Tak więc jeśli ktoś jest w Chrystusie, nowym jest stworzeniem, to co stare przeminęło, oto wszystko stało się nowe. A wszystko to jest z Boga, który nas pojednał z sobą przez Jezusa Chrystusa i dał nam służbę pojednania. Bóg bowiem w Chrystusie, jednając świat z samym sobą, nie poczytując ludziom ich grzechów, i nam powierzył to słowo pojednania. Tak więc w miejsce Chrystusa sprawujemy poselstwo (...) W miejsce Chrystusa prosimy: Pojednajcie się z Bogiem.
poniedziałek, 15 lipca 2019
czwartek, 11 lipca 2019
POJEDNANIE
W jednym z listów autorstwa Pawła z Tarsu możemy przeczytać takie słowa odnoszące się do jego apostolskiej misji i powołania: „…niesiemy poselstwo, jakby [samego] Boga, który przez nas wzywa: Dajcie się pojednać z Bogiem”.
Potrzeba pojednania zachodzi, gdy istnieje konflikt. Najwyraźniej na linii Bóg-człowiek (ludzie) mamy do czynienia z wrogością i nieprzyjaźnią. W biblijnym języku mowa jest o obecnym w człowieku grzechu, który leży u podstaw tego konfliktu. Grzech jest zakorzeniony w ludzkiej naturze i sprawia, że jesteśmy niewolnikami skłonności i pragnień wrogich Bogu. Skutki tej destrukcyjnej mocy zwanej grzechem zdają się być powszechnie zauważane w postaci „złych myśli, zabójstw, czynów rozpustnych, kradzieży, kłamstw, bluźnierstw, chciwości, zazdrości, złośliwości, zarozumialstwa” i wielu innych rzeczy nad którymi Bóg ogłasza swój surowy osąd i potępienie. Sprawiedliwy Boży wyrok brzmi: „zapłatą za grzech jest śmierć”. Prawie dwa tysiące lat temu ten wyrok został wykonany. Obarczony grzechem został Ten, „który nie poznał grzechu”. Boży Syn – Jezus Chrystus – przyszedł w ciele, jako człowiek, aby przyjąć na siebie osąd i potępienie wynikające z grzechu. Paweł z Tarsu napisał: „Bóg przez posłanie swego Syna w podobieństwie grzesznego ciała oraz za grzech, potępił grzech w ciele”. W apostolskim zwiastowaniu okrywamy prawdę o tym, że „będąc nieprzyjaciółmi, zostaliśmy pojednani z Bogiem przez śmierć Jego Syna”. Dobra nowina o pojednaniu człowieka z Bogiem nie kończy się opowieścią o śmierci Jezusa na krzyżu. Dobra nowina obwieszcza Jego [Chrystusa] zmartwychwstanie i uwielbienie. Chrystus umarł, Chrystus zmartwychwstał, Chrystus panuje! To jest ewangeliczne poselstwo. Wobec tej doniosłej prawdy wezwani jesteśmy do wiary, która może złączyć nas z Jezusem. Istota chrześcijaństwa zawiera się w prostym stwierdzeniu: „w Nim”, czyli w Chrystusie. Przez wiarę możemy być w Nim, aby doświadczyć śmierci dla grzechu i mieć udział w Jego zmartwychwstałym życiu, które jest życiem dla Boga i Jego chwały.
W Chrystusie mym nadzieję mam…
„Jeśli więc ktoś jest w Chrystusie, nowym jest stworzeniem; stare przeminęło – i nastało nowe! A wszystko to jest z Boga, który nas pojednał z sobą przez Chrystusa i powierzył nam posługę pojednania, jako że Bóg w Chrystusie świat ze sobą pojednuje, nie zaliczając im ich upadków, i zlecił nam Słowo pojednania. W miejsce Chrystusa niesiemy wiec poselstwo, jakby [samego] Boga, który przez nas wzywa: Dajcie się pojednać z Bogiem. [On] Tego, który nie poznał grzechu, zamiast nas uczynił grzechem, abyśmy my w Nim stali się sprawiedliwością Boga”.
Być w Nim to największy sens egzystencji.
Potrzeba pojednania zachodzi, gdy istnieje konflikt. Najwyraźniej na linii Bóg-człowiek (ludzie) mamy do czynienia z wrogością i nieprzyjaźnią. W biblijnym języku mowa jest o obecnym w człowieku grzechu, który leży u podstaw tego konfliktu. Grzech jest zakorzeniony w ludzkiej naturze i sprawia, że jesteśmy niewolnikami skłonności i pragnień wrogich Bogu. Skutki tej destrukcyjnej mocy zwanej grzechem zdają się być powszechnie zauważane w postaci „złych myśli, zabójstw, czynów rozpustnych, kradzieży, kłamstw, bluźnierstw, chciwości, zazdrości, złośliwości, zarozumialstwa” i wielu innych rzeczy nad którymi Bóg ogłasza swój surowy osąd i potępienie. Sprawiedliwy Boży wyrok brzmi: „zapłatą za grzech jest śmierć”. Prawie dwa tysiące lat temu ten wyrok został wykonany. Obarczony grzechem został Ten, „który nie poznał grzechu”. Boży Syn – Jezus Chrystus – przyszedł w ciele, jako człowiek, aby przyjąć na siebie osąd i potępienie wynikające z grzechu. Paweł z Tarsu napisał: „Bóg przez posłanie swego Syna w podobieństwie grzesznego ciała oraz za grzech, potępił grzech w ciele”. W apostolskim zwiastowaniu okrywamy prawdę o tym, że „będąc nieprzyjaciółmi, zostaliśmy pojednani z Bogiem przez śmierć Jego Syna”. Dobra nowina o pojednaniu człowieka z Bogiem nie kończy się opowieścią o śmierci Jezusa na krzyżu. Dobra nowina obwieszcza Jego [Chrystusa] zmartwychwstanie i uwielbienie. Chrystus umarł, Chrystus zmartwychwstał, Chrystus panuje! To jest ewangeliczne poselstwo. Wobec tej doniosłej prawdy wezwani jesteśmy do wiary, która może złączyć nas z Jezusem. Istota chrześcijaństwa zawiera się w prostym stwierdzeniu: „w Nim”, czyli w Chrystusie. Przez wiarę możemy być w Nim, aby doświadczyć śmierci dla grzechu i mieć udział w Jego zmartwychwstałym życiu, które jest życiem dla Boga i Jego chwały.
W Chrystusie mym nadzieję mam…
„Jeśli więc ktoś jest w Chrystusie, nowym jest stworzeniem; stare przeminęło – i nastało nowe! A wszystko to jest z Boga, który nas pojednał z sobą przez Chrystusa i powierzył nam posługę pojednania, jako że Bóg w Chrystusie świat ze sobą pojednuje, nie zaliczając im ich upadków, i zlecił nam Słowo pojednania. W miejsce Chrystusa niesiemy wiec poselstwo, jakby [samego] Boga, który przez nas wzywa: Dajcie się pojednać z Bogiem. [On] Tego, który nie poznał grzechu, zamiast nas uczynił grzechem, abyśmy my w Nim stali się sprawiedliwością Boga”.
Być w Nim to największy sens egzystencji.
środa, 10 lipca 2019
DZIEDZICTWO
Kiedy u schyłku życia, przebywając rzymskim wiezieniu, Paweł z Tarsu pisze list do Tymoteusza, wspomina dziedzictwo, jakie pozostawił swojemu „ukochanemu synowi” (2 Tm 1,2). Z nieskrywaną radością stwierdza, że Tymoteusz stał się jego naśladowcą w głoszonej nauce, sposobie życia, dążeniach, wierze, cierpliwości, miłości, wytrwałości, prześladowaniach i cierpieniach (zob. 2 Tm 3,10-11). Paweł przywołuje w swoim liście też dziedzictwo wiary jakie przekazały Tymoteuszowi jego babka Lois oraz matka Eunika (2 Tm 1,5).
Każdy z nas pozostawia po sobie jakieś dziedzictwo i wszyscy, w większej lub mniejszej mierze, stajemy się punktem odniesienia dla pokolenia, które kroczy za nami. Kluczowym pozostaje pytanie, czy to co pozostawiamy po sobie jest warte naśladowania? Czy nasze dziedzictwo rzeczywiście przygotowuje kolejne pokolenia do pełnego pasji życia, którego sensem jest „kochać Boga całym sercem, z całej duszy i każdą myślą”?
Każdy z nas pozostawia po sobie jakieś dziedzictwo i wszyscy, w większej lub mniejszej mierze, stajemy się punktem odniesienia dla pokolenia, które kroczy za nami. Kluczowym pozostaje pytanie, czy to co pozostawiamy po sobie jest warte naśladowania? Czy nasze dziedzictwo rzeczywiście przygotowuje kolejne pokolenia do pełnego pasji życia, którego sensem jest „kochać Boga całym sercem, z całej duszy i każdą myślą”?
środa, 3 lipca 2019
PIERWSZE STOŁKI W SYNAGODZE
Przemawiając do swoich uczniów i zgromadzonych w Jerozolimie tłumów (zob. Mt 23) Pan Jezus piętnował zachowanie religijnej elity, którą stanowili uczeni w Piśmie i faryzeusze.
