsce Chrystusa sprawujemy poselstwo (...) W miejsce Chrystusa prosimy: Pojednajcie się z Bogiem.
czwartek, 7 listopada 2019
wtorek, 5 listopada 2019
ŻYCIE VS. ŚMIERĆ
Tekst biblijny przybliża czytelnikowi Bożą perspektywę na rzeczywistość naszej egzystencji. Czasami (często?) to Boże spojrzenie jest znacząco inne niż nasze – ludzkie. Wśród nowotestamentowych pism można znaleźć słowa Pawła z Tarsu, które są dość zaskakujące. Pisząc do gminy chrześcijańskiej w Efezie apostoł stwierdził: „Byliście umarli…”. Umarli? Jak to? Paweł pisał do ludzi, którzy od dłuższego czasu byli mieszkańcami dużej i znaczącej metropolii Imperium Rzymskiego. Mieli rodziny, biznesy i uczestniczyli w różnych formach religijnego życia. Jedli, pili, prowadzili rozmowy, śmiali się i płakali. Jakże więc byli umarłymi? A może Boża perspektywa na śmierć jest nieco inna niż nasza?
Choć jesteśmy zapoznani z rzeczywistością śmierci, to jednak ten jej aspekt, poruszony przez Pawła z Tarsu, często umyka naszej uwadze. Rozwijając swoją myśl Paweł napisał: „Byliście umarli wskutek waszych występków i grzechów, w których niegdyś żyliście…”. Istnieje rodzaj umierania i śmierci, który towarzyszy człowiekowi, a jednak pozostaje bagatelizowany. Choć, co do zasady, śmierć traktujemy jako niechcianą i bolesną stronę egzystencji, to jednak lekceważymy rzeczywistość „bycia umarłym wskutek naszych grzechów” – umarłym w relacji dla Boga. Ta śmierć skutkuje brakiem więzi i bliskości z Bogiem oraz sprowadza na nas deficyt w zakresie doświadczania Jego błogosławieństw. W tym stanie śmierci znajdujemy się też pod panowaniem Diabła – „władcy sił, które unoszą się w powietrzu, ducha, który działa w synach buntu”. Działanie tego „władcy” jest destrukcyjne. On, wedle słów Jezusa, przychodzi aby „kraść, zabijać i niszczyć”. Stan „duchowej śmierci” już sam w sobie jest dramatem, ale prowadzi do jeszcze większego nieszczęścia – wiecznego oddzielenia od Boga. Obrazem tego oddzielenia jest apokaliptyczne „jezioro ognia”.
Może dla niektórych brzmi to jak jakaś bzdura i rzecz zdecydowanie niewarta uwagi. Bóg? Piekło? Śmierć duchowa? Wieczne potępienie? Czy należy się tym przejmować? Jedni wzruszą ramionami i będą dalej żyć będąc „umarłymi z powodu grzechów”. Jednak znajdą się i tacy, u których biblijna narracja wzbudzi refleksję. „Co zrobić z bagażem grzechów, które oddzielają mnie od Boga i pchają w ramiona śmierci?”. „Jak doświadczyć życia, w którym jest miejsce na przeżywanie bliskości z Bogiem i udział w Jego błogosławieństwach?”. Wspomniany Paweł z Tarsu nie pozostawia czytelników bez odpowiedzi na te pytania. Po dramatycznie brzmiących słowach o „byciu martwym w upadkach i grzechach” pojawiania się pełne nadziei stwierdzenie: „Jednak Bóg, będąc bogaty w miłosierdzie, przez wielką swoją miłość, którą nas ukochał, i to nas, którzy byliśmy umarli przez upadki, ożywił wraz z Chrystusem – łaską zbawieni jesteśmy – i wraz z Nim wzbudził, i wraz z Nim posadził w [okręgach] naniebnych, w Chrystusie Jezusie…”.
Śmierć nie jest ostateczną i niemożliwą do pokonania rzeczywistością! W Chrystusie Bóg ogłosił triumf życia. Nadzieja pojawia się w miejsce beznadziei. Wolność w miejsce niewoli. Życie w miejsce śmierci. Przebaczenie w miejsce potępienia.
Właśnie dlatego próbuję, często zmagając się i doświadczając trudów codzienności, trzymać się Tego, który „jest bogaty w miłosierdzie” i chcę pokładać ufność w Ewangelii – Dobrej Nowinie o ratunku w Chrystusie. Śmierć jest „w upadkach i grzechach”. Życie jest w Chrystusie.
Choć jesteśmy zapoznani z rzeczywistością śmierci, to jednak ten jej aspekt, poruszony przez Pawła z Tarsu, często umyka naszej uwadze. Rozwijając swoją myśl Paweł napisał: „Byliście umarli wskutek waszych występków i grzechów, w których niegdyś żyliście…”. Istnieje rodzaj umierania i śmierci, który towarzyszy człowiekowi, a jednak pozostaje bagatelizowany. Choć, co do zasady, śmierć traktujemy jako niechcianą i bolesną stronę egzystencji, to jednak lekceważymy rzeczywistość „bycia umarłym wskutek naszych grzechów” – umarłym w relacji dla Boga. Ta śmierć skutkuje brakiem więzi i bliskości z Bogiem oraz sprowadza na nas deficyt w zakresie doświadczania Jego błogosławieństw. W tym stanie śmierci znajdujemy się też pod panowaniem Diabła – „władcy sił, które unoszą się w powietrzu, ducha, który działa w synach buntu”. Działanie tego „władcy” jest destrukcyjne. On, wedle słów Jezusa, przychodzi aby „kraść, zabijać i niszczyć”. Stan „duchowej śmierci” już sam w sobie jest dramatem, ale prowadzi do jeszcze większego nieszczęścia – wiecznego oddzielenia od Boga. Obrazem tego oddzielenia jest apokaliptyczne „jezioro ognia”.
Może dla niektórych brzmi to jak jakaś bzdura i rzecz zdecydowanie niewarta uwagi. Bóg? Piekło? Śmierć duchowa? Wieczne potępienie? Czy należy się tym przejmować? Jedni wzruszą ramionami i będą dalej żyć będąc „umarłymi z powodu grzechów”. Jednak znajdą się i tacy, u których biblijna narracja wzbudzi refleksję. „Co zrobić z bagażem grzechów, które oddzielają mnie od Boga i pchają w ramiona śmierci?”. „Jak doświadczyć życia, w którym jest miejsce na przeżywanie bliskości z Bogiem i udział w Jego błogosławieństwach?”. Wspomniany Paweł z Tarsu nie pozostawia czytelników bez odpowiedzi na te pytania. Po dramatycznie brzmiących słowach o „byciu martwym w upadkach i grzechach” pojawiania się pełne nadziei stwierdzenie: „Jednak Bóg, będąc bogaty w miłosierdzie, przez wielką swoją miłość, którą nas ukochał, i to nas, którzy byliśmy umarli przez upadki, ożywił wraz z Chrystusem – łaską zbawieni jesteśmy – i wraz z Nim wzbudził, i wraz z Nim posadził w [okręgach] naniebnych, w Chrystusie Jezusie…”.
