poniedziałek, 9 listopada 2020

COVID-19

Z rożnych stron, od bliższych i dalszych znajomych, docierają do mnie wieści o poważnych przypadkach zachorowania, którego przyczyną jest Covid-19. Nie mam odpowiedzi na tę i wiele innych chorób, ale zwykle na takie sytuacje reaguję modlitwą. Moje wołanie kieruję do Boga, którego poznaję na kartach Biblii. Boga, który nie jest jakimś bliżej nieokreślonym transcendentnym bytem, ale jest Tym, który ZNA i ROZUMIE ludzką słabość. Także rzeczywistość naznaczoną cierpieniem i chorobą. Bóg, który stworzył wszechświat zniżył się, by narodzić się jako człowiek. 

W Jezusie Chrystusie – Tym, o którym piszą autorzy nowotestamentowi – rozpoznać możemy BOGA i CZŁOWIEKA. Zarówno Jego bóstwo, jak i człowieczeństwo nie budzą wątpliwości, przynajmniej dla autorów Nowego Testamentu. Ewangelie ukazują Jezusa z Nazaretu, który doświadcza głodu, smutku, fizycznego wyczerpania, strachu, pokus oraz niewyobrażalnego fizycznego bólu i udręki duszy, gdy konał na krzyżu. To człowieczeństwo Jezusa, połączone z Jego boską wszechmocą i wszechwiedzą dają mi fundament, by z ufnością komunikować do Niego, także w sprawach dotyczących – mojej i bliskich mi osób – codzienności. Szczególnie tej trudnej, bolesnej i przepełnionej cierpieniem. On ZNA i ROZUMIE ludzką perspektywę. Jak pisze James I. Parker: „Ludzkie doświadczenie Chrystusa miało miejsce, by zagwarantować nam, że w każdym momencie potrzeby i ucisku, w naszej więzi i drodze z Bogiem, możemy udać się do Niego, przekonani, że w pewnym sensie On był tam przed nami, a zatem jest POMOCNIKIEM, którego potrzebujemy” (wyróżnienie moje). Służbą Kościoła jest niesienie nadziei, którą jest Chrystus – Pan chwały. W tej służbie niesienia nadziei fundamentem pozostaje prawda o przebaczeniu grzechów i uwolnieniu od wiecznej kary – piekła i śmierci. Ale jest w niej też miejsce na uzdrowienie i wyzwolenie z pęt chorób. 

W nowotestamentowym opisie duchowego przebudzenia, jakie miało miejsce w Efezie podczas wizyty w mieście Pawła z Tarsu i jego zespołu misyjnego, czytamy takie słowa: „Bóg też przez ręce Pawła w niezwykły sposób okazywał swoją moc. Było nawet tak, że wkładano na chorych chustki lub przepaski, które dotknęły jego ciała. To wystarczyło, aby USTĘPOWAŁY CHOROBY, a złe duchy wychodziły” (wyróżnienie moje). To oczekiwanie i ufność/ wiara w Boże uzdrowienie ciała wciąż pozostaje częścią służby Kościoła. 

Przez wszystkie wieki i pokolenia, w całej historii Kościoła, możemy znaleźć przykłady Bożej ingerencji, której skutkiem jest wolność od choroby. Pełnia uzdrowienia nastąpi, gdy nastanie rzeczywistość „nowej ziemi i nowego nieba”. Jednak w tym wieku Bóg wciąż odpowiada na modlitwę swojego ludu, podobną tej, jaką zanosił jerozolimski Kościół: „Panie, pozwól Twoim sługom głosić Twe Słowo z przekonaniem i odwagą, gdy Ty ze swej strony wyciągasz rękę, aby LECZYĆ oraz dokonywać ZNAKÓW I CUDÓW przez imię świętego Sługi Twego, Jezusa”. On zapanował nad grzechem, Diabłem i chorobą. Zostało zapowiedziane, że „w Jego Imieniu będą miały nadzieję narody”. To zapewnienie o NADZIEI pojawia się na kartach Ewangelii Mateusza (Mt 12,21), a zaraz za tymi słowami czytamy taką historię: „Wtedy przyprowadzono do niego opętanego, ślepego oraz niemego; więc go uzdrowił tak, że ów ślepy i niemy, mówił i widział. Zatem zdumiały się wszystkie tłumy, i mówili: Czyż nie ten jest owym synem Dawida?”. Obyśmy mogli wyrażać, w naszym pokoleniu, zdumienie nad niezwykłością dzieł Boga!