Wśród stawianych im zarzutów pojawił się i taki: „lubią pierwsze stołki w synagogach”. Synagogi były miejscem studiowania Tory, nauczania oraz modlitwy. Stanowiły one centrum życia religijnego Żydów mieszkających w ziemi Izraela i tych żyjących w diasporze. W synagodze, niedaleko od miejsca gdzie przechowywano zwoje Pism, znajdowało się szczególne siedzenie usytuowane przodem do zgromadzonych ludzi. Było to miejsce zaszczytne i wyjątkowo wyeksponowane. Nikt z obecnych w synagodze nie mógł nie zauważyć tego, kto zasiadał na tym „pierwszym stołku”. Z tym miejscem wiązał się autorytet i prestiż. I właśnie ten „pierwszy stołek” był obiektem pożądania faryzeuszy i uczonych w Piśmie. Czy celem było służenie Bogu i ludziom? Oczywiście, że nie. Celem był poklask i uznanie w oczach ludzi. Obok zasiadania na „pierwszym stołku” ważny był jeszcze odpowiedni – pompatyczny tytuł. Faryzeusze i uczeni w Piśmie chcieli być nazywani „rabbi”. Na wizytówce, obok imienia, miało być napisane dużą czcionką „RABBI – mistrz i nauczyciel”. Inni uczestnicy życia społecznego, mogli tylko z uniżeniem skłonić głowę i pozdrowić rabbiego słowami wyrażającymi najwyższe uznanie. Tego właśnie oczekiwali faryzeusze i uczeni w Piśmie. Jakże nie pasują do tych oczekiwań słowa Jezusa: „Kto większy między wami, będzie waszym sługą. Kto wywyższać się będzie, zostanie poniżony; a kto się będzie uniżał, zostanie wywyższony”. Być sługą? A przecież „pierwszy stołek w synagodze” jest taki kuszący…
Wśród stawianych im zarzutów pojawił się i taki: „lubią pierwsze stołki w synagogach”. Synagogi były miejscem studiowania Tory, nauczania oraz modlitwy. Stanowiły one centrum życia religijnego Żydów mieszkających w ziemi Izraela i tych żyjących w diasporze. W synagodze, niedaleko od miejsca gdzie przechowywano zwoje Pism, znajdowało się szczególne siedzenie usytuowane przodem do zgromadzonych ludzi. Było to miejsce zaszczytne i wyjątkowo wyeksponowane. Nikt z obecnych w synagodze nie mógł nie zauważyć tego, kto zasiadał na tym „pierwszym stołku”. Z tym miejscem wiązał się autorytet i prestiż. I właśnie ten „pierwszy stołek” był obiektem pożądania faryzeuszy i uczonych w Piśmie. Czy celem było służenie Bogu i ludziom? Oczywiście, że nie. Celem był poklask i uznanie w oczach ludzi. Obok zasiadania na „pierwszym stołku” ważny był jeszcze odpowiedni – pompatyczny tytuł. Faryzeusze i uczeni w Piśmie chcieli być nazywani „rabbi”. Na wizytówce, obok imienia, miało być napisane dużą czcionką „RABBI – mistrz i nauczyciel”. Inni uczestnicy życia społecznego, mogli tylko z uniżeniem skłonić głowę i pozdrowić rabbiego słowami wyrażającymi najwyższe uznanie. Tego właśnie oczekiwali faryzeusze i uczeni w Piśmie. Jakże nie pasują do tych oczekiwań słowa Jezusa: „Kto większy między wami, będzie waszym sługą. Kto wywyższać się będzie, zostanie poniżony; a kto się będzie uniżał, zostanie wywyższony”. Być sługą? A przecież „pierwszy stołek w synagodze” jest taki kuszący…
środa, 12 czerwca 2019
OBURZENI VS. UZDROWIENI
Kiedy Pan Jezus wjechał, w otoczeniu wiwatującego tłumu, na osiołku do Jerozolimy na Święto Paschy skierował się ku Świątyni. Jego kroki zmierzały tam, gdzie skupiało się religijne życie Żydów. Ewangeliczny opis przywołanych wydarzeń jest nacechowany dramatyzmem. Mateusz zanotował: „Jezus wszedł do Świątyni i wyrzucił stamtąd wszystkich sprzedawców i kupujących. Powywracał stoły wymieniających pieniądze oraz stragany sprzedawców gołębi…”.
Potem pojawiły się słowa wzburzenia wobec tych, którzy uczynili Świątynię miejscem zgiełku, biznesowych sporów, finansowych kalkulacji i wypełnili jej wnętrze brzękiem monet. Pod pozorem religijnej aktywności Świątynia była w rzeczywistości „kryjówką bandytów”. Prominentne miejsce w tym świątynnym chaosie mieli ci najbardziej przebiegli, wyrachowani i nastawieni na biznesowy sukces. Jednak, gdy udało się Jezusowi pozbyć tych wszystkich ogarniętych „szałem zysku” Świątynia stała się miejscem ratunku dla „niewidomych i chromych”. Ewangelista zanotował, że uzdrowienie przyszło do wszystkich będących w potrzebie. Jak na cuda Jezusa zareagował religijny establishment? Tradycyjnie „wyżsi kapłani i nauczyciele Pisma oburzyli się”. Nigdy nie było im po drodze z tym wszystkim co mówił i czynił „prorok z Nazaretu w Galilei”.
Jezus nie jest wygodny dla religijnego świata pogrążonego w szaleństwie zysku i chciwości. Ci, którzy są pełni siebie nie rozpoznają w Nim nikogo wartego uwagi. Syty nie szuka chleba. Pełny własnej sprawiedliwości nie pragnie przebaczenia. Zdrowy nie tęskni za lekarzem. Jednak będąc pogardzanym przez wielu On wciąż pozostaje jedyną nadzieją dla słabych, grzesznych, chorych i zmarginalizowanych. On jest Świątynią, w której skruszony grzesznik znajdzie przebaczenie, ślepy odzyska wzrok, a chromy będzie cieszył się swoim uzdrowieniem.
„O jedno proszę Pana, tego poszukuję: bym w domu Pańskim przebywał po wszystkie dni mego życia, abym zażywał łaskawości Pana, stale się radował Jego świątynią”.
Potem pojawiły się słowa wzburzenia wobec tych, którzy uczynili Świątynię miejscem zgiełku, biznesowych sporów, finansowych kalkulacji i wypełnili jej wnętrze brzękiem monet. Pod pozorem religijnej aktywności Świątynia była w rzeczywistości „kryjówką bandytów”. Prominentne miejsce w tym świątynnym chaosie mieli ci najbardziej przebiegli, wyrachowani i nastawieni na biznesowy sukces. Jednak, gdy udało się Jezusowi pozbyć tych wszystkich ogarniętych „szałem zysku” Świątynia stała się miejscem ratunku dla „niewidomych i chromych”. Ewangelista zanotował, że uzdrowienie przyszło do wszystkich będących w potrzebie. Jak na cuda Jezusa zareagował religijny establishment? Tradycyjnie „wyżsi kapłani i nauczyciele Pisma oburzyli się”. Nigdy nie było im po drodze z tym wszystkim co mówił i czynił „prorok z Nazaretu w Galilei”.
Jezus nie jest wygodny dla religijnego świata pogrążonego w szaleństwie zysku i chciwości. Ci, którzy są pełni siebie nie rozpoznają w Nim nikogo wartego uwagi. Syty nie szuka chleba. Pełny własnej sprawiedliwości nie pragnie przebaczenia. Zdrowy nie tęskni za lekarzem. Jednak będąc pogardzanym przez wielu On wciąż pozostaje jedyną nadzieją dla słabych, grzesznych, chorych i zmarginalizowanych. On jest Świątynią, w której skruszony grzesznik znajdzie przebaczenie, ślepy odzyska wzrok, a chromy będzie cieszył się swoim uzdrowieniem.
„O jedno proszę Pana, tego poszukuję: bym w domu Pańskim przebywał po wszystkie dni mego życia, abym zażywał łaskawości Pana, stale się radował Jego świątynią”.
poniedziałek, 29 kwietnia 2019
PRAWDZIWE PIĘKNO
„Pogardzani
Cierpiący głód i pragnienie
Nadzy
Policzkowani
Bez stałego miejsca zamieszkania
Trudzący się pracą własnych rąk
Znieważani
Prześladowani
Wyszydzani”.
Taką refleksją o sobie i jemu podobnych pracownikach Ewangelii, zwanych apostołami, podzielił się Paweł z Tarsu. Dodał jeszcze: „Staliśmy się widowiskiem dla świata, zarówno dla aniołów, jak i dla ludzi (…) staliśmy się jakby wyrzutkami tego świata, śmieciem dla wszystkich aż do tej chwili”.
„Nie miał postawy i dostojeństwa, abyśmy chcieli na Niego patrzeć
Był wzgardzony i odrzucony przez ludzi
Pełen boleści
Mieliśmy Go za nic
Poniżony”.
Tak o Chrystusie pisał żydowski prorok Izajasz. Bo cóż wartościowego było w poniżonym, odartym z godności i wykrwawiającym się na krzyżu Nauczycielu z Nazaretu? Nagi, ze śladami na ciele okrutnego biczowania, opluwany i wyszydzany przez przechodzących ludzi – obserwatorów egzekucji – nie uosabiał niczego, co świat mógłby uznać za piękne i godne pożądania.