Śmierć nie jest ostateczną i niemożliwą do pokonania rzeczywistością! W Chrystusie Bóg ogłosił triumf życia. Nadzieja pojawia się w miejsce beznadziei. Wolność w miejsce niewoli. Życie w miejsce śmierci. Przebaczenie w miejsce potępienia.
Właśnie dlatego próbuję, często zmagając się i doświadczając trudów codzienności, trzymać się Tego, który „jest bogaty w miłosierdzie” i chcę pokładać ufność w Ewangelii – Dobrej Nowinie o ratunku w Chrystusie. Śmierć jest „w upadkach i grzechach”. Życie jest w Chrystusie.
środa, 16 października 2019
SOLUS CHRISTUS - EFEZJAN 1,3-14
Boże dzieło zbawienia ma swoją chronologię. Zaczęło się „przed założeniem świata” (zob. Ef 1,4) i zakończy się, gdy nastanie „pełnia czasów” (zob. Ef 1,10). Centralnym wydarzeniem na tej swoistej „osi czasu” jest wcielenie, śmierć i zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa - Syna Bożego. Mówienie o dobrodziejstwach i błogosławieństwach, których źródłem jest Bóg z pominięciem osoby Jezusa Chrystusa jest pozbawione sensu. Tak samo pozbawione jest sensu mówienie, że istnieją inni pośrednicy zbawienia, łaski i błogosławieństwa. W pierwszych kilkunastu wersetach Listu do Efezjan jak refren rozbrzmiewają słowa: „w Chrystusie”, „w Nim”, „w Umiłowanym”. Boże wybranie, przeobrażenie w synów i córki Boga, odkupienie z niewoli grzechu, okazane nam przebaczenie i darowane nam dziedzictwo – wszystko to zawiera się „w Nim” (zob. Ef 1,3-14). Nic dziwnego, że jedna z reformacyjnych prawd (zasad) brzmi: „Solus Christus” (łac. jedynie Chrystus).
poniedziałek, 14 października 2019
UFAJ BOGU, MOJA DUSZO...
Jakiś czas temu mój znajomy (bywało w przeszłości, że byliśmy sobie bliskimi osobami) zakomunikował mi, że protestantyzm, z którym się utożsamiam, jest najkrótszą drogą do ateizmu. Nie tak dawno dotarła do mnie wiadomość, że jeden z amerykańskich pastorów, znany mi z dostępnych w języku polskim książek, oświadczył, że porzuca chrześcijaństwo. Ten fakt jest dla mnie szczególnie bolesny, bo ów pastor związany był z nurtem chrześcijaństwa z którym się identyfikuję. Wiem też, że decyzja wspomnianego pastora nie jest odosobnionym przypadkiem…
Spoglądając wstecz na moje życie, w tym na ostatnie blisko trzydzieści lat, nie mógłbym zaprzeczyć realności Boga. Jednak rozumiem, że można przestać ufać Bogu. Ze względu na minione doświadczenia trudno byłoby mi zanegować istnienie Boga, jednak wciąż toczę walkę o zaufanie do Niego. Zaufanie Bogu to zdecydowanie coś więcej niż przekonanie o Jego istnieniu. Zaufanie to zgadzanie się z Nim w sprawach dotyczących codziennej egzystencji z gotowością na korektę i zmianę. Zaufanie to odkrywanie Jego woli i poddawanie jej całego życia. To podporządkowanie Bogu swoich myśli, emocji i decyzji… Zaufanie to miłość ku Bogu, w której jest miejsce na posłuszeństwo Jego woli. Wciąż toczę walkę o tego rodzaju ufność. W tej walce, muszę szczerze przyznać, są momenty trudne, w których moja ufność szwankuje… Bywa, że znajduję sam siebie w miejscu naznaczonym niewiarą i potrzebuję ponownego zwrócenia się ku Bogu, by żyć w zgodzie z Jego pragnieniami i Jego wolą. Rozumiem, że ten sam rodzaj walki dotyczy wielu z tych, którzy wkroczyli na ścieżkę chrześcijańskiego życia. Chyba, że się mylę…
„Ufaj Bogu, moja duszo, jeszcze będę Go wielbił, On moim wybawieniem i On moim Bogiem!” (Ps 43,5).
Spoglądając wstecz na moje życie, w tym na ostatnie blisko trzydzieści lat, nie mógłbym zaprzeczyć realności Boga. Jednak rozumiem, że można przestać ufać Bogu. Ze względu na minione doświadczenia trudno byłoby mi zanegować istnienie Boga, jednak wciąż toczę walkę o zaufanie do Niego. Zaufanie Bogu to zdecydowanie coś więcej niż przekonanie o Jego istnieniu. Zaufanie to zgadzanie się z Nim w sprawach dotyczących codziennej egzystencji z gotowością na korektę i zmianę. Zaufanie to odkrywanie Jego woli i poddawanie jej całego życia. To podporządkowanie Bogu swoich myśli, emocji i decyzji… Zaufanie to miłość ku Bogu, w której jest miejsce na posłuszeństwo Jego woli. Wciąż toczę walkę o tego rodzaju ufność. W tej walce, muszę szczerze przyznać, są momenty trudne, w których moja ufność szwankuje… Bywa, że znajduję sam siebie w miejscu naznaczonym niewiarą i potrzebuję ponownego zwrócenia się ku Bogu, by żyć w zgodzie z Jego pragnieniami i Jego wolą. Rozumiem, że ten sam rodzaj walki dotyczy wielu z tych, którzy wkroczyli na ścieżkę chrześcijańskiego życia. Chyba, że się mylę…
„Ufaj Bogu, moja duszo, jeszcze będę Go wielbił, On moim wybawieniem i On moim Bogiem!” (Ps 43,5).
wtorek, 8 października 2019
WYDARZYŁO SIĘ 6 PAŹDZIERNIKA
Znał, w mowie i piśmie, siedem języków: angielski, łacinę, francuski, niemiecki, włoski i hiszpański. Nabył biegłości w posługiwaniu się starożytną greką i hebrajskim. Urodził się około 1494 roku w hrabstwie Gloucestershire w Anglii. W rankingu stworzonym w 2002 roku przez BBC znalazł się na 26. miejscu wśród setki najwybitniejszych Brytyjczyków wszech czasów. Jednak za życia nie został doceniony. Zginął potępiony jako heretyk. Jego „winą” było to, że ośmielił się wydrukować w Antwerpii swój przekład Nowego Testamentu dokonany z języka greckiego. Karę śmierci wykonano 6 października 1536 roku.