JAKA JEST RÓŻNICA?

Wielokrotnie słyszałem pytanie o różnicę pomiędzy Kościołem katolickim a Kościołami wywodzącymi się z tradycji reformacyjnej (protestanckiej). Najczęściej to pytanie rozbrzmiewa w takie formie: „Czym się różni twoja wiara od NASZEJ?”. Stwierdzenie „NASZA wiara” oczywiście kryje w sobie, powszechny w Polsce, rzymski katolicyzm. Otóż różnic jest sporo. Są też elementy wspólne. Chciałbym zwrócić uwagą na jedną różnicę. 

Wyobraźmy sobie Mszę katolicką ze szczególnym uwzględnieniem liturgii eucharystycznej. Wyobraźmy sobie, że podczas przygotowania darów ofiarnych celebrans kładzie na ołtarzu naczynia i przedmioty liturgiczne, a następnie zaprasza jedną osobę (na przykład Pana Marka – pracownika w sklepie ze sprzętem RTV-AGD), która jako praktykujący parafianin jest obecna w kościele, aby przyniosła z tabernakulum chleb i wino (możliwe?). Następnie ksiądz katolicki prosi kolejną osobę (na przykład Panią Martę – praktykującą parafiankę i kasjerkę z Biedronki) do przeprowadzenia obrzędu zwanego lavabo (katolicy na pewno wiedzą w czym rzecz). I to właśnie Pani Marcie ksiądz obmywa ręce i podaje specjalny lniany ręczniczek. MOŻLIWE? Potem, Pani Kasia wzywa wiernych do modlitwy nad darami – chlebem i winem. MOŻLIWE? Następnie Pani Kasia i Pan Marek prowadzą modlitwę eucharystyczną w trakcie której, wedle teologii katolickiej, dokonuje się konsekracja wina i chleba i dochodzi do przeistoczenia pokarmów w Ciało oraz Krew Jezusa Chrystusa, czyli ma miejsce transsubstancjacja. MOŻLIWE? Wreszcie Pani Kasia i Pan Marek udzielają wszystkim zgromadzonym komunii świętej. Możliwe? Otóż, NIEMOŻLIWE. Dlaczego? Jedną z różnic pomiędzy katolicyzmem a protestantyzmem jest – wyraźny w katolicyzmie – podział na świeckich i duchownych (laikat i kler). Ci drudzy nie mogą podejmować się niektórych czynności w ramach Mszy świętej. 

W katolicyzmie jest obecny podział na mogących sprawować liturgię eucharystyczną i tych, którzy pozostają jedynie w łączności z celebransem, ale nie mają możliwości prowadzenia liturgii eucharystycznej NA RÓWNI z duchownymi. W Kościołach tradycji protestanckiej, szczególnie ewangelikalnej, WSZYSCY mają możliwość prowadzenia i przewodniczenia poszczególnym elementom nabożeństwa. Dzieje się tak w oparciu o przekonanie, że Nowy Testament nie uczy o Kościele składającym się z dwóch różnych grup: kleru i laikatu. Nie ma, w tradycji Kościołów ewangelicznych, takiej modlitwy, która nie mogłaby wyjść z ust tzw. „zwykłego” członka Kościoła (parafianina). W tradycji ewangelikalnej, zarówno Pani Kasia, Pan Marek, jak i pastor po seminarium (lub bez formalnego wykształcenia) mogą sprawować liturgię – łącznie z, nieco inaczej pojmowaną niż w katolicyzmie, eucharystią. Ot, jedna z różnic. Nie najważniejsza, ale najczęściej różnice teologiczne moich rozmówców mniej interesują.

czwartek, 5 listopada 2020

PAPIEŻ, CZYLI PYTANIA O RÓŻNICE POMIĘDZY KATOLICYZMEM A PROTESTANTYZMEM

Marcin Luter pali bullę papieską, Wittenberga, 1520 r.
Czasami (jakby coraz rzadziej, ale jednak) zdarza się, że ktoś zapyta: „A JAKA JEST RÓŻNICA pomiędzy naszą wiarą (ta „nasza wiara”, to oczywiście katolicyzm), a twoją?”. Nie da się ukryć, że owa „nasza wiara” w wielu miejscach pozostaje czymś innym niż chrześcijaństwo wywodzące się z protestanckiej reformacji. Jedną z różnic pozostaje sprawa papiestwa. 