Wygląda na to, że prawdziwe piękno i to, co zyskuje aprobatę w oczach Boga mija się z oczekiwaniami i standardami możnych tego świata. A jednak to właśnie na Ukrzyżowanym spoczęła pieczęć Bożej aprobaty i to właśnie apostoł Paweł miał świadomość czekającej go nagrody i uznania od Boga: „odłożono dla mnie wieniec sprawiedliwości, który owego dnia wręczy mi Pan, sprawiedliwy Sędzia, zresztą nie tylko mnie…”.
Uznanie w oczach Boga nie zawsze idzie w parze z powszechną akceptacją. Oklaski tłumów często nie współgrają z aprobatą Stwórcy. Aleja gwiazd, salon sław, czerwone dywany to jakby nie miejsce dla Niego i Jego posłańców… Przynajmniej TERAZ, dopóki trwa „ten wiek”. Jednak w WIECZNOŚCI, która wciąż jest przed nami wszystko wydaje się wyglądać nieco inaczej.
„Są przed tronem Boga
Służą Mu w Jego świątyni
Nie będą już głodować ani pragnąć
Bóg otrze wszelką łzę z ich oczu”
Tak o sługach Boga, w tym „nagich, wyszydzanych, cierpiących głód i pragnienie” apostołach napisał autor Księgi Objawienia. A tak opisał chwałę Ukrzyżowanego, który był „wzgardzony, poniżony i odrzucony przez ludzi”:
„Wówczas usłyszałem głos wielu aniołów. Otaczali oni tron, istoty oraz starszych, a ich liczba wynosiła miriady miriad, tysiące tysięcy. Ogłaszali donośnie:
Godny jest zabity Baranek wziąć moc i bogactwo,
mądrość i siłę, cześć, chwałę i uznanie”.
Prawdziwe piękno, które nosi na sobie aprobatę WIECZNOŚCI, pomóż mi dostrzegać, Panie!
Cierpiący głód i pragnienie
Nadzy
Policzkowani
Bez stałego miejsca zamieszkania
Trudzący się pracą własnych rąk
Znieważani
Prześladowani
Wyszydzani”.
Taką refleksją o sobie i jemu podobnych pracownikach Ewangelii, zwanych apostołami, podzielił się Paweł z Tarsu. Dodał jeszcze: „Staliśmy się widowiskiem dla świata, zarówno dla aniołów, jak i dla ludzi (…) staliśmy się jakby wyrzutkami tego świata, śmieciem dla wszystkich aż do tej chwili”.
„Nie miał postawy i dostojeństwa, abyśmy chcieli na Niego patrzeć
Był wzgardzony i odrzucony przez ludzi
Pełen boleści
Mieliśmy Go za nic
Poniżony”.
Tak o Chrystusie pisał żydowski prorok Izajasz. Bo cóż wartościowego było w poniżonym, odartym z godności i wykrwawiającym się na krzyżu Nauczycielu z Nazaretu? Nagi, ze śladami na ciele okrutnego biczowania, opluwany i wyszydzany przez przechodzących ludzi – obserwatorów egzekucji – nie uosabiał niczego, co świat mógłby uznać za piękne i godne pożądania.
Wygląda na to, że prawdziwe piękno i to, co zyskuje aprobatę w oczach Boga mija się z oczekiwaniami i standardami możnych tego świata. A jednak to właśnie na Ukrzyżowanym spoczęła pieczęć Bożej aprobaty i to właśnie apostoł Paweł miał świadomość czekającej go nagrody i uznania od Boga: „odłożono dla mnie wieniec sprawiedliwości, który owego dnia wręczy mi Pan, sprawiedliwy Sędzia, zresztą nie tylko mnie…”.
Uznanie w oczach Boga nie zawsze idzie w parze z powszechną akceptacją. Oklaski tłumów często nie współgrają z aprobatą Stwórcy. Aleja gwiazd, salon sław, czerwone dywany to jakby nie miejsce dla Niego i Jego posłańców… Przynajmniej TERAZ, dopóki trwa „ten wiek”. Jednak w WIECZNOŚCI, która wciąż jest przed nami wszystko wydaje się wyglądać nieco inaczej.
„Są przed tronem Boga
Służą Mu w Jego świątyni
Nie będą już głodować ani pragnąć
Bóg otrze wszelką łzę z ich oczu”
Tak o sługach Boga, w tym „nagich, wyszydzanych, cierpiących głód i pragnienie” apostołach napisał autor Księgi Objawienia. A tak opisał chwałę Ukrzyżowanego, który był „wzgardzony, poniżony i odrzucony przez ludzi”:
„Wówczas usłyszałem głos wielu aniołów. Otaczali oni tron, istoty oraz starszych, a ich liczba wynosiła miriady miriad, tysiące tysięcy. Ogłaszali donośnie:
Godny jest zabity Baranek wziąć moc i bogactwo,
mądrość i siłę, cześć, chwałę i uznanie”.
Prawdziwe piękno, które nosi na sobie aprobatę WIECZNOŚCI, pomóż mi dostrzegać, Panie!
piątek, 19 kwietnia 2019
LICHE DREWNO
„Żadna pieśń nie wypowie,
Co czuje moje serce.
Liche drewno ratuje moje życie.
Błogosławiony Krzyż, moja Arka”.
W samym centrum chrześcijańskiej wiary pozostaje krzyż, którego istotę tak definiuje jeden z autorów biblijnych: „Chrystus raz za grzechy cierpiał, sprawiedliwy za niesprawiedliwych, aby was przyprowadzić do Boga”. Do Boga nie można dojść o własnych siłach i na swoich warunkach. Wszelkie ludzkie starania i sposoby, aby być blisko Boga skazane są na niepowodzenie. Droga do Boga wiedzie przez odrzuconego, wzgardzonego, wyszydzonego i poniżonego Syna Bożego – Jezusa Chrystusa. Krzyż pozostaje dla wielu „gorszącym” i „głupim” widowiskiem. Umierający i pohańbiony Nauczyciel z Nazaretu nie wydaje się reprezentować sobą nic godnego uwagi. A jednak właśnie „spodobało się Bogu, aby przez Niego (Jezusa Chrystusa) wszystko pojednać ze sobą – wprowadziwszy pokój przez krew Jego krzyża, zarówno na ziemi, jak i w niebie”.
Jestem wdzięczy Bogu za „liche drewno”, które przyniosło mi ratunek i nadzieję sięgającą dalej niż tylko życie tu i teraz.
Co czuje moje serce.
Liche drewno ratuje moje życie.
Błogosławiony Krzyż, moja Arka”.
W samym centrum chrześcijańskiej wiary pozostaje krzyż, którego istotę tak definiuje jeden z autorów biblijnych: „Chrystus raz za grzechy cierpiał, sprawiedliwy za niesprawiedliwych, aby was przyprowadzić do Boga”. Do Boga nie można dojść o własnych siłach i na swoich warunkach. Wszelkie ludzkie starania i sposoby, aby być blisko Boga skazane są na niepowodzenie. Droga do Boga wiedzie przez odrzuconego, wzgardzonego, wyszydzonego i poniżonego Syna Bożego – Jezusa Chrystusa. Krzyż pozostaje dla wielu „gorszącym” i „głupim” widowiskiem. Umierający i pohańbiony Nauczyciel z Nazaretu nie wydaje się reprezentować sobą nic godnego uwagi. A jednak właśnie „spodobało się Bogu, aby przez Niego (Jezusa Chrystusa) wszystko pojednać ze sobą – wprowadziwszy pokój przez krew Jego krzyża, zarówno na ziemi, jak i w niebie”.
Jestem wdzięczy Bogu za „liche drewno”, które przyniosło mi ratunek i nadzieję sięgającą dalej niż tylko życie tu i teraz.
piątek, 22 marca 2019
JEZUS, KANANEJKA I PYTANIA
„Nie odezwał się ani słowem”
„Jestem posłany tylko do owiec, które zaginęły z domu Izraela”
„Nie jest dobrze rzucać chleb szczeniętom”
Te trzy sformułowania pojawiły się podczas rozmowy Nauczyciela z Nazaretu z kobietą (poganką) – mieszkanką okolic Tyru i Sydonu. Na zakończenie konwersacji Pan Jezus pochwalił wiarę kobiety i usłużył jej w sposób, jakiego oczekiwała. Jednak początkowo wszystko zdawało się wskazywać na porażkę jej starań…
Kobieta w bezpośredni sposób, dość niespotykany w ówczesnej kulturze, wyznała swoją potrzebę Jezusowi. Jej córka cierpiała, a w Jezusie widziała rozwiązanie tej uciążliwej i trudnej do zniesienia sytuacji: „Panie, Synu Dawida, zmiłuj się na de mną!”. Autor Ewangelii zanotował jedynie, że „Jezus nie odezwał się ani słowem”. Najwyraźniej kobieta nie spoczęła na raz wyrażonej prośbie. Uczniowie Jezusa, obecni przy tej sytuacji, wyznali podirytowani: „ona wciąż woła za nami”. Domagali się, aby Nauczyciel odpowiedział na jej prośbę, by kobieta da im spokój… Kilka, a może kilkanaście, pełnych bólu zawołań: „Panie, Synu Dawida, ulituj się nade mną” trafiało jednak na milczenie ze strony Tego, który był ich adresatem. „Nie odezwał się ani słowem” – zanotował autor Ewangelii. Zdecydowanie niezręczna sytuacja.