William Tyndale, bo o nim mowa, został uduszony, a następnie kat spalił jego ciało. Przed śmiercią miał wypowiedzieć słowa: „Boże, otwórz oczy króla Anglii”. William Tyndale kształcił się w Oxfordzie i Cambridge. Wśród wydarzeń, które miały wpływ na jego życie i późniejszą pracę tłumacza Biblii przytacza się to, które miało miejsce w 1520 roku, gdy Tyndale pełnił funkcję wychowawcy i nauczyciela dzieci w domu Sir Johna Walsha (w Sodbury, w hrabstwie Gloucestershire). To właśnie w tym domu miały paść, z ust przebywającego tam dostojnika Kościoła rzymskiego, słowa: „Biblia nie jest nam potrzebna. Mówienie o przekładzie Biblii na język angielski, aby ludzie mgli ją czytać, jest po prostu głupotą. Wszystko, czego ludzie potrzebują, to słowo papieża. Możemy się obejść bez Bożych praw, ale nie bez praw papieskich!”. Tyndale miał odpowiedzieć: „Jeśli Bóg oszczędzi moje życie, sprawię, że pewnego dnia chłopcy od pługa w Anglii będą znali Pismo Święte lepiej niż papież”.
Działalność Williama Tyndale’a przypadła na okres protestanckiej reformacji, której jednym z owoców było przetłumaczenie i wydanie w języku niemieckim Nowego Testamentu. Przekład dokonany z języka greckiego przez Marcina Lutra ukazał się w 1522 roku.
W 1523 roku Tyndale zabiegał w Londynie o zgodę na tłumaczenie tekstu biblijnego na język angielski. Jednak spotkał się ze sprzeciwem biskupa Londynu Cuthberta Tunstalla. W rezultacie Tyndale opuścił Anglię, by szukać dogodnych warunków dla pracy tłumaczeniowej. Przebywał m.in. w Hamburgu, Wittenberdze (gdzie spotkał się z Marcinem Lutrem), Kolonii i Wormacji. Podróż na kontynent i praca tłumaczeniowa była możliwa dzięki finansowemu wsparciu angielskiego kupca Humphreya Monmoutha. Jego statki zapewniały też dystrybucję wydanej Biblii do każdego zakątka ziem będących pod władaniem Tudorów.
Cały tekst Nowego Testamentu, przetłumaczony przez Williama Tyndale’a, ukazał się drukiem w 1526 roku, w Wormacji. Nowotestamentowe teksty w języku angielskim były przemycane do Anglii. Angielski władca – Henryk VIII – sprzeciwiał się rozpowszechnianiu działa Tyndale’a, wszak szczycił się, nadanym mu przez papieża Leona X, tytułem „obrońcy wiary” (łac. „Fidei Defensor”). Tytuł ten zyskał dzięki rozprawie „Assertio Septem Sacramentorum” („Obrona siedmiu sakramentów”), potępiającej tezy i poglądy głoszone przez Marcina Lutra. Jednak wysiłki władz państwowych i dostojników Kościoła katolickiego nie powstrzymały dystrybucji Nowego Testamentu.
Tymczasem Tyndale kontynuował dzieło tłumaczenia Biblii. W roku 1530 wydano w Antwerpii przetłumaczony na język angielski tekst Pięcioksięgu.
W 1528 arcybiskup Jorku, kardynał Kościoła katolickiego Thomas Wolsey, wysłał na kontynent agentów, z misją odnalezienia Tyndale’a, by powstrzymać parce nad tłumaczeniem i rozpowszechnianiem Biblii w języku angielskim. Jednak agentom misja się nie powiodła. Dopiero Harry Phillips, którego mocodawcą był biskup Londynu – John Stokesley – doprowadził do uwięzienia Tyndale’a. John Stokesley słynął z nienawiści do reformatorów i chwalił się liczbą „heretyków”, których prześladował, doprowadzając do ich śmierci. Phillips w maju 1533 roku przybył do Antwerpii gdzie zyskał przychylność Tyndale’a, by go w końcu zdradzić i doprowadzić do uwiezienia w zamku Vilvorde w pobliżu Brukseli. Przez 500 dni Tyndale był więziony w zimnym, ciemnym i wilgotnym lochu. Na początku sierpnia 1536 roku Tyndale został potępiony jako heretyk, zdegradowany ze stanu duchownego i przekazany świeckim władzom w celu wykonania wyroku śmierci. 6 października 1536 roku wyrok został wykonany.
William Tyndale, bo o nim mowa, został uduszony, a następnie kat spalił jego ciało. Przed śmiercią miał wypowiedzieć słowa: „Boże, otwórz oczy króla Anglii”. William Tyndale kształcił się w Oxfordzie i Cambridge. Wśród wydarzeń, które miały wpływ na jego życie i późniejszą pracę tłumacza Biblii przytacza się to, które miało miejsce w 1520 roku, gdy Tyndale pełnił funkcję wychowawcy i nauczyciela dzieci w domu Sir Johna Walsha (w Sodbury, w hrabstwie Gloucestershire). To właśnie w tym domu miały paść, z ust przebywającego tam dostojnika Kościoła rzymskiego, słowa: „Biblia nie jest nam potrzebna. Mówienie o przekładzie Biblii na język angielski, aby ludzie mgli ją czytać, jest po prostu głupotą. Wszystko, czego ludzie potrzebują, to słowo papieża. Możemy się obejść bez Bożych praw, ale nie bez praw papieskich!”. Tyndale miał odpowiedzieć: „Jeśli Bóg oszczędzi moje życie, sprawię, że pewnego dnia chłopcy od pługa w Anglii będą znali Pismo Święte lepiej niż papież”.
Działalność Williama Tyndale’a przypadła na okres protestanckiej reformacji, której jednym z owoców było przetłumaczenie i wydanie w języku niemieckim Nowego Testamentu. Przekład dokonany z języka greckiego przez Marcina Lutra ukazał się w 1522 roku.
W 1523 roku Tyndale zabiegał w Londynie o zgodę na tłumaczenie tekstu biblijnego na język angielski. Jednak spotkał się ze sprzeciwem biskupa Londynu Cuthberta Tunstalla. W rezultacie Tyndale opuścił Anglię, by szukać dogodnych warunków dla pracy tłumaczeniowej. Przebywał m.in. w Hamburgu, Wittenberdze (gdzie spotkał się z Marcinem Lutrem), Kolonii i Wormacji. Podróż na kontynent i praca tłumaczeniowa była możliwa dzięki finansowemu wsparciu angielskiego kupca Humphreya Monmoutha. Jego statki zapewniały też dystrybucję wydanej Biblii do każdego zakątka ziem będących pod władaniem Tudorów.