Protestancka reformacja XVI wieku przyniosła bardzo krytyczne spojrzenie na instytucję papiestwa i roszczenia papieża (biskupa Rzymu) do bycia głową Kościoła. Reformatorzy, również polscy, postrzegali średniowieczną instytucję papiestwa jako źródło zła. Nadużycia władzy papieskiej były przedmiotem dysput i ostrych polemik. 

Postulaty reformy Kościoła głosił też, żyjący dwa wieki wcześniej, Jan Wiklif (ok. 1329-1384). W tekście prof. Pawła Krasa z Instytutu Historii PAN „Reformatio Ecclesiae w Nauczaniu Jana Wiklifa i Jana Husa” czytamy: „W nauczaniu Wiklifa o Kościele jako wspólnocie przeznaczonych Chrystus jest jego głową, a istnienie jakiegokolwiek ziemskiego następcy jest zbędne. Równocześnie Wiklif podważał papieską supremację biskupów Rzymu w Kościele, która opierała się na prymacie św. Piotra w kolegium apostolskim i władzy kluczy przekazanych mu przez Chrystusa. W jego ocenie Piotr nie został obdarowany większą władzą niż inni apostołowie, a przekazana mu władza nie odnosiła się w jakiś szczególny sposób oni do niego, ani do biskupów Rzymu. Nic też nie wskazuje, aby sprawował swoją władzę nad innymi apostołami Chrystusa i nadzorował ich posługę. Dla Wiklifa godność papieży nie budziłaby zastrzeżeń, gdyby biskupi Rzymu naśladowali św. Piotra w jego pokorze i ubóstwie, a zarazem nie rościli sobie pretensji do władzy nad całym Kościołem”. Zdaniem Wilkifa „Żaden papież nie mógł głosić czegoś, co było niezgodne z literą Pisma Świętego, które miało charakter niepodważalny i samowystarczalny. Jeżeli papież czynił inaczej, to stawał się antychrystem”. 

Stanowisko protestanckie różni się od katolickiego w wielu aspektach, w tym w kwestii papiestwa. Jako protestantowi obcy mi jest, obecny w Kościele rzymskim, przepych szat liturgicznych, ołtarzy, świętych obrazów, kadzielnic, tronów, baldachimów… Obecność papieża w przestrzeni publicznej nie powoduje u mnie jakiegoś szczególnego zachwytu i obca mi jest, kreowana często wokół jego osoby, atmosfera wzniosłości i nadzwyczajności. Papież pozostaje w moich oczach takim samym człowiekiem jak każdy inny. Jeśli powie coś mądrego, warto się nad tym zastanowić, a jeśli głosi coś, czego nie dostrzegam w nauce apostolskiej Nowego Testamentu, to nie przywiązuję wagi do jego słów. Autorytetem, w sprawach wiary, pozostaje niezmienne i ponadczasowe Słowo Boże. W pełni wystarczającą, kompletną normą i ostatecznym autorytetem dla wiary chrześcijańskiej pozostaje Pismo Święte, a nie nauczanie papieży, które – jak dowodzi historia – było omylne.

KUPUJ U MNIE! CZYLI KILKA REFLEKCJI NAD LISTEM DO KOŚCIOŁA W LAODYCEI

Czasami kontrast pomiędzy tym jak sami myślimy o sobie i zdaniem Boga na nasz temat bywa boleśnie DUŻY. Laodycejscy chrześcijanie mieli o sobie nad wyraz dobrą opinię: „Jestem bogaty, wzbogaciłem się, niczego nie potrzebuję!”. Trudno jednoznacznie wskazać co determinowało tę opinię. Może ich myślenie zostało ukształtowane realiami życia w mieście? Wszak Laodycea – ważny ośrodek finansowy starożytności – słynęła ze swoich bogactw. Gdzie można było znaleźć wyroby odzieżowe wysokiej jakości? Oczywiście w Laodycei. Wielką sławę miastu przynosiła szkoła medyczna wyspecjalizowana w leczeniu chorób oczu, reprezentowana przez Zeukisa i Aleksandra Philalethesa. Gdy, jak pisał Tacyt, to „najwspanialsze miasto Azji” zostało zniszczone wskutek trzęsienia ziemi dźwignęło się z ruin własnymi środkami – bez pomocy z zewnątrz. Czy któreś z miast Azji mogło równać się w splendorze, sławie, bogactwie, prestiżu i zasobach z Laodyceą? 