W końcu, kiedy przemówił do kobiety, z Jego ust nie popłynęły słowa, których zadawalibyśmy się oczekiwać: „Jestem posłany tylko do owiec, które zaginęły z domu Izraela”. Zatem nie ma już nadziei? Kobieta doskonale wiedziała czym jest etniczna przynależność. Ona pozostawała Kananejką, mieszkanką Fenicji i potomkiem wrogów Izraela… Jednak nie dała się szybko odwieść od tego z czym przyszła. Ta odpowiedź przecież nie była dla niej satysfakcjonująca. Jej córka wciąż potrzebowała pomocy, więc szkoda czasu na roztrząsanie w stylu: „godzi się, czy się nie godzi”, „wypada, czy nie wypada”…
Kananejka „pokłoniła się Jezusowi i poprosiła: Panie, pomóż mi!”. Nie odeszła „ubogacona” prawdą teologiczną o różnicy pomiędzy Izraelem a narodami, była zainteresowana tylko jednym – uzyskaniem pomocy dla dręczonej przez demona córki. Jej determinacja nie osłabła ani na moment.
Najpierw musiała zmierzyć się z milczącą obojętnością Jezusa, potem Jego odpowiedź wskazywała, że nie może oczekiwać życzliwego zainteresowania jej sprawą… Jednak ona wciąż okazywała szacunek i nie cofnęła się w swojej nieustępliwości. Kiedy, klęcząc, wypowiedziała słowa: „Panie, pomóż mi!” usłyszała jak Jezus przemówił do niej: „Nie jest dobrze zabierać chleb dzieciom i rzucać chleb szczeniętom”. I znów nie polemizowała z Jego słowami. Jej celem nie było dochodzenie racji na gruncie teologii, tradycji czy Bożych priorytetów. W tych, możliwych do zinterpretowania jako obraźliwe, słowach Jezusa dostrzegła nadzieję dla siebie: „Ale i szczenięta jadają okruchy, które spadają ze stołów ich panów”. Czyli dla niej – kobiety kananejskiej – też jest miejsce w bożym domostwie! A przecież równie dobrze mogłaby odejść rozczarowana i bez otrzymania pomocy w sprawie, z którą przyszła.
Jezus był pod wrażeniem tych pełnych nadziei słów kobiety o „szczeniętach zjadających okruchy, które spadają ze stołu ich panów”. Wyraził podziw dla jej wiary: „O, kobieto, wielka jest twoja wiara!”. Skutkiem jest cud uzdrowienia. Dręczona przez złego ducha córka kananejskiej kobiety została uwolniona.
Kananejka jest przykładem wiary, która jest w stanie wznieść się ponad granice tego co, jak można by sądzić, zostało ustalone przez Boga i jest utrwalone wielowiekową tradycją. Schemat Bożego działania wydawał się być przecież prosty. On wybrał sobie lud (potomków Abrahama), a obiecany Mesjasz był posłany właśnie do tych, których On nazywał swoimi – do „owiec Jego pastwiska”. Jednak zdeterminowana mieszkanka okolic Tyru i Sydonu dostrzegła w Bożym planie coś więcej. Coś, co pozostawało zakryte nawet dla najbliższych uczniów Jezusa. Oto Bóg Żydów chce udzielić błogosławieństwa, które rozciągnie się na wszystkie narody ziemi!
„Nie odezwał się ani słowem” Jednak nie znaczyło to Jego niechęci dla prośby Kananejki. A przecież kobieta mogła już wtedy zrezygnować…
„Jestem posłany tylko do owiec, które zaginęły z domu Izraela” Jednak nie oznaczało to Jego dezaprobaty wobec prośby Kananejki. A przecież kobieta mogła zawahać się w swojej nieustępliwości…
„Nie jest dobrze rzucać chleb szczeniętom” Jednak nie były to słowa odrzucenia i pogardy wobec kobiety – mieszkanki okolic Tyru i Sydonu. A przecież kobieta mogła porzucić nadzieję, która przywiodła ją do Tego, którego nazwała „Synem Dawida” i „Panem”.
Czyż Boże drogi nie wydają się dla nas nieco niezrozumiałe?
Czy nie mamy tendencji to pochopnego i nieuprawnionego interpretowania Jego słów?
Czy postawa Kananejki nie uczy nas, że pokora poprzedza właściwe zrozumienie Jego woli i Jego dróg?
Czy nie zbyt łatwo poddajemy się na drodze poszukiwania odpowiedzi na problemy, które dotykają nas i naszych bliskich?
„Jestem posłany tylko do owiec, które zaginęły z domu Izraela”
„Nie jest dobrze rzucać chleb szczeniętom”
Te trzy sformułowania pojawiły się podczas rozmowy Nauczyciela z Nazaretu z kobietą (poganką) – mieszkanką okolic Tyru i Sydonu. Na zakończenie konwersacji Pan Jezus pochwalił wiarę kobiety i usłużył jej w sposób, jakiego oczekiwała. Jednak początkowo wszystko zdawało się wskazywać na porażkę jej starań…
Kobieta w bezpośredni sposób, dość niespotykany w ówczesnej kulturze, wyznała swoją potrzebę Jezusowi. Jej córka cierpiała, a w Jezusie widziała rozwiązanie tej uciążliwej i trudnej do zniesienia sytuacji: „Panie, Synu Dawida, zmiłuj się na de mną!”. Autor Ewangelii zanotował jedynie, że „Jezus nie odezwał się ani słowem”. Najwyraźniej kobieta nie spoczęła na raz wyrażonej prośbie. Uczniowie Jezusa, obecni przy tej sytuacji, wyznali podirytowani: „ona wciąż woła za nami”. Domagali się, aby Nauczyciel odpowiedział na jej prośbę, by kobieta da im spokój… Kilka, a może kilkanaście, pełnych bólu zawołań: „Panie, Synu Dawida, ulituj się nade mną” trafiało jednak na milczenie ze strony Tego, który był ich adresatem. „Nie odezwał się ani słowem” – zanotował autor Ewangelii. Zdecydowanie niezręczna sytuacja.
W końcu, kiedy przemówił do kobiety, z Jego ust nie popłynęły słowa, których zadawalibyśmy się oczekiwać: „Jestem posłany tylko do owiec, które zaginęły z domu Izraela”. Zatem nie ma już nadziei? Kobieta doskonale wiedziała czym jest etniczna przynależność. Ona pozostawała Kananejką, mieszkanką Fenicji i potomkiem wrogów Izraela… Jednak nie dała się szybko odwieść od tego z czym przyszła. Ta odpowiedź przecież nie była dla niej satysfakcjonująca. Jej córka wciąż potrzebowała pomocy, więc szkoda czasu na roztrząsanie w stylu: „godzi się, czy się nie godzi”, „wypada, czy nie wypada”…
Kananejka „pokłoniła się Jezusowi i poprosiła: Panie, pomóż mi!”. Nie odeszła „ubogacona” prawdą teologiczną o różnicy pomiędzy Izraelem a narodami, była zainteresowana tylko jednym – uzyskaniem pomocy dla dręczonej przez demona córki. Jej determinacja nie osłabła ani na moment.
Najpierw musiała zmierzyć się z milczącą obojętnością Jezusa, potem Jego odpowiedź wskazywała, że nie może oczekiwać życzliwego zainteresowania jej sprawą… Jednak ona wciąż okazywała szacunek i nie cofnęła się w swojej nieustępliwości. Kiedy, klęcząc, wypowiedziała słowa: „Panie, pomóż mi!” usłyszała jak Jezus przemówił do niej: „Nie jest dobrze zabierać chleb dzieciom i rzucać chleb szczeniętom”. I znów nie polemizowała z Jego słowami. Jej celem nie było dochodzenie racji na gruncie teologii, tradycji czy Bożych priorytetów. W tych, możliwych do zinterpretowania jako obraźliwe, słowach Jezusa dostrzegła nadzieję dla siebie: „Ale i szczenięta jadają okruchy, które spadają ze stołów ich panów”. Czyli dla niej – kobiety kananejskiej – też jest miejsce w bożym domostwie! A przecież równie dobrze mogłaby odejść rozczarowana i bez otrzymania pomocy w sprawie, z którą przyszła.
Jezus był pod wrażeniem tych pełnych nadziei słów kobiety o „szczeniętach zjadających okruchy, które spadają ze stołu ich panów”. Wyraził podziw dla jej wiary: „O, kobieto, wielka jest twoja wiara!”. Skutkiem jest cud uzdrowienia. Dręczona przez złego ducha córka kananejskiej kobiety została uwolniona.