Cały tekst Nowego Testamentu, przetłumaczony przez Williama Tyndale’a, ukazał się drukiem w 1526 roku, w Wormacji. Nowotestamentowe teksty w języku angielskim były przemycane do Anglii. Angielski władca – Henryk VIII – sprzeciwiał się rozpowszechnianiu działa Tyndale’a, wszak szczycił się, nadanym mu przez papieża Leona X, tytułem „obrońcy wiary” (łac. „Fidei Defensor”). Tytuł ten zyskał dzięki rozprawie „Assertio Septem Sacramentorum” („Obrona siedmiu sakramentów”), potępiającej tezy i poglądy głoszone przez Marcina Lutra. Jednak wysiłki władz państwowych i dostojników Kościoła katolickiego nie powstrzymały dystrybucji Nowego Testamentu.
Tymczasem Tyndale kontynuował dzieło tłumaczenia Biblii. W roku 1530 wydano w Antwerpii przetłumaczony na język angielski tekst Pięcioksięgu.
W 1528 arcybiskup Jorku, kardynał Kościoła katolickiego Thomas Wolsey, wysłał na kontynent agentów, z misją odnalezienia Tyndale’a, by powstrzymać parce nad tłumaczeniem i rozpowszechnianiem Biblii w języku angielskim. Jednak agentom misja się nie powiodła. Dopiero Harry Phillips, którego mocodawcą był biskup Londynu – John Stokesley – doprowadził do uwięzienia Tyndale’a. John Stokesley słynął z nienawiści do reformatorów i chwalił się liczbą „heretyków”, których prześladował, doprowadzając do ich śmierci. Phillips w maju 1533 roku przybył do Antwerpii gdzie zyskał przychylność Tyndale’a, by go w końcu zdradzić i doprowadzić do uwiezienia w zamku Vilvorde w pobliżu Brukseli. Przez 500 dni Tyndale był więziony w zimnym, ciemnym i wilgotnym lochu. Na początku sierpnia 1536 roku Tyndale został potępiony jako heretyk, zdegradowany ze stanu duchownego i przekazany świeckim władzom w celu wykonania wyroku śmierci. 6 października 1536 roku wyrok został wykonany.
środa, 11 września 2019
TEN OSZUST
Po śmierci Jezusa i złożeniu Jego ciała do grobu, w dzień szabatu, „zebrali się u Piłata arcykapłani i faryzeusze, mówiąc: Panie, przypomnieliśmy sobie, że ten oszust powiedział jeszcze za życia: Po trzech dniach zostanę wzbudzony”. Zaniepokojeni tym, że uczniowie Jezusa mogliby wkraść ciało swojego Mistrza i fałszywie ogłaszać, że spełniła się Jego zapowiedź zmartwychwstania, wymusili na Piłacie, by zabezpieczył grób.
Ciekawe jak arcykapłani i faryzeusze wyobrażali sobie ten „podstęp” uczniów. Mieliby oni pod osłoną nocy przyjść do grobu, zabrać ciało i później obwieszczać: „Oto grób jest pusty! Chodźcie i przekonajcie się sami mieszkańcy Judei, Galilei, Samarii i okolic”? Trzeba przyznać, że nie byłoby to zbyt wiarygodne. Właściwie byłoby to dziecinne…
Jednak „ten oszust” nie potrzebował ludzkiej „pomocy”, aby dać świadectwo swojej wiarygodności. On nie zamierzał bawić się w „ustawki” czy jakieś „gierki”. Zmartwychwstanie Jezusa pozostaje niezbitym dowodem Jego wiarygodności. Nie była to gra pozorów i największa w historii mistyfikacja. Jezus zmartwychwstał dokładnie tak, jak to sam zapowiedział. Kiedy do pustego grobu wszedł jeden z uczniów Jezusa, „zobaczył – i uwierzył”.
W ewangelicznym opisie poprzedzającym zgon Jezusa na krzyżu dużo miejsca poświęcone jest pogardzie, jakiej On doświadczył ze strony ludzi. Wyśmiewali go rzymscy żołnierze „plując na Niego, wzięli trzcinę i bili Go po głowie”. Ubliżali Mu przechodzący obok Golgoty pielgrzymi. Drwili z Niego arcykapłani wraz ze znawcami Prawa. Lżyli Go ukrzyżowani wraz z Nim zbójcy.
Tak o Jezusie napisał jeden z autorów nowotestamentowych: „zbliżacie się do Niego, Żywego Kamienia, przez ludzi wprawdzie odrzuconego, lecz przez Boga uznanego za wybrany i kosztowny (…) Pismo głosi: Oto kładę na Syjonie kamień węgielny , wybrany i kosztowny. Kto w Niego wierzy, nie będzie zawstydzony. Dla was zatem, wierzących, jest on cenny. Natomiast dla niewierzących, kamień ten, jako odrzucony przez budujących, pozostaje kamieniem węgielnym, przyczyną upadku i skałą skandalu…”.
Wiara i niewiara. Zachwyt i niechęć. Uwielbienie i pogarda. Dla jednych „Pan mój i Bóg mój”, dla innych „ten oszust”. Uznanie i dezaprobata. Nic nowego pod słońcem…
Ja chcę pozostać w miejscu skłaniania kolan, wdzięczności, zaufania i uznania wobec Tego, który „raz za grzechy cierpiał, sprawiedliwy za niesprawiedliwych, aby nas przyprowadzić do Boga…”. Mam przywilej zaliczać się do tych „przyprowadzić do Boga” dzięki Jego śmierci i zmartwychwstaniu.
Ciekawe jak arcykapłani i faryzeusze wyobrażali sobie ten „podstęp” uczniów. Mieliby oni pod osłoną nocy przyjść do grobu, zabrać ciało i później obwieszczać: „Oto grób jest pusty! Chodźcie i przekonajcie się sami mieszkańcy Judei, Galilei, Samarii i okolic”? Trzeba przyznać, że nie byłoby to zbyt wiarygodne. Właściwie byłoby to dziecinne…
Jednak „ten oszust” nie potrzebował ludzkiej „pomocy”, aby dać świadectwo swojej wiarygodności. On nie zamierzał bawić się w „ustawki” czy jakieś „gierki”. Zmartwychwstanie Jezusa pozostaje niezbitym dowodem Jego wiarygodności. Nie była to gra pozorów i największa w historii mistyfikacja. Jezus zmartwychwstał dokładnie tak, jak to sam zapowiedział. Kiedy do pustego grobu wszedł jeden z uczniów Jezusa, „zobaczył – i uwierzył”.