Może podobne myślenie, w sprawach religii, przejawiali chrześcijanie z tego miasta? Jakże boleśnie, w tym kontekście, wybrzmiewają słowa Pana Jezusa: „Nie wiesz jednak, że jesteś NĘDZNY, GODNY POŻAŁOWANIA, BIEDNY, ŚLEPY i NAGI” (Ap 3,17). Może właśnie trzeba usłyszeć bolesne słowa, by otrząsnąć się ze złudzeń i wydumanej opinii na swój temat? Pan Jezus jednak nie pozostawił Kościoła w Laodycei tylko z tą surową i jednoznaczną oceną. Jego celem nie jest jedynie napiętnowanie i uwypuklenie problemu. On wskazał też drogę wyjścia z tego zadufania i nieuzasadnionego poczucia wyższości obecnych wśród laodycejczyków. Jego rada brzmi prosto: „Kup U MNIE złota oczyszczonego w ogniu, aby się WZBOGACIĆ i białe szaty, aby się UBRAĆ i nie musieć się wstydzić swojej nagości, oraz balsam do namaszczenia twych oczu, aby PRZEJRZEĆ”. To tak jakby komunikował: „Chcesz się chlubić bogactwem? Pokażę ci drogę do prawdziwego skarbu. Pragniesz wyglądać okazale przed innymi? Pomogę ci przywdziać najpiękniejsze szaty. Chcesz zadbać o swój wzrok? Pomogę ci widzieć to, co naprawdę istotne”. 

Po pierwsze: „KUPUJ U MNIE!” – uczyń w swoim życiu miejsce na więź i bliskość ze Mną. Wszystko co czyni nasze życie prawdziwie cennym i wartościowym, teraz i w wieczności, zawiera się w relacji z NIM. On – Pan Bóg – pozostaje w posiadaniu wszystkiego co może uczynić nasze życie pełnym w każdym wymiarze. Pan Bóg, w relacji z Nim, udziela tego co sam ceni. On chce zadbać o OBFITOŚĆ WIARY, którą autorzy nowotestamentowi nazywają czymś cenniejszym od „złota w ogniu oczyszczonego”. Wiara pozwala cieszyć się nieograniczonymi przywilejami w Bożych oczach. Prawdziwie bogaci są ci, którzy kroczą ścieżkami wiary na wzór Abla, Henocha, Noego, Abrahama, Sary, Izaaka, Jakuba, Józefa, Mojżesza… Jego dbałość dotyczy sprawiedliwości, która nie jest efektem naszych starań, ale nakładana jest na nas dzięki ufności pokładanej w Chrystusie – w dziele Jego śmierci i zmartwychwstania. „Białe szaty”, to zaszczytne okrycie przysługujące uczniom Chrystusa. Nie ma bardziej godnego ubioru niż właśnie SZATA SPRAWIEDLIWOŚCI Chrystusa nałożona na grzesznika wołającego o ratunek i pomoc. I wreszcie DUCHOWY WZROK. Oczy, które są w stanie widzieć „cel i nagrodę w górze, do której zostaliśmy wezwani przez Boga” (Flp 3,14). Potrzebujemy wzroku, który ogarnia „długość, szerokość, wysokość i głębokość Bożej miłości”. 