Kananejka jest przykładem wiary, która jest w stanie wznieść się ponad granice tego co, jak można by sądzić, zostało ustalone przez Boga i jest utrwalone wielowiekową tradycją. Schemat Bożego działania wydawał się być przecież prosty. On wybrał sobie lud (potomków Abrahama), a obiecany Mesjasz był posłany właśnie do tych, których On nazywał swoimi – do „owiec Jego pastwiska”. Jednak zdeterminowana mieszkanka okolic Tyru i Sydonu dostrzegła w Bożym planie coś więcej. Coś, co pozostawało zakryte nawet dla najbliższych uczniów Jezusa. Oto Bóg Żydów chce udzielić błogosławieństwa, które rozciągnie się na wszystkie narody ziemi!
„Nie odezwał się ani słowem” Jednak nie znaczyło to Jego niechęci dla prośby Kananejki. A przecież kobieta mogła już wtedy zrezygnować…
„Jestem posłany tylko do owiec, które zaginęły z domu Izraela” Jednak nie oznaczało to Jego dezaprobaty wobec prośby Kananejki. A przecież kobieta mogła zawahać się w swojej nieustępliwości…
„Nie jest dobrze rzucać chleb szczeniętom” Jednak nie były to słowa odrzucenia i pogardy wobec kobiety – mieszkanki okolic Tyru i Sydonu. A przecież kobieta mogła porzucić nadzieję, która przywiodła ją do Tego, którego nazwała „Synem Dawida” i „Panem”.
Czyż Boże drogi nie wydają się dla nas nieco niezrozumiałe?
Czy nie mamy tendencji to pochopnego i nieuprawnionego interpretowania Jego słów?
Czy postawa Kananejki nie uczy nas, że pokora poprzedza właściwe zrozumienie Jego woli i Jego dróg?
Czy nie zbyt łatwo poddajemy się na drodze poszukiwania odpowiedzi na problemy, które dotykają nas i naszych bliskich?
piątek, 8 marca 2019
SŁOWA NADZIEI
„Jesteś nędzny, godny pożałowania, biedny, ślepy i nagi”. To nie są zbyt optymistyczne słowa. Oddają one stan jednego z Kościołów do których Pan Jezus zwraca się w tekście biblijnym, znanym jako Apokalipsa św. Jana. Drugi i trzeci rozdział tej Księgi to zbiór listów dedykowanych siedmiu Kościołom rozmieszczonym na terenie Azji Mniejszej (dzisiejsza Turcja).
Zacytowane słowa skierowane są do chrześcijan, mieszkańców Laodycei – zamożnego miasta handlowego, centrum finansowego i medycznego, słynącego z leczenia chorób oczu. W przeciwieństwie do adresatów pozostałych sześciu listów, laodycejscy chrześcijanie nie otrzymują właściwie żadnego słowa pochwały. Jedno z przytoczonych określeń opisujących ich stan – „biedny” – oznacza kogoś, kto jest duchowym bankrutem, kimś zrujnowanym moralnie. W tym „Liście do Kościoła w Laodycei” znajdują się też znane i często cytowane słowa Pana Jezusa: „Oto stoję przed drzwiami i pukam. Jeśli ktoś usłyszy mój głos i otworzy Mi drzwi, wejdę do niego i spożyjemy wieczerzę: Ja z nim”. To stwierdzenie najczęściej przytaczane jest w negatywnym kontekście, jako surowy osąd. Pan Jezus jest za drzwiami swojego Kościoła! Dramat! Ale można te słowa odczytać w nieco bardziej pozytywnym znaczeniu. Pan Jezus „stoi u drzwi”, czyli jest niedaleko. Pomimo tego, że Kościół jest moralnym i duchowym bankrutem On jest blisko – gotowy na relację. Wspólny posiłek, który oferuje Pan Jezus („wejdę do niego i spożyjemy wieczerzę: Ja z nim”) to zapowiedź wspólnoty, w której jest miejsce na zaufanie. Potępienie to dzieło wroga (Oskarżyciela), wezwanie do nawrócenia i odnowa pozostają dziełem Boga. Upomnienie, którego udziela Pan Jezus Kościołowi w Laodycei jest naganą płynąca z miłości: „Ja tych, których kocham, upominam i karcę”. Moralne i duchowe bankructwo to czasami tragiczna rzeczywistość dotycząca nas chrześcijan. Jednak większą tragedią jest nie dostrzec, że w dniach tego moralnego upadku rozlega się wezwanie do odnowy. Płynie ono z ust Tego, który wciąż jest blisko: „Oto stoję u drzwi…”.
Skłaniam swoje kolana przed Bogiem, który w dniach mojego „grzęźnięcia w bagnie grzechu” nie spojrzał na mnie z obrzydzeniem, ale okazał się być Tym, który „stojąc u drzwi” cierpliwie pukał i zapraszał do posilenia się „chlebem z Nieba”.
Jeśli rozpoznajemy, że jesteśmy „nędzni, godni pożałowania, biedni, ślepi i nadzy”, rozpoznajmy też Jego wołanie o odnowę. Wszak, „gdzie panoszy się grzech, tam chce zatriumfować łaska”.
„Oto stoję u drzwi…” to niezwykłe słowa nadziei.
Zacytowane słowa skierowane są do chrześcijan, mieszkańców Laodycei – zamożnego miasta handlowego, centrum finansowego i medycznego, słynącego z leczenia chorób oczu. W przeciwieństwie do adresatów pozostałych sześciu listów, laodycejscy chrześcijanie nie otrzymują właściwie żadnego słowa pochwały. Jedno z przytoczonych określeń opisujących ich stan – „biedny” – oznacza kogoś, kto jest duchowym bankrutem, kimś zrujnowanym moralnie. W tym „Liście do Kościoła w Laodycei” znajdują się też znane i często cytowane słowa Pana Jezusa: „Oto stoję przed drzwiami i pukam. Jeśli ktoś usłyszy mój głos i otworzy Mi drzwi, wejdę do niego i spożyjemy wieczerzę: Ja z nim”. To stwierdzenie najczęściej przytaczane jest w negatywnym kontekście, jako surowy osąd. Pan Jezus jest za drzwiami swojego Kościoła! Dramat! Ale można te słowa odczytać w nieco bardziej pozytywnym znaczeniu. Pan Jezus „stoi u drzwi”, czyli jest niedaleko. Pomimo tego, że Kościół jest moralnym i duchowym bankrutem On jest blisko – gotowy na relację. Wspólny posiłek, który oferuje Pan Jezus („wejdę do niego i spożyjemy wieczerzę: Ja z nim”) to zapowiedź wspólnoty, w której jest miejsce na zaufanie. Potępienie to dzieło wroga (Oskarżyciela), wezwanie do nawrócenia i odnowa pozostają dziełem Boga. Upomnienie, którego udziela Pan Jezus Kościołowi w Laodycei jest naganą płynąca z miłości: „Ja tych, których kocham, upominam i karcę”. Moralne i duchowe bankructwo to czasami tragiczna rzeczywistość dotycząca nas chrześcijan. Jednak większą tragedią jest nie dostrzec, że w dniach tego moralnego upadku rozlega się wezwanie do odnowy. Płynie ono z ust Tego, który wciąż jest blisko: „Oto stoję u drzwi…”.
Skłaniam swoje kolana przed Bogiem, który w dniach mojego „grzęźnięcia w bagnie grzechu” nie spojrzał na mnie z obrzydzeniem, ale okazał się być Tym, który „stojąc u drzwi” cierpliwie pukał i zapraszał do posilenia się „chlebem z Nieba”.
Jeśli rozpoznajemy, że jesteśmy „nędzni, godni pożałowania, biedni, ślepi i nadzy”, rozpoznajmy też Jego wołanie o odnowę. Wszak, „gdzie panoszy się grzech, tam chce zatriumfować łaska”.
„Oto stoję u drzwi…” to niezwykłe słowa nadziei.
niedziela, 3 marca 2019
WYKONAŁO SIĘ!
Czasami, w obliczu napływających wiadomości, wydawać by się mogło, że nienawiść triumfuje. Nie dajmy się jednak oszukać. Nienawiść nie jest tą najpotężniejszą siłą i wszechogarniającą rzeczywistością. Konający, w otoczeniu ziejących nienawiścią ludzi, Galilejczyk zawołał: „Wykonało się!”. Nie było to przecież wyznanie o triumfującej nienawiści. To był, rozlegający się pośród rozdzierającego bólu, okrzyk o zwycięstwie miłości. Jakiej miłości? Tej, która przekracza granice ludzkiego zrozumienia. O niej zaświadczył autor biblijny pisząc: „Tak bardzo bowiem Bóg umiłował świat, że dał swojego jednorodzonego Syna, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, lecz miał życie wieczne”. Jeśli prawdziwe są pragnienia tych, którzy chcą świata bez wrogości i destrukcyjnej nienawiści, to jedyną drogą ku takiej rzeczywistości jest zwrócenie się ku Temu, który „kosztem swojego ciała usunął wrogość, mur podziału”. Ten mur runął w akcie miłości Boga do człowieka. O tej niezwykłej miłości opowiada krzyż Golgoty i pusty grób. Jezus Chrystus Syn Boży – umarł i zmartwychwstał. Pośród rechotu nienawiści, agresji, chęci mordu, chciwości, podstępu, głupoty i wszelkiej niegodziwości, rozbrzmiewają słowa: „Wykonało się!”. „Noc przeminęła – i dzień się przybliżył”, tyrania ciemności się skończyła. Przerażenie nad nienawiścią nie może być większe od zachwytu nad dziełem Bożej miłości. Triumfująca Boża miłość może być rzeczywistością dnia codziennego. Za każdym razem, kiedy człowiek zostaje doprowadzony do miejsca wiary i zaufania wobec dzieła Boga, jakie dokonało się w Jezusie Chrystusie, ogłaszamy triumf miłości nad nienawiścią. Triumf prawdy nad kłamstwem. Triumf światła nad ciemnością. Triumf życia nad śmiercią. Ale „kto uwierzy tej wieści”, której treścią jest Chrystus i to ukrzyżowany? A przecież jedynie On jest gwarantem rzeczywistości przenikniętej życiem, nadzieją, pokojem i sprawiedliwością. Solus Christus.