W ewangelicznym opisie poprzedzającym zgon Jezusa na krzyżu dużo miejsca poświęcone jest pogardzie, jakiej On doświadczył ze strony ludzi. Wyśmiewali go rzymscy żołnierze „plując na Niego, wzięli trzcinę i bili Go po głowie”. Ubliżali Mu przechodzący obok Golgoty pielgrzymi. Drwili z Niego arcykapłani wraz ze znawcami Prawa. Lżyli Go ukrzyżowani wraz z Nim zbójcy.
Tak o Jezusie napisał jeden z autorów nowotestamentowych: „zbliżacie się do Niego, Żywego Kamienia, przez ludzi wprawdzie odrzuconego, lecz przez Boga uznanego za wybrany i kosztowny (…) Pismo głosi: Oto kładę na Syjonie kamień węgielny , wybrany i kosztowny. Kto w Niego wierzy, nie będzie zawstydzony. Dla was zatem, wierzących, jest on cenny. Natomiast dla niewierzących, kamień ten, jako odrzucony przez budujących, pozostaje kamieniem węgielnym, przyczyną upadku i skałą skandalu…”.
Wiara i niewiara. Zachwyt i niechęć. Uwielbienie i pogarda. Dla jednych „Pan mój i Bóg mój”, dla innych „ten oszust”. Uznanie i dezaprobata. Nic nowego pod słońcem…
Ja chcę pozostać w miejscu skłaniania kolan, wdzięczności, zaufania i uznania wobec Tego, który „raz za grzechy cierpiał, sprawiedliwy za niesprawiedliwych, aby nas przyprowadzić do Boga…”. Mam przywilej zaliczać się do tych „przyprowadzić do Boga” dzięki Jego śmierci i zmartwychwstaniu.
wtorek, 10 września 2019
JEGO MIŁOŚĆ
Od kilku lat mamy taki rodzinny zwyczaj wieczornego czytania tekstu biblijnego. Do niektórych ksiąg sięgamy wciąż na nowo, inne nadal czekają na rodzinne czytanie. W każdym razie wczoraj czytaliśmy 5. rozdział Listu do Efezjan. Jest w nim fragment opatrzony przez tłumaczy (redaktorów) tekstu nagłówkiem „Mężowie i żony”. Jednak równie dobrze można by go zatytułować „Chrystus i Kościół”. Autor tekstu, Paweł z Tarsu, opisuje relację Chrystusa wobec tych, którzy są Jego. Te słowa zadziwiają. Są niezwykłym świadectwem pasji i miłości Zmartwychwstałego wobec Kościoła: „Chrystus umiłował Kościół i wydał za niego samego siebie, żeby go uświęcić przez oczyszczenie obmyciem wodą, któremu towarzyszy Słowo, żeby postawić przy sobie Kościół chwalebny, bez skazy czy zmarszczki, aby był święty i nieskalany”. Ta relacja Chrystusa z Kościołem nie jest na dystans i „z oddali”. Jest w niej miejsce na szczególną bliskość, porównywalną z intymnością jaka zachodzi pomiędzy żoną i mężem. Czy kiedykolwiek i ktokolwiek mógłby wymyślić taki scenariusz, że my – ludzie pozostający w realiach codziennej egzystencji, z całym bagażem doświadczeń „prozy życia”, naznaczeni porażkami i słabością – będziemy mogli doświadczać Bożej miłości? Miłości troskliwej, oddanej i zainteresowanej naszym dobrem. Miłości, która „jest cierpliwa, pełna życzliwości i nigdy nie ustaje”. Nie mam żadnej wątpliwości, że doświadczenie takiej miłości pozostaje pragnieniem i tęsknotą każdego. Możemy udawać, że tak nie jest, ale prawdziwy sens naszego życia można znaleźć jedynie w miłości Chrystusa. On „stworzył nas bowiem jako skierowanych ku Niemu i niespokojne pozostanie nasze serce nasze, dopóki w Nim nie spocznie”. Chylę głowę przed niezwykłą miłością Chrystusa, a moje serce pragnie spoczywać w Nim. Wszak On „miłuje swój Kościół”, „żywi go i pielęgnuje”. Być kochanym przez Niego to największe szczęście i pokój dla duszy!
wtorek, 27 sierpnia 2019
ŻYĆ EWANGELIĄ
Kilka dni temu wróciłem z wakacyjnego wyjazdu, gdzie mogłem korzystać z inspirującego czasu nauczania, modlitwy i uwielbienia Boga. Głównym tematem spotkań obozu w Wiśle była Ewangelia (dobra nowina) o Jezusie Chrystusie – jej centralne znaczenie dla osobistego i wspólnotowego życia.
Podczas jednej z sesji, Mark Medley, wspomniał postać Thomasa Goodwina (1600-1679), purytańskiego teologa. Goodwin przez kilka lat po swoim nawróceniu do Chrystusa doświadczał zmagań i wewnętrznej walki, których końcem było zrozumienie potrzeby „życia z wiary w Chrystusa i czerpania z Niego życia i mocy do uświęcenia”.
Wydaje mi się, że wielu z nas – chrześcijan – traktuje Ewangelię jako poselstwo jedynie dla niewierzących. Skoro już jesteśmy chrześcijanami, to po co nam Ewangelia? Przynajmniej ja miewam tendencję, by tak myśleć. Jednak właściwym jest, by wciąż na nowo budować swoją codzienność i relację z Bogiem właśnie na Ewangelii, której centralnym przesłaniem jest osoba i dzieło Chrystusa. Wspomniany Goodwin tak pisał o swoich zmaganiach, których doświadczał jako chrześcijanin: „Na kilka lat byłem odciągnięty od Chrystusa, by szukać w sobie dowodów łaski. Trwało to prawie siedem lat, zanim zaniechałem tych praktyk, by żyć z wiary w Chrystusa i w darmową miłość Boga. A obie te rzeczy są celem wiary”.
Muszę przyznać, że uczenie się jak żyć Ewangelią każdego dnia pozostaje największym wyzwaniem dla mnie. Życie Ewangelią oznacza, że nie muszę zapracowywać na Boże błogosławieństwo i szukać zadowolenia w samym sobie. Ewangelia uzmysławia mi, że moja relacja z Bogiem oparta jest na nieskończonej łasce i na zasługach Chrystusa, a nie na moich dokonaniach. Moje moralne i duchowe bankructwo nie było tylko tymczasowym (jednorazowym) doświadczeniem, ale pozostaje trwałą rzeczywistością. I jako duchowy bankrut nie mogę prowadzić życia chrześcijańskiego w oparciu o moje starania i wysiłki. Źródłem owocnego życia pozostaje Chrystus, który nabył dla mnie każde błogosławieństwo. To w Chrystusie i tylko w Nim mogę cieszyć się Bożą przychylnością. W mojej cielesności jestem często „popychany”, aby budować relację z Bogiem na podstawie własnych uczynków i starań. Dlatego tak rozpaczliwie potrzebuję Ewangelii, która przypomina mi, że wszystko opiera się na łasce Boga.