To wezwanie do relacji z Nim wybrzmiewa w Liście do Kościoła w Laodycei w słowach: „Oto stoję przed drzwiami i pukam. Jeśli ktoś usłyszy Mój głos i otworzy Mi drzwi, wejdę do niego i spożyjemy wieczerzę. Ja z nim, a on ze Mną” (Ap 3,20). Obym mógł usłyszeć Jego pukanie.

sobota, 31 października 2020

31 PAŹDZIERNIKA

„Zabiegajcie wszyscy o zbawienie własnych dusz. Szukajcie Pana, dopóki handlarz odpustami jest blisko. Czy nie słyszycie głosu waszych zmarłych rodziców, innych ludzi, którzy tam krzyczą i mówią: Zmiłujcie się, zmiłujcie się nade mną, wy, przyjaciele moi […]. Cierpimy ciężki kary i męki, z których możecie nas wybawić niewielką jałmużną, a jednak nie chcecie. Otwórzcie uszy, bo ojciec krzyczy do syna, matka do córki”. Takie i im podobne słowa dominikanina o. Jana Tetzla, któremu papież Leon X powierzył kierowanie kampanią odpustową mającą sfinansować budowę bazyliki św. Piotra, znalazły adwersarza w osobie Marcina Lutra. 

Obydwaj – Luter i Tetzel – urodzili się w Saksonii i byli dobrze wykształceni. Jednak, jak się zdaje, więcej ich różniło. Kaznodziejstwo Tetzla, akcentujące możliwości uzyskania odpustu dla dusz czyśćcowych, spotkało się z polemiką wittenberskiego profesora biblistyki. Tetzel był domniemanym autorem powiedzenia: „Gdy tylko złoto w misce zadzwoni, do nieba jakaś duszyczka pogoni”, tymczasem – wśród swoich 95 tez – Luter obwieszczał: „Ludzkie BREDNIE opowiadają ci, którzy głoszą, że gdy grosz w skrzynce zabrzęczy, dusza z czyśćca uleci. Jest to pewne, że gdy grosz w skrzynce brzdęknie, urosnąć może skąpstwo i chęć zysku…”. 

W dniu ogłoszenia swoich tez, 31 października 1517 roku, Luter dał wyraz oburzeniu wobec – jak pisze ks. Bogdan Ferdek w książce „O odpustach 500 lat później” – automatyzmu odpustowego przemysłu i jego wpływu na relację człowieka do Boga opartą na WIERZE i ODDANIU. Wezwanie do reformy miało zwrócić Kościół ku źródłom wiary, których należy doszukiwać się w apostolskim nauczaniu autorów Nowego Testamentu. Wystąpienie w Wittenberdze, które dało początek reformacji protestanckiej, było poprzedzone poszukiwaniem przez Lutra odpowiedzi na pytania o warunki, jakie grzeszny człowiek musi spełnić, aby dostąpić usprawiedliwienia przed świętym Bogiem. W tym poszukiwaniu prawdy o usprawiedliwieniu Luter dochodzi do takiego oto przekonania, które doskonale – moim zdaniem – oddaje istotę protestantyzmu wyrażonego zasadą „sola fide” i „solus Christus”: „WIARA usprawiedliwia nas dlatego, że uchwyciła się CHRYSTUSA, naszego Odkupiciela. Ludzki rozum obiera za swój cel zakon i myśli sobie tak: to zrobiłem, tego nie zrobiłem. Wiara zaś, należycie pojmowana, nie ma NIC INNEGO POZA JEZUSEM CHRYSTUSEM, Synem Bożym, wydanym za grzechy całego świata. Nie patrzy na uczynki miłosierdzia i nie pyta: Co zrobiłem? W czym zawiniłem? Na co zasłużyłem? Mówi raczej: Co Chrystus uczynił? Na co zasłużył? I prawda ewangelii odpowie ci tutaj, że On wybawił cię od grzechu, od diabła i śmierci wiecznej. Wiara zatem uznaje, że w tej jednej osobie, w Jezusie Chrystusie, jest przebaczenie grzechów i życie wieczne”. Te słowa pochodzą z „Komentarza do Listu do Galatów”, który Marcin Luter poprzedza takim wyznaniem: „Dręczone niepokojem – z uwagi na sąd Boży – sumienie nie znajdzie wszakże ratunku przed rozpaczą i wieczną śmiercią, jeśli nie uchwyci się przebaczenia grzechów z łaski, udzielonego darmo w Jezusie Chrystusie”. 