czwartek, 28 lutego 2019
ZŁY
W trzynastym rozdziale Ewangelii Mateusza mamy zapis kilku następujących po sobie przypowieści, którymi Jezus przemawiał do mieszkańców ziemi Izraela. Tematem każdej z nich jest Królestwo niebieskie. W tej różnorodności obrazów, jakimi posługuje się Pan Jezus, daje się zauważyć pewną dramaturgię. Nauczyciel chce otworzyć słuchaczom oczy na rzeczywistość Bożego działania ukierunkowanego na zbawienie człowieka, ale świat, w którym chce się manifestować chwała i moc Bożego królestwa naznaczony jest też obecnością Złego. Ów „Zły” pojawia w tzw. „przypowieści o siewcy” czy „przypowieści o chwaście”.
„Zły” to nie jakaś bezosobowa siła czy po prostu metafora zła, ale realny byt znany z tekstu biblijnego jako Diabeł, Szatan czy Oskarżyciel. Nowy Testament wydobywa na jaw prawdę o destrukcyjnych i ukierunkowanych na zniszczenie człowieka zamiarach Diabła. W tzw. zachodniej cywilizacji zdaje się nie być miejsca na świat duchowy. Tymczasem tekst biblijny zawiera mnóstwo odniesień do tej duchowej i niewidzialnej rzeczywistości oraz wzywa nas do traktowania jej poważnie. Autorzy tekstów Nowego Testamentu próbują pouczyć nas o tym „jak się rzeczy mają”. W Pierwszym Liście Jana czytamy, że „cały świat leży w mocy Złego”. Paweł, świadomy duchowej rzeczywistości, napisał, że „bóg tego świata (Diabeł) zaślepił pozbawione wiary umysły, aby ludzie nie zobaczyli blasku Ewangelii o chwale Chrystusa, który jest obrazem Boga”. Pan Jezus nazywa Diabła „władca tego świata”, w podobnym tonie wypowiada się Paweł pisząc o „tym, który panuje nad mocą, powietrzem – duchu działającym obecnie w synach buntu”.
Otaczający nas świat to arena konfliktu i ścierania się „dobra i zła”, „ciemności i światłości”, „prawdy i fałszu”. Wiara konkuruje ze strachem, miłość z nienawiścią, mądrość z głupotą a sprawiedliwość z niesprawiedliwością. Za strachem, nienawiścią, niemoralnością czy różnymi formami zniewolenia stoi duchowa rzeczywistość. Nauczyciel z Nazaretu wyjaśniając znaczenie swoich przypowieści używa określenia „Zły”.
Co robi Zły w przypowieściach Pana Jezusa? „Przychodzi i wyrywa to, co zostało zasiane w sercach” ludzi, którzy słyszeli naukę o Królestwie” i „zachwaszcza” Boże dzieło, próbując zminimalizować owoce towarzyszące szerzeniu się Bożego Królestwa. Jest wrogiem wszelkiej Bożej sprawy. Choć wynik ostatecznej rozgrywki jest ustalony, to jednak do tego rozstrzygnięcia wciąż musimy przypominać sobie, że toczymy walkę „nie przeciw krwi i ciału, ale przeciwko zwierzchnościom i władzom, przeciwko władcom tego świata ciemności, przeciwko złym duchom na wyżynach niebieskich”.
Przypowieści Pana Jezusa ukazujący duchowy konflikt są wyzwaniem dla pracowników Kościoła. Skoro tak wielu ludzi pozostaje w mocy Złego, to jaka powinna być wobec tego faktu nasza odpowiedzialność? Czytanie Biblii, modlitwa to ważne elementy chrześcijańskiej służby, ale czy jest coś jeszcze?
Temu konfliktowi, który dotyka pojedynczych chrześcijan, rodzin czy całych społeczności (wspólnot, Kościołów) towarzyszy obietnica: „Bóg pokoju zaś wkrótce zetrze szatana pod waszymi stopami. Łaska naszego Pana, Jezusa, niech będzie z wami”. Pan Jezus wyjaśniając znacznie „przypowieści o chwaście” zapowiedział: „przy końcu świata Syn Człowieczy wyśle aniołów, a oni usuną z jego królestwa wszystkie przyczyny upadku oraz tych, którzy postępują niegodziwie. I wrzucą do rozpalonego pieca. Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów. Sprawiedliwi natomiast zajaśnieją jak słońce w królestwie swego Ojca”. Kres Diabła i jego dzieł jest bliski. Nie warto być po jego stronie, aby nie mieć udziału w miejscu gdzie, według słów Pan Jezusa, „będzie płacz i zgrzytanie zębów”.
„Zły” to nie jakaś bezosobowa siła czy po prostu metafora zła, ale realny byt znany z tekstu biblijnego jako Diabeł, Szatan czy Oskarżyciel. Nowy Testament wydobywa na jaw prawdę o destrukcyjnych i ukierunkowanych na zniszczenie człowieka zamiarach Diabła. W tzw. zachodniej cywilizacji zdaje się nie być miejsca na świat duchowy. Tymczasem tekst biblijny zawiera mnóstwo odniesień do tej duchowej i niewidzialnej rzeczywistości oraz wzywa nas do traktowania jej poważnie. Autorzy tekstów Nowego Testamentu próbują pouczyć nas o tym „jak się rzeczy mają”. W Pierwszym Liście Jana czytamy, że „cały świat leży w mocy Złego”. Paweł, świadomy duchowej rzeczywistości, napisał, że „bóg tego świata (Diabeł) zaślepił pozbawione wiary umysły, aby ludzie nie zobaczyli blasku Ewangelii o chwale Chrystusa, który jest obrazem Boga”. Pan Jezus nazywa Diabła „władca tego świata”, w podobnym tonie wypowiada się Paweł pisząc o „tym, który panuje nad mocą, powietrzem – duchu działającym obecnie w synach buntu”.
Otaczający nas świat to arena konfliktu i ścierania się „dobra i zła”, „ciemności i światłości”, „prawdy i fałszu”. Wiara konkuruje ze strachem, miłość z nienawiścią, mądrość z głupotą a sprawiedliwość z niesprawiedliwością. Za strachem, nienawiścią, niemoralnością czy różnymi formami zniewolenia stoi duchowa rzeczywistość. Nauczyciel z Nazaretu wyjaśniając znaczenie swoich przypowieści używa określenia „Zły”.
Co robi Zły w przypowieściach Pana Jezusa? „Przychodzi i wyrywa to, co zostało zasiane w sercach” ludzi, którzy słyszeli naukę o Królestwie” i „zachwaszcza” Boże dzieło, próbując zminimalizować owoce towarzyszące szerzeniu się Bożego Królestwa. Jest wrogiem wszelkiej Bożej sprawy. Choć wynik ostatecznej rozgrywki jest ustalony, to jednak do tego rozstrzygnięcia wciąż musimy przypominać sobie, że toczymy walkę „nie przeciw krwi i ciału, ale przeciwko zwierzchnościom i władzom, przeciwko władcom tego świata ciemności, przeciwko złym duchom na wyżynach niebieskich”.
Przypowieści Pana Jezusa ukazujący duchowy konflikt są wyzwaniem dla pracowników Kościoła. Skoro tak wielu ludzi pozostaje w mocy Złego, to jaka powinna być wobec tego faktu nasza odpowiedzialność? Czytanie Biblii, modlitwa to ważne elementy chrześcijańskiej służby, ale czy jest coś jeszcze?
Temu konfliktowi, który dotyka pojedynczych chrześcijan, rodzin czy całych społeczności (wspólnot, Kościołów) towarzyszy obietnica: „Bóg pokoju zaś wkrótce zetrze szatana pod waszymi stopami. Łaska naszego Pana, Jezusa, niech będzie z wami”. Pan Jezus wyjaśniając znacznie „przypowieści o chwaście” zapowiedział: „przy końcu świata Syn Człowieczy wyśle aniołów, a oni usuną z jego królestwa wszystkie przyczyny upadku oraz tych, którzy postępują niegodziwie. I wrzucą do rozpalonego pieca. Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów. Sprawiedliwi natomiast zajaśnieją jak słońce w królestwie swego Ojca”. Kres Diabła i jego dzieł jest bliski. Nie warto być po jego stronie, aby nie mieć udziału w miejscu gdzie, według słów Pan Jezusa, „będzie płacz i zgrzytanie zębów”.
sobota, 23 lutego 2019
KAMIZARDZI – RUCH „DZIECI PROROKÓW”
Francuscy kamizardzi z terenu gór Sewennów (Cévennes) wymieniani są wśród licznych, w całej historii Kościoła, grup chrześcijan wśród których przejawiały się charyzmaty, w tym dar prorokowania.