Za możliwość udziału w obozie „Budowanie sieci apostolskiej” dziękuję organizatorom, mówcom i uczestnikom, w tym Kościołowi Druga Szansa w Łodzi.
Podczas jednej z sesji, Mark Medley, wspomniał postać Thomasa Goodwina (1600-1679), purytańskiego teologa. Goodwin przez kilka lat po swoim nawróceniu do Chrystusa doświadczał zmagań i wewnętrznej walki, których końcem było zrozumienie potrzeby „życia z wiary w Chrystusa i czerpania z Niego życia i mocy do uświęcenia”.
Wydaje mi się, że wielu z nas – chrześcijan – traktuje Ewangelię jako poselstwo jedynie dla niewierzących. Skoro już jesteśmy chrześcijanami, to po co nam Ewangelia? Przynajmniej ja miewam tendencję, by tak myśleć. Jednak właściwym jest, by wciąż na nowo budować swoją codzienność i relację z Bogiem właśnie na Ewangelii, której centralnym przesłaniem jest osoba i dzieło Chrystusa. Wspomniany Goodwin tak pisał o swoich zmaganiach, których doświadczał jako chrześcijanin: „Na kilka lat byłem odciągnięty od Chrystusa, by szukać w sobie dowodów łaski. Trwało to prawie siedem lat, zanim zaniechałem tych praktyk, by żyć z wiary w Chrystusa i w darmową miłość Boga. A obie te rzeczy są celem wiary”.
Muszę przyznać, że uczenie się jak żyć Ewangelią każdego dnia pozostaje największym wyzwaniem dla mnie. Życie Ewangelią oznacza, że nie muszę zapracowywać na Boże błogosławieństwo i szukać zadowolenia w samym sobie. Ewangelia uzmysławia mi, że moja relacja z Bogiem oparta jest na nieskończonej łasce i na zasługach Chrystusa, a nie na moich dokonaniach. Moje moralne i duchowe bankructwo nie było tylko tymczasowym (jednorazowym) doświadczeniem, ale pozostaje trwałą rzeczywistością. I jako duchowy bankrut nie mogę prowadzić życia chrześcijańskiego w oparciu o moje starania i wysiłki. Źródłem owocnego życia pozostaje Chrystus, który nabył dla mnie każde błogosławieństwo. To w Chrystusie i tylko w Nim mogę cieszyć się Bożą przychylnością. W mojej cielesności jestem często „popychany”, aby budować relację z Bogiem na podstawie własnych uczynków i starań. Dlatego tak rozpaczliwie potrzebuję Ewangelii, która przypomina mi, że wszystko opiera się na łasce Boga.
Za możliwość udziału w obozie „Budowanie sieci apostolskiej” dziękuję organizatorom, mówcom i uczestnikom, w tym Kościołowi Druga Szansa w Łodzi.
poniedziałek, 12 sierpnia 2019
ZWYCIĘSKA DRUŻYNA
Wczoraj (11.08), w godzinach popołudniowych, obejrzałem transmisję z uroczystości wręczenia medali w Drużynowych Mistrzostwach Europy w Lekkoatletyce. W swojej ignorancji nie wiedziałem, że rozgrywane są takie właśnie – drużynowe – zawody lekkoatletyczne.
Złoty medal przypadł 54. osobowej drużynie z Polski! 27 mężczyzn i 27 kobiet stanęło na podium i mogłem widzieć eksplozję radości tego różnorodnego teamu. Cieszyli się ci, którzy zwyciężyli w swojej konkurencji, jak i ci, którzy rywalizując w swojej dyscyplinie zajęli dalsze, czasami odległe, lokaty. Ostatecznie miejsce na najwyższym podium przypadło CAŁEJ DRUŻYNIE. Lekkoatleci, którzy wygrali w swoich dyscyplinach nie kazali zejść z podium tym, którym nie powiodło się tak dobrze. Piotr Małachowski, zwycięzca w rzucie dyskiem, nie zepchnął z podium Partyka Kozłowskiego, który w biegu na 3000 m był „dopiero” dziesiąty... Sofia Ennaoui, zwyciężczyni biegu na 1500 m, nie patrzyła z poczuciem wyższości na Magdalenę Żebrowską, która w skoku w dal była „zaledwie” jedenasta... To była prawdziwie zespołowa radość.
Także wczoraj zwyciężyła i wywalczyła awans na igrzyska w Tokio inna polska drużyna. Polscy siatkarze pokonali w turnieju kwalifikacyjnym Francję, Tunezję i Słowenię. Nie wszyscy z czternastu zawodników mieli jednakowy udział w zwycięstwie, niektórzy przebywali na parkiecie tylko przez chwilę, inni o wiele dłużej... Ale sukces był udziałem całego zespołu.
Wczoraj, będąc na niedzielnym spotkaniu Kościoła w Skierniewicach (KBwCh AGAPE), czytałem fragment z 21. rozdziału Księgi Objawienia, który zapowiada nadchodzącą chwałę i piękno odnowionego świata, w którego centrum pozostaje Ten, który jest „Alfą i Omegą, Początkiem i Końcem”. Ta rzeczywistość „nowych niebios i nowej ziemi” została dedykowana „tym, którzy zwyciężą”. To zwycięstwo, w moim przekonaniu, ma zarówno indywidualny, jak i zespołowy charakter. Bo w zawodach, w których jako chrześcijanie bierzemy udział (1 Tm 6,12), liczy się zarówno osobista kondycja jak i umiejętność współpracy z innymi. Często nasze powodzenie zależy od siły innych. Sam jestem wdzięczny wielu osobom „z drużyny”, którzy pomagali i wciąż pomagają mi w moim chrześcijańskim życiu. Wiem, że dzięki sile i zachęcie „zespołu ludzi” mogłem i mogę osiągnąć więcej. Doceniam wartość zdrowych (dobrych) relacji (tych chwilowych i długookresowych, tych codziennych, comiesięcznych i... nieco rzadszych). Czasami w tych relacjach ja bywam najsłabszym ogniwem, czasami mogę wspierać innych. Bywa różnie… Ostateczne zwycięstwo będzie, jak mniemam, czasem wspólnego świętowania.