Kocham życie nie śmierć. Raduję się w Chrystusie, a nie z powodu własnych zasług. Polegam na łasce i miłosierdziu Boga, a nie na zestawie moich dobrych uczynków. Znajduję pocieszenie w zaufaniu Chrystusowi, porzucając inne sposoby na zyskanie wiecznego zbawienia. Doświadczam bliskości i więzi z Bogiem, bo On mnie pierwszy ukochał i uzdolnił do kochania. Czerpię pociechę z Pism, które „potrafią pouczyć jak osiągnąć zbawienie dzięki wierze w Chrystusie Jezusie”. Jestem protestantem i czerpię z dziedzictwa reformacji.

czwartek, 15 października 2020

BIBLIA BUCHANANA

Wśród manuskryptów biblijnych ważne miejsce zajmuje, pochodząca z drugiej połowy XII wieku, tzw. Biblia Buchanana. Zawiera ona ręcznie spisany, umieszczony w trzech kolumnach, tekst Starego i Nowego Testamentu w tłumaczeniu na język syryjski, który był językiem Kościoła wschodniego (Bliski Wschód, Persja i Indie). 

Nurt chrześcijaństwa wschodniego był jednym z głównych strumieni rozwoju chrześcijaństwa w starożytności. Za jego centrum można uznać Antiochię, z którą administracyjną łączność miały takie ośrodki chrześcijaństwa jak Edessa (dziś Şanlıurfa w południowo-wschodniej Turcji), Nisibis (obecnie Nusaybin w Turcji przy granicy z Syrią) i, położony nad brzegiem Tygrysu, Ktezyfon (dzisiejszy Irak). Wpływ Kościoła wschodniego sięgał aż po Indie, gdzie – zgodnie z tradycją – dotarł, celem głoszenia Ewangelii o Chrystusie, Tomasz apostoł (tzw. „niewierny Tomasz”). Kilkanaście wieków później, w ramach działalności misyjnej, dotarł do Indii szkocki duchowny Kościoła anglikańskiego Claudius Buchanan (1766-1815). W Kandanad (południowo-zachodnie Indie) Buchanan otrzymał od tamtejszych zwierzchników Kościoła wspomniany manuskrypt. Tekst tzw. Biblii Buchanana zapisany jest na welinie, czyli bardzo cienkim pergaminie (najczęściej z wyrabianym wysokogatunkowej cielęcej skóry). Zawartość manuskryptu oddaje kanon właściwy Kościołom tradycji syryjskiej (Kościół monofizycki i Kościół nestoriański). Nowy Testament kończy się na Liście Judy i nie zawiera Apokalipsy, włączono natomiast do niego List do Koryntian Klemensa i pisma znane pod nazwą Literatury Pseudoklementyńskiej (II List do Koryntian, Listy do dziewic i Pseudo-Klementyny). Biblia Buchanana jest bogato ilustrowana. Można tam znaleźć przykładowo portrety proroków i ewangelistów, jak również scenę ścięcia Holofernesa przez Judytę z apokryficznej (deuterokanonicznej) Księgi Judyty.

Skany tego unikatowego manuskryptu biblijnego udostępniła online Biblioteka Uniwersytetu w Cambridge: https://cudl.lib.cam.ac.uk/view/MS-OO-00001-00001/1

sobota, 3 października 2020

WSPÓŁPRACOWNIK MAREK

„Mój współpracownik” – tak o Janie Marku, kuzynie Barnaby, pisze Paweł apostoł w Liście do Kolosan. Te słowa mogą nieco dziwić, jeśli odnieść je do wydarzeń jakie miały miejsce około dwudziestu lat wcześniej. Wszak to właśnie Jan Marek stał się przyczyną ostrego sporu pomiędzy Pawłem i Barnabą w czasie tzw. pierwszej podróży misyjnej. Jan Marek został dołączony do zespołu misyjnego przez Barnabę, jednak szybko oddzielił się od apostołów i udał się do Jerozolimy – do środowiska chrześcijańskiego z którego się wywodził. Jego postawa, jak się zdaje, mocno zirytowała Pawła, który zdecydowanie sprzeciwił się woli Barnaby, by zabrać Marka w drugą podróż misyjną. Doszło do sporu i rozeszły się drogi Pawła i Barnaby, a powodem całego zdarzenia był właśnie Marek. Najwyraźniej początkowa niechęć nie odcisnęła piętna na przyszłą relację Pawła z Markiem. Nie znamy okoliczności ich ponownego się zejścia, ale czytamy, że Marek stał się bliskim współpracownikiem apostoła z Tarsu. Paweł cenił Marka i polecał go też innym Kościołom, jako wypróbowanego pracownika. Tak rekomendował go Kolosanom: „jeśli przyjdzie do was, przyjmijcie go przychylnie”. W tym określeniu „przyjmijcie” kryje się też myśl o gotowości uczenia się od Marka i otwartości serca na to, z czym miał on przybyć do tej chrześcijańskiej wspólnoty. Pod koniec swojego życia, będąc w więzieniu, Paweł zwracał się do Tymoteusza by ten przybył do niego i zabrał ze sobą Marka „bo jest mi bardzo pomocny w posługiwaniu”.