Protestancka reformacja zaistniała we Francji wkrótce po wystąpieniu Marcina Lutra w Wittenberdze. Zwolennicy odnowy Kościoła nie mieli w katolickiej Francji łatwego życia. Sympatycy doktryny Jana Kalwina – jednego z czołowych reformatorów obok Lutra czy Zwingliego – nazywani byli hugenotami. W połowie XVI wieku na terenie Francji istniało ponad 2 tys. gmin hugenockich, do których należało około 400 tys. wiernych, którzy reprezentowali różne grupy społeczne. Byli wśród nich kupcy, rybacy, żeglarze, intelektualiści czy drobna szlachta. Wzajemne współistnienie hugenotów i katolików było naznaczone licznymi wojnami, które toczyły się w latach 1562-1595. Rządząca Francją Katarzyna Medycejska, jako gorliwa katoliczka, prowadziła zaciekłe wojny z kalwinami. To ona była inicjatorką masakry hugenotów w noc św. Bartłomieja w 1572 roku. Kilka tysięcy zwolenników reformacji zostało zamordowanych w Paryżu, ale fala mordów objęła też inne obszary kraju. Łączna liczba ofiar mogła wynieść kilkanaście tysięcy. Do zakończenia wojen religijnych przyczynił się tzw. edykt nantejski wydany przez Henryka IV w 1598 roku. Monarcha przyznał hugenotom ograniczone swobody: zapewnił im wolność wyznania i kultu, prawo posiadania własnych kościołów (z wyłączeniem Paryża i wielu innych miast), równouprawnienie polityczne, możliwość druku własnych ksiąg, prawo do organizacji szkolnictwa i prowadzenia szpitali.
Prześladowania protestantów, którzy stanowili około 9% ludności Francji, powróciły wraz z panowaniem Ludwika XIV. Zamykano szpitale, szkoły i uczelnie prowadzone przez hugenotów, a nadania pieniężne przechodziły w ręce instytucji katolickich. Dzieci hugenockie porywano i wychowywano w wierze katolickiej. Szczyt prześladowań przypadł na październik 1685 roku, kiedy to Ludwik XIV wydał edykt z Fontainebleau odwołujący postanowienia edyktu nantejskiego. Edykt z Fontainebleau nakazywał niszczenie kościołów protestanckich we Francji oraz nawracanie siłą na katolicyzm, zakazując jednocześnie hugenotom ucieczki z kraju. Wpływ na decyzję króla miała jego druga żony – Madame de Maintenon – gorąca zwolenniczka prześladowania protestantów. Na nią z kolej niemały wpływ miał jej duchowy doradca i spowiednik – ojciec François de la Chaise. Edykt uznawał za przestępstwo podlegające surowym karom (z karą śmierci włącznie) wyznawanie protestantyzmu czy jedynie posiadanie ksiąg „heretyckich”. W rezultacie prześladowań kraj opuściło, pomimo zakazu, kilkaset tysięcy protestantów, którzy znaleźli schronienie w Anglii, Holandii, Szwecji, Szwajcarii, Danii, Prusach. Hugenoci zabrali ze sobą znajomość ważnych technologii dotyczących produkcji tkanin i jedwabiu, wyrobu zegarów, srebra oraz produkcji mebli i przyczynili się do rozwoju rzemiosła i kupiectwa w innych krajach rywalizujących z Francją. 17 stycznia 1686 roku Ludwik XIV stwierdził, że protestantyzm we Francji został zlikwidowany.
Lecz…
Twierdzenie to nie odpowiadało prawdzie, ponieważ dość liczna społeczność protestancka zachowała się na południu Francji w Sewennach. W historii zapisali się jako kamizardzi (franc. „camisard”). Nazwę nadali im katolicy i prawdopodobnie wywodzi się ona od prowansalskiego słowa „camisa” (koszula) lub od określenia „camisade” (nocna napaść). Sami kamizardzi nazywali siebie „dziećmi Bożymi” (enfants de Dieu). Kamizardzi, choć prześladowani, doświadczyli niezwykłej mocy Ducha Świętego, która przejawiała się w proroctwach, mówieniu innymi językami, cudach i uzdrowieniach. Cały ruch zaczął się od dzieci i nastolatków prorokujących uwolnienie „ludu Izraela” – hugenotów – z rąk katolickich oprawców. W 1688 roku pasterka Isabeau Vincent – piętnastoletnia dziewczyna – przemawiała pod natchnieniem, cytując Biblię wzywała grzeszników do nawrócenia. W 1689 roku młody chłopiec – Gabriel Astier – prorokując przyciągał uwagę tłumów. W tym samym czasie setki dzieci, czasem jedynie trzy- i czterolatki , wpadały w stan uniesienia i prorokowały. Niektóre dzieci były aresztowane i wtrącane do więzienia.
Kiedy prześladowania hugenotów stały się coraz bardziej brutalne ruch „dzieci proroków” przybrał na sile. Przesłaniem „małych (z racji wieku) proroków” było wezwanie ludzi do pojednania z Bogiem i całkowitego zerwania z Kościołem katolickim. Jednak w kolejnej fazie ruchu proroctwa stały się bardziej wojownicze.
Mazel, prosty wieśniak z Cenenes, był pierwszym, który wzywał ludzi do „świętej wojny” przeciwko prześladowcom. Pod wpływem proroctw wielu zaczęło chwytać za broń i tak doszło do tzw. powstania kamizardów – wojny partyzanckiej przeciwko katolickim wojskom króla Francji. Dzięki darom objawienia kamizardzi otrzymywali wiedzę o zdrajcach, unikali zasadzek, odkrywali spiski i uderzali w swoich wrogów, tam gdzie ci się najmniej tego spodziewali. Wszystkie ich decyzje były inspirowane przez Ducha. Dzięki temu nadnaturalnemu prowadzeniu grupa słabo uzbrojonych prostych chłopów regularnie mogła pokonywać wyszkoloną armię królewską. Przynajmniej połowa żołnierzy – kamizardów – miała dar proroctwa.
Kiedy prorocy zostali „pochwyceni w Duchu” zaczynali się trząść i odczuwali słabość jak w gorączce i często upadali na ziemię. Pozostawali w takim stanie „odpoczynku” przez jakiś czas, a potem „nagle się budzili” i zaczynali prorokować. Dzielili się wizjami otwartego Nieba, oglądali anioły i objawiali rzeczy przyszłe. Prorocy przemawiali nie tylko podczas oficjalnych zgromadzeń, ale także na wsi lub w swoich domach, w codziennych okolicznościach życia. Wiele natchnionych wypowiedzi była cytowaniem obszernych fragmentów Biblii w języku francuskim. Robili to ludzie nie potrafiący czytać ani pisać i ci, którzy prawie nie znali języka francuskiego.
W świadectwach zachowała się relacja o dziewczynce, która w natchnieniu potrafiła cytować Stary Testament i Nowy Testament tak, jakby znała całą Biblię na pamięć. Wyrażała ubolewanie nad stanem Kościoła, wzywała do nawrócenia oraz ogłaszała obietnice miłosierdzia, pokoju, błogosławieństwa, spełnienia i wiecznej radości wszystkim, którzy zwrócą się ku Chrystusowi.
W zgromadzeniach niektórzy ludzie przemawiali w nieznanym języku, a następnie ktoś „tłumaczył” tę mowę. Prorokujący czasami widzieli armie aniołów walczących przeciwko armiom demonów. Przy wielu okazjach prorokowano, że Bóg będzie miał ogień lub światła spadające z nieba w nocy, aby oślepić oczy wrogów lub kierować Jego ludem, co rzeczywiście miało miejsce.
Kamizardzi wierzyli, że kiedy człowiek znajduje się pod wpływem Ducha przejawia się to na kilka sposobów:
- doświadcza drżenia w całym ciele, a szczególnie w klatce piersiowej
- zaczyna przemawiać łkając na znak pokory i skruchy
- upada na ziemię
- wygłasza poselstwo od Boga (prorokuje) zaczynając od słów: „Mówię do Was moje dzieci…”.
Świadectwa mówią o tym, że dar prorokowania objawiał się nawet wśród czternastomiesięcznych dzieci, które zaczynały mówić płynnie po francusku i wzywać do nawrócenia.
Niestety…
W czasie wojny z wojskami króla Francji, również po stronie kamizardów zdarzały się okrucieństwa, czego przykładem była masakra kobiet i dzieci z rodzin członków katolickiej milicji we Fraissinet de Fourques i podpalenie kościołów 21 lutego 1703 roku. Z czasem przeważające siły wojsk króla Francji nie dawały już żadnej nadziei na zwycięstwo kamizardów. Jeden z ich przywódców – Jean Cavalier (1681-1740) – zgodził się na bezwarunkową kapitulację. Przez jakiś czas walkę kontynuowali jeszcze inni, ale ostatecznie w 1705 roku konflikt zakończył się klęską kamizardów.
Prześladowania przeciwko hugenotom mieszkającym w rejonie gdzie wybuchło powstanie kamizardów trwały jeszcze przez kolejne 80 lat. Spustoszony okrucieństwem wojny obszar (region Sewennów) stał się niczym pustynia...