Złoty medal przypadł 54. osobowej drużynie z Polski! 27 mężczyzn i 27 kobiet stanęło na podium i mogłem widzieć eksplozję radości tego różnorodnego teamu. Cieszyli się ci, którzy zwyciężyli w swojej konkurencji, jak i ci, którzy rywalizując w swojej dyscyplinie zajęli dalsze, czasami odległe, lokaty. Ostatecznie miejsce na najwyższym podium przypadło CAŁEJ DRUŻYNIE. Lekkoatleci, którzy wygrali w swoich dyscyplinach nie kazali zejść z podium tym, którym nie powiodło się tak dobrze. Piotr Małachowski, zwycięzca w rzucie dyskiem, nie zepchnął z podium Partyka Kozłowskiego, który w biegu na 3000 m był „dopiero” dziesiąty... Sofia Ennaoui, zwyciężczyni biegu na 1500 m, nie patrzyła z poczuciem wyższości na Magdalenę Żebrowską, która w skoku w dal była „zaledwie” jedenasta... To była prawdziwie zespołowa radość.
Także wczoraj zwyciężyła i wywalczyła awans na igrzyska w Tokio inna polska drużyna. Polscy siatkarze pokonali w turnieju kwalifikacyjnym Francję, Tunezję i Słowenię. Nie wszyscy z czternastu zawodników mieli jednakowy udział w zwycięstwie, niektórzy przebywali na parkiecie tylko przez chwilę, inni o wiele dłużej... Ale sukces był udziałem całego zespołu.
Wczoraj, będąc na niedzielnym spotkaniu Kościoła w Skierniewicach (KBwCh AGAPE), czytałem fragment z 21. rozdziału Księgi Objawienia, który zapowiada nadchodzącą chwałę i piękno odnowionego świata, w którego centrum pozostaje Ten, który jest „Alfą i Omegą, Początkiem i Końcem”. Ta rzeczywistość „nowych niebios i nowej ziemi” została dedykowana „tym, którzy zwyciężą”. To zwycięstwo, w moim przekonaniu, ma zarówno indywidualny, jak i zespołowy charakter. Bo w zawodach, w których jako chrześcijanie bierzemy udział (1 Tm 6,12), liczy się zarówno osobista kondycja jak i umiejętność współpracy z innymi. Często nasze powodzenie zależy od siły innych. Sam jestem wdzięczny wielu osobom „z drużyny”, którzy pomagali i wciąż pomagają mi w moim chrześcijańskim życiu. Wiem, że dzięki sile i zachęcie „zespołu ludzi” mogłem i mogę osiągnąć więcej. Doceniam wartość zdrowych (dobrych) relacji (tych chwilowych i długookresowych, tych codziennych, comiesięcznych i... nieco rzadszych). Czasami w tych relacjach ja bywam najsłabszym ogniwem, czasami mogę wspierać innych. Bywa różnie… Ostateczne zwycięstwo będzie, jak mniemam, czasem wspólnego świętowania.
sobota, 10 sierpnia 2019
MOJE WOŁANIE O WIARĘ
„Wiara to oko przez które każdy prawdziwie wierzący w Boga »widzi Tego, który jest niewidzialny«”.
- John Wesley
Widzieć Boga to coś więcej niż mieć przekonanie o Jego istnieniu („wiedzieć, że Bóg jest”), to coś więcej niż samo powoływanie się na Pismo i posiadanie głowy wypełnionej wiedzą biblijną.
Wiara, to „odczytywanie na obliczu Boga” Jego woli odnoszącej się do każdej dziedziny życia. Wiara to zachwyt wobec piękna czy majestatu Boga, lecz nade wszystko pozostaje ona umiejętnością rozpoznawania Jego działania w konkretnym czasie i miejscu. Niedościgłym wzorem wiary był, w czasie swojej publicznej służby, Pan Jezus. On powiedział: „Ręczę i zapewniam, Syn sam od siebie nie mógłby nic czynić, gdyby nie widział, że czyni to Ojciec. Cokolwiek bowiem On czyni, Syn czyni w ten sam sposób”. Ten rodzaj wiary dostrzegam w historii pierwszego Kościoła, opisanej na kartach Dziejów Apostolskich. Czytam o niej w historii Filipa wezwanego by udać się na pustynną drogę wiodącą z Jerozolimy do Gazy, aby rozmawiać z „pewnym Etiopczykiem, eunuchem, dostojnikiem Kandaki”. Czytam o niej w opowieści o Ananiaszu, który w Damaszku usłyszał głos Pana: „Idź na ulicę o nazwie Prosta i odszukaj tam w domu Judy Szawła z Tarsu…”. Dostrzegam ją w funkcjonowaniu antiocheńskiego Kościoła, który był posłuszny głosowi Ducha Świętego: „Zwolnijcie mi Barnabę i Szawła do dzieła, do którego ich wezwałem…”. Rozpoznaję ją w misyjnej działalności Pawła i jego towarzyszy. Odczytuję ją w tej niezwykłej pewności Piotra, który przemówił w imieniu zebranych apostołów i starszych w Jerozolimie: „Postanowiliśmy mianowicie, Duch Święty i my…”.
Wobec takiego rozumienia wiary, muszę przyznać, że sam, choć układam swoje życie z Bogiem od blisko 30 lat, zmagam się z niewiarą i mam chęć (potrzebuję!), słowami pierwszych uczniów (apostołów) Jezusa, wołać: „Dodaj mi wiary” czy też „Spraw, żeby moja wiara była większa”.
- John Wesley
Widzieć Boga to coś więcej niż mieć przekonanie o Jego istnieniu („wiedzieć, że Bóg jest”), to coś więcej niż samo powoływanie się na Pismo i posiadanie głowy wypełnionej wiedzą biblijną.
Wiara, to „odczytywanie na obliczu Boga” Jego woli odnoszącej się do każdej dziedziny życia. Wiara to zachwyt wobec piękna czy majestatu Boga, lecz nade wszystko pozostaje ona umiejętnością rozpoznawania Jego działania w konkretnym czasie i miejscu. Niedościgłym wzorem wiary był, w czasie swojej publicznej służby, Pan Jezus. On powiedział: „Ręczę i zapewniam, Syn sam od siebie nie mógłby nic czynić, gdyby nie widział, że czyni to Ojciec. Cokolwiek bowiem On czyni, Syn czyni w ten sam sposób”. Ten rodzaj wiary dostrzegam w historii pierwszego Kościoła, opisanej na kartach Dziejów Apostolskich. Czytam o niej w historii Filipa wezwanego by udać się na pustynną drogę wiodącą z Jerozolimy do Gazy, aby rozmawiać z „pewnym Etiopczykiem, eunuchem, dostojnikiem Kandaki”. Czytam o niej w opowieści o Ananiaszu, który w Damaszku usłyszał głos Pana: „Idź na ulicę o nazwie Prosta i odszukaj tam w domu Judy Szawła z Tarsu…”. Dostrzegam ją w funkcjonowaniu antiocheńskiego Kościoła, który był posłuszny głosowi Ducha Świętego: „Zwolnijcie mi Barnabę i Szawła do dzieła, do którego ich wezwałem…”. Rozpoznaję ją w misyjnej działalności Pawła i jego towarzyszy. Odczytuję ją w tej niezwykłej pewności Piotra, który przemówił w imieniu zebranych apostołów i starszych w Jerozolimie: „Postanowiliśmy mianowicie, Duch Święty i my…”.