Chrześcijańskie życie i służba są zespołowe. W tym budowaniu zespołu nietrudno o napięcia, spory (nawet „ostre spory”), nieporozumienia i rozstania. Jednak historia Pawła i Marka uczą, że nie należy nigdy ostatecznie przekreślać relacji, nawet jeśli na pewnym etapie życia ta wieź będzie naznaczona różnego rodzaju tarciami i waśniami. Nigdy nie wiadomo jaki ostatecznie scenariusz dla różnych trudnych – naznaczonych napięciem, frustracją i gniewem – relacji Pan Bóg zapisze dla nas. Może się zdarzyć tak jak w przypadku Marka, który choć był uznany przez Pawła za nieużytecznego, to ostatecznie stał się „bardzo pomocny”.

środa, 30 września 2020

TAM, GDZIE MIESZKA SZATAN

Starożytne miasto Pergamon (lub Pergam), które w okresie rzymskim mogło być zamieszkiwane przez ok. 120-160 tys. osób, odznaczało się obfitością świątyń. Znane było z kultu Ateny, Dionizosa, Demeter i Zeusa. Najsłynniejszym obiektem kultu pozostawał ołtarz poświęcony Zeusowi, na którym składano ofiary olimpijskiemu władcy bogów. Dodatkowo, w czasach rzymskich, w mieście rozwinął się kult cesarski poświęcony głównie Trajanowi (98-117 r. po Chr.).  

Może właśnie z tych powodów, w liście dedykowanym „Aniołowi Kościoła w Pergamie”, wyczytujemy takie słowa Pana Jezusa: „Wiem, gdzie mieszkasz: tam, gdzie jest TRON SZATANA…” (Ap 2,13).

Kościół w Pergamie został zatem powołany do istnienia w wyjątkowo trudnym miejscu. Jednak naturą Kościoła jest właśnie – niczym światło lampy – świecić pośród ciemności (zob. Flp 2,15). A dbałość o to światło pozostaje wyzwaniem dla chrześcijan w każdym pokoleniu, tak jak było wyzwaniem dla chrześcijan z Pergamu. Kiedy Paweł z Tarsu przypomina Kościołowi w Filippi ich powołanie do bycia „źródłem światła w świecie”, dodaje: „TRZYMAJCIE SIĘ MOCNO Słowa Życia” (Flp 2,16). Właśnie taki wzór postępowania dał Antypas, o którym w tekście Apokalipsy czytamy, że pozostał wiernym i trwał z zjednoczeniu z Chrystusem. Antypas stanął po stronie Boga w trudnych okolicznościach i pośród wielkiego sprzeciwu, tak sił politycznych jak i duchowych starożytnego Pergamu. Istnieje tradycja wedle której był on biskupem Pregam, i, podczas prześladowań, został włożony do miedzianego kotła i ugotowany. Pan Jezus mówi o Antypasie, że „był Jego wiernym świadkiem, który został zabity”.