Protestancka reformacja zaistniała we Francji wkrótce po wystąpieniu Marcina Lutra w Wittenberdze. Zwolennicy odnowy Kościoła nie mieli w katolickiej Francji łatwego życia. Sympatycy doktryny Jana Kalwina – jednego z czołowych reformatorów obok Lutra czy Zwingliego – nazywani byli hugenotami. W połowie XVI wieku na terenie Francji istniało ponad 2 tys. gmin hugenockich, do których należało około 400 tys. wiernych, którzy reprezentowali różne grupy społeczne. Byli wśród nich kupcy, rybacy, żeglarze, intelektualiści czy drobna szlachta. Wzajemne współistnienie hugenotów i katolików było naznaczone licznymi wojnami, które toczyły się w latach 1562-1595. Rządząca Francją Katarzyna Medycejska, jako gorliwa katoliczka, prowadziła zaciekłe wojny z kalwinami. To ona była inicjatorką masakry hugenotów w noc św. Bartłomieja w 1572 roku. Kilka tysięcy zwolenników reformacji zostało zamordowanych w Paryżu, ale fala mordów objęła też inne obszary kraju. Łączna liczba ofiar mogła wynieść kilkanaście tysięcy. Do zakończenia wojen religijnych przyczynił się tzw. edykt nantejski wydany przez Henryka IV w 1598 roku. Monarcha przyznał hugenotom ograniczone swobody: zapewnił im wolność wyznania i kultu, prawo posiadania własnych kościołów (z wyłączeniem Paryża i wielu innych miast), równouprawnienie polityczne, możliwość druku własnych ksiąg, prawo do organizacji szkolnictwa i prowadzenia szpitali.
Prześladowania protestantów, którzy stanowili około 9% ludności Francji, powróciły wraz z panowaniem Ludwika XIV. Zamykano szpitale, szkoły i uczelnie prowadzone przez hugenotów, a nadania pieniężne przechodziły w ręce instytucji katolickich. Dzieci hugenockie porywano i wychowywano w wierze katolickiej. Szczyt prześladowań przypadł na październik 1685 roku, kiedy to Ludwik XIV wydał edykt z Fontainebleau odwołujący postanowienia edyktu nantejskiego. Edykt z Fontainebleau nakazywał niszczenie kościołów protestanckich we Francji oraz nawracanie siłą na katolicyzm, zakazując jednocześnie hugenotom ucieczki z kraju. Wpływ na decyzję króla miała jego druga żony – Madame de Maintenon – gorąca zwolenniczka prześladowania protestantów. Na nią z kolej niemały wpływ miał jej duchowy doradca i spowiednik – ojciec François de la Chaise. Edykt uznawał za przestępstwo podlegające surowym karom (z karą śmierci włącznie) wyznawanie protestantyzmu czy jedynie posiadanie ksiąg „heretyckich”. W rezultacie prześladowań kraj opuściło, pomimo zakazu, kilkaset tysięcy protestantów, którzy znaleźli schronienie w Anglii, Holandii, Szwecji, Szwajcarii, Danii, Prusach. Hugenoci zabrali ze sobą znajomość ważnych technologii dotyczących produkcji tkanin i jedwabiu, wyrobu zegarów, srebra oraz produkcji mebli i przyczynili się do rozwoju rzemiosła i kupiectwa w innych krajach rywalizujących z Francją. 17 stycznia 1686 roku Ludwik XIV stwierdził, że protestantyzm we Francji został zlikwidowany.
Lecz…
Twierdzenie to nie odpowiadało prawdzie, ponieważ dość liczna społeczność protestancka zachowała się na południu Francji w Sewennach. W historii zapisali się jako kamizardzi (franc. „camisard”). Nazwę nadali im katolicy i prawdopodobnie wywodzi się ona od prowansalskiego słowa „camisa” (koszula) lub od określenia „camisade” (nocna napaść). Sami kamizardzi nazywali siebie „dziećmi Bożymi” (enfants de Dieu). Kamizardzi, choć prześladowani, doświadczyli niezwykłej mocy Ducha Świętego, która przejawiała się w proroctwach, mówieniu innymi językami, cudach i uzdrowieniach. Cały ruch zaczął się od dzieci i nastolatków prorokujących uwolnienie „ludu Izraela” – hugenotów – z rąk katolickich oprawców. W 1688 roku pasterka Isabeau Vincent – piętnastoletnia dziewczyna – przemawiała pod natchnieniem, cytując Biblię wzywała grzeszników do nawrócenia. W 1689 roku młody chłopiec – Gabriel Astier – prorokując przyciągał uwagę tłumów. W tym samym czasie setki dzieci, czasem jedynie trzy- i czterolatki , wpadały w stan uniesienia i prorokowały. Niektóre dzieci były aresztowane i wtrącane do więzienia.
Kiedy prześladowania hugenotów stały się coraz bardziej brutalne ruch „dzieci proroków” przybrał na sile. Przesłaniem „małych (z racji wieku) proroków” było wezwanie ludzi do pojednania z Bogiem i całkowitego zerwania z Kościołem katolickim. Jednak w kolejnej fazie ruchu proroctwa stały się bardziej wojownicze.
Mazel, prosty wieśniak z Cenenes, był pierwszym, który wzywał ludzi do „świętej wojny” przeciwko prześladowcom. Pod wpływem proroctw wielu zaczęło chwytać za broń i tak doszło do tzw. powstania kamizardów – wojny partyzanckiej przeciwko katolickim wojskom króla Francji. Dzięki darom objawienia kamizardzi otrzymywali wiedzę o zdrajcach, unikali zasadzek, odkrywali spiski i uderzali w swoich wrogów, tam gdzie ci się najmniej tego spodziewali. Wszystkie ich decyzje były inspirowane przez Ducha. Dzięki temu nadnaturalnemu prowadzeniu grupa słabo uzbrojonych prostych chłopów regularnie mogła pokonywać wyszkoloną armię królewską. Przynajmniej połowa żołnierzy – kamizardów – miała dar proroctwa.
Kiedy prorocy zostali „pochwyceni w Duchu” zaczynali się trząść i odczuwali słabość jak w gorączce i często upadali na ziemię. Pozostawali w takim stanie „odpoczynku” przez jakiś czas, a potem „nagle się budzili” i zaczynali prorokować. Dzielili się wizjami otwartego Nieba, oglądali anioły i objawiali rzeczy przyszłe. Prorocy przemawiali nie tylko podczas oficjalnych zgromadzeń, ale także na wsi lub w swoich domach, w codziennych okolicznościach życia. Wiele natchnionych wypowiedzi była cytowaniem obszernych fragmentów Biblii w języku francuskim. Robili to ludzie nie potrafiący czytać ani pisać i ci, którzy prawie nie znali języka francuskiego.
W świadectwach zachowała się relacja o dziewczynce, która w natchnieniu potrafiła cytować Stary Testament i Nowy Testament tak, jakby znała całą Biblię na pamięć. Wyrażała ubolewanie nad stanem Kościoła, wzywała do nawrócenia oraz ogłaszała obietnice miłosierdzia, pokoju, błogosławieństwa, spełnienia i wiecznej radości wszystkim, którzy zwrócą się ku Chrystusowi.
W zgromadzeniach niektórzy ludzie przemawiali w nieznanym języku, a następnie ktoś „tłumaczył” tę mowę. Prorokujący czasami widzieli armie aniołów walczących przeciwko armiom demonów. Przy wielu okazjach prorokowano, że Bóg będzie miał ogień lub światła spadające z nieba w nocy, aby oślepić oczy wrogów lub kierować Jego ludem, co rzeczywiście miało miejsce.
Kamizardzi wierzyli, że kiedy człowiek znajduje się pod wpływem Ducha przejawia się to na kilka sposobów:
- doświadcza drżenia w całym ciele, a szczególnie w klatce piersiowej
- zaczyna przemawiać łkając na znak pokory i skruchy
- upada na ziemię
- wygłasza poselstwo od Boga (prorokuje) zaczynając od słów: „Mówię do Was moje dzieci…”.
Świadectwa mówią o tym, że dar prorokowania objawiał się nawet wśród czternastomiesięcznych dzieci, które zaczynały mówić płynnie po francusku i wzywać do nawrócenia.
Niestety…
W czasie wojny z wojskami króla Francji, również po stronie kamizardów zdarzały się okrucieństwa, czego przykładem była masakra kobiet i dzieci z rodzin członków katolickiej milicji we Fraissinet de Fourques i podpalenie kościołów 21 lutego 1703 roku. Z czasem przeważające siły wojsk króla Francji nie dawały już żadnej nadziei na zwycięstwo kamizardów. Jeden z ich przywódców – Jean Cavalier (1681-1740) – zgodził się na bezwarunkową kapitulację. Przez jakiś czas walkę kontynuowali jeszcze inni, ale ostatecznie w 1705 roku konflikt zakończył się klęską kamizardów.
Prześladowania przeciwko hugenotom mieszkającym w rejonie gdzie wybuchło powstanie kamizardów trwały jeszcze przez kolejne 80 lat. Spustoszony okrucieństwem wojny obszar (region Sewennów) stał się niczym pustynia...
Subskrybuj:
Posty (Atom)