Wobec takiego rozumienia wiary, muszę przyznać, że sam, choć układam swoje życie z Bogiem od blisko 30 lat, zmagam się z niewiarą i mam chęć (potrzebuję!), słowami pierwszych uczniów (apostołów) Jezusa, wołać: „Dodaj mi wiary” czy też „Spraw, żeby moja wiara była większa”.
czwartek, 8 sierpnia 2019
WOŁANIE O ODNOWĘ
„Pasterzu Izraela, zechciej nas wysłuchać!
Ty, który prowadzisz Józefa jak trzodę,
Który zasiadasz na cherubach,
Objaw swój majestat”.
Takimi słowami rozpoczyna się Psalm 80. JHWH pojawia się w tym tekście jako „zasiadający na cherubach”, co czyni Go osobą spoza naszej, odkrywanej za pomocą pięciu zmysłów, rzeczywistości. Cheruby to istoty ze świata nadprzyrodzonego, niedostępnego i skrywającego wiele tajemnic. Gdyby Bóg pozostawał tylko „zasiadającym na cherubach” to mielibyśmy do czynienia z kimś odległym naszej egzystencji i raczej mało zaangażowanym w życie ludzi. Jednak „zasiadanie na cherubach” nie pozostaje jedyną prawdą o JHWH. On w tym samym czasie jest „prowadzącym Józefa jak trzodę” – kimś bliskim i dającym się rozpoznać w codzienności naznaczonej całą masą „zwyczajnych” spraw. Psalmista nazywa Boga „Pasterzem Izraela” – opiekunem, obrońcą, stróżem, ochroną i wsparciem. Izrael miał przywilej poznać Stwórcę jako bliskiego Boga, aktywnie zaangażowanego w sprawy tych, którzy pozostawali Jego wybranym ludem.
Jednak w opinii psalmisty nie wszystko wyglądało tak jak być powinno… Izrael znalazł się w opłakanej sytuacji, ich los naznaczony był udręczeniem, płaczem i drwiną ze strony wrogów. To zdecydowanie niekomfortowe położenie stało się powodem wołania do Boga o pomoc i ratunek: „…przybądź z wybawieniem!”. Niczym refren, w przywołanym psalmie, powtarzają się stwierdzenia: „Boże! Odnów nas! Rozjaśnij swoje oblicze!”.
Są takie sezony życia, kiedy rzeczy dzieją się źle. Zamiast oczekiwanego błogosławieństwa przychodzi doświadczenie udręki. Psalmista opisuje tę udrękę przywołując obraz winnicy (winorośli) – niegdyś prosperującej – teraz porzuconej, spalonej i bezowocnej. W tych trudnych sezonach bezowocności, porażki, samotności i triumfujących wrogów jest miejsce na wołanie o odnowę: „Boże Zastępów! Zawróć! Popatrz z nieba! Zauważ! Zatroszcz się o biedną winorośl!”.
Czy „Ten, który zasiada na cherubach” odpowie?
Czy „Pasterz Izraela” przywróci dawny blask „zasadzonej przez siebie winorośli”?
Nie znajduję łatwych odpowiedzi na te pytania. Wiem, że na przestrzeni dziejów On czynił odnowę i niósł błogosławieństwo tam, gdzie wydawało się nie być już żadnej nadziei. Zatem nie jest głupotą wołać razem z autorem Psalmu osiemdziesiątego:
„JHWH, Boże Zastępów! Odnów nas!
Rozjaśnij swoje oblicze,
A będziemy zbawieni!”.
Ty, który prowadzisz Józefa jak trzodę,
Który zasiadasz na cherubach,
Objaw swój majestat”.
Takimi słowami rozpoczyna się Psalm 80. JHWH pojawia się w tym tekście jako „zasiadający na cherubach”, co czyni Go osobą spoza naszej, odkrywanej za pomocą pięciu zmysłów, rzeczywistości. Cheruby to istoty ze świata nadprzyrodzonego, niedostępnego i skrywającego wiele tajemnic. Gdyby Bóg pozostawał tylko „zasiadającym na cherubach” to mielibyśmy do czynienia z kimś odległym naszej egzystencji i raczej mało zaangażowanym w życie ludzi. Jednak „zasiadanie na cherubach” nie pozostaje jedyną prawdą o JHWH. On w tym samym czasie jest „prowadzącym Józefa jak trzodę” – kimś bliskim i dającym się rozpoznać w codzienności naznaczonej całą masą „zwyczajnych” spraw. Psalmista nazywa Boga „Pasterzem Izraela” – opiekunem, obrońcą, stróżem, ochroną i wsparciem. Izrael miał przywilej poznać Stwórcę jako bliskiego Boga, aktywnie zaangażowanego w sprawy tych, którzy pozostawali Jego wybranym ludem.
Jednak w opinii psalmisty nie wszystko wyglądało tak jak być powinno… Izrael znalazł się w opłakanej sytuacji, ich los naznaczony był udręczeniem, płaczem i drwiną ze strony wrogów. To zdecydowanie niekomfortowe położenie stało się powodem wołania do Boga o pomoc i ratunek: „…przybądź z wybawieniem!”. Niczym refren, w przywołanym psalmie, powtarzają się stwierdzenia: „Boże! Odnów nas! Rozjaśnij swoje oblicze!”.
Są takie sezony życia, kiedy rzeczy dzieją się źle. Zamiast oczekiwanego błogosławieństwa przychodzi doświadczenie udręki. Psalmista opisuje tę udrękę przywołując obraz winnicy (winorośli) – niegdyś prosperującej – teraz porzuconej, spalonej i bezowocnej. W tych trudnych sezonach bezowocności, porażki, samotności i triumfujących wrogów jest miejsce na wołanie o odnowę: „Boże Zastępów! Zawróć! Popatrz z nieba! Zauważ! Zatroszcz się o biedną winorośl!”.
Czy „Ten, który zasiada na cherubach” odpowie?
Czy „Pasterz Izraela” przywróci dawny blask „zasadzonej przez siebie winorośli”?
Nie znajduję łatwych odpowiedzi na te pytania. Wiem, że na przestrzeni dziejów On czynił odnowę i niósł błogosławieństwo tam, gdzie wydawało się nie być już żadnej nadziei. Zatem nie jest głupotą wołać razem z autorem Psalmu osiemdziesiątego:
„JHWH, Boże Zastępów! Odnów nas!
Rozjaśnij swoje oblicze,
A będziemy zbawieni!”.
Subskrybuj:
Posty (Atom)