Nie wiem jakie próby zostały przewidziane dla nas, ludzi Kościoła XXI wieku, w Polsce. Nie da się wykluczyć, że sprzeciw duchowy czy polityczny może mocno odcisnąć się na naszym chrześcijańskim życiu. Dziś słyszymy głównie o prześladowaniach i bohaterstwie wiary w krajach Azji czy Afryki. Statystki podają, że kilkadziesiąt milionów chrześcijan jest narażonych każdego dnia na szczególnie silne prześladowania. Jestem wdzięczny Bogu za możliwość swobodnego wyrażania i praktykowania mojej wiary w Chrystusa. Czasami tylko jest mi trudniej w życiu publicznym, bo jako ewangelicznie wierzący chrześcijanin w Polsce wciąż pozostaję „na cenzurowanym” w oczach katolickiej większości. Nie spotyka mnie, dzięki Bogu, prześladowanie i sprzeciw podobne tym, jakiego doświadczali chrześcijanie z Pergamu. Czytając tekst Apokalipsy zwany „Listem do Kościoła w Pergamie” uświadamiam sobie jednak, że moją odpowiedzialnością wobec Chrystusa jest ufać Mu, kochać Go i podążać za Nim w każdych okolicznościach oraz w każdym miejscu. Jeśli trzeba także w miejscu naznaczonym presją i uciskiem – politycznym lub duchowym. Niech Bóg pozwoli zachować wierność i trwać w zjednoczeniu z Chrystusem do końca moich dni.

wtorek, 29 września 2020

APOSTOŁOWIE

W jednym ze swoich listów Paweł z Tarsu odsłania realia apostolskiego powołania i służby. Dziwne są to słowa, jeśli odnieść je do zauważalnej – też w kościelnej rzeczywistości – tendencji, by konkurować, „rozpychać się po swoje”, przekrzykiwać się o racje i zabiegać o prestiż. Tymczasem Paweł – „powołany z woli Boga na apostoła Jezusa Chrystusa” – pisze o sobie i jemu podobnych w taki oto sposób: „Bóg postawił nas, apostołów, NA OSTATNIM MIEJSCU, jakby skazanych na śmierć. Staliśmy się widowiskiem dla świata, zarówno dla aniołów, jak i dla ludzi…”. A następnie dodaje jeszcze: „[jesteśmy] POGARDZANI. Aż dotąd cierpimy głód i pragnienie, jesteśmy nadzy, POLICZKOWANI i bez stałego miejsca zamieszkania. Trudzimy się, pracując własnymi rękami (…) Staliśmy się jakby wyrzutkami tego świata, ŚMIECIEM DLA WSZYSTKICH aż do tej chwili”. W tym dłuższym, niż zacytowany przeze mnie, fragmencie Pierwszego Listu do Koryntian pojawiają się też takie stwierdzenia opisujące apostolską służbę, jak: „znieważani”, „prześladowani” czy „wyszydzani”.

Jednak NIE SĄ TO SŁOWA PRZEGRANEGO CZŁOWIEKA, który narzeka i przeklina swój nędzny los. Wręcz przeciwnie. Wypowiada je człowiek świadomy mądrości i Bożego autorytetu, jakie zostały mu udzielone. Są to słowa kogoś dobitnie przekonanego, że powierzony mu został prawdziwy i drogocenny skarb – Dobra nowina o ratunku w Chrystusie. A wartość tego skarbu przewyższa wszelkie dobra, jakie można zdobyć i zgromadzić podczas ziemskiej egzystencji. Skąd zatem w obliczu „doniosłości poznania Boga” towarzyszącego apostolskiej służbie słowa o pogardzie, wyszydzaniu i znieważaniu?

Najwyraźniej to co cenne w oczach Boga nie zawsze znajduje się zbyt wysoko w hierarchii ustalonej ludzkimi standardami. Wygląda na to, że aby dostrzec rzeczywistość drogocenną w oczach Boga trzeba skierować swój wzrok w inną nieco stronę, niż podpowiada nam to ludzka „mądrość”. Wygląda na to, że On ukazuje swoją chwałę w tym, co nie cieszy się powszechnym uznaniem i swoją krzykliwością zabiega o ludzką uwagę. Wszak, czy ukrzyżowany Chrystus – rozpościerający swoje ramiona na drewnianej belce, unieruchomiony gwoździami do rzymskiego krzyża, krwawiący i konający pośród drwiącego tłumu – jest obiektem zainteresowania i zadumy współczesnego człowieka? A skoro On pozostaje poza zainteresowaniem, żądnych rozrywki, tłumów, to czyż nie inaczej jest z tymi, którzy Chrystusa głoszą i Jemu służą?