środa, 2 stycznia 2019

PO OWOCACH ICH POZNACIE

Pozory bywają zwodnicze.

Żyjemy w świecie, w którym fałsz ściera się z prawdą, piękno istnieje obok brzydoty, szlachetność koegzystuje z niegodziwością. Aby odkryć prawdziwą naturę rzeczy nie wystarczy powierzchowne patrzenie i słuchanie.

Wśród mów Jezusa znanych jako „Kazanie na Górze” zwarte jest wezwanie do ostrożności: „Strzeżcie się fałszywych proroków…”. Autorzy pism jakie znalazły się w kanonie Nowego Testamentu przywołują jeszcze istnienie fałszywych apostołów czy fałszywych nauczycieli. Jak rozpoznać prawdę od fałszu? Czy jesteśmy skazani na spekulacje bez możliwości rzetelnej oceny tych, którzy podają się za „głosicieli prawdy”?

Pan Jezus zdaje się wskazywać na to co, powinno stanowić o przyjęciu lub odrzuceniu ludzi powołujących się na autorytet „Bożego proroka”: „Rozpoznacie ich po owocach”. Owoc to coś, co wydawane jest w pewnym procesie. Pośpieszna ocena może okazać się myląca. Gdzie szukać tego „owocu”, który kwalifikuje lub dyskwalifikuje człowieka jako „Bożego sługę”? Tym owocem nie są trafne i mądre teksty pozostawiane na Facebooku. Nie jest nim również zdolność do czynienia „niezwykłych rzeczy”, mogących zachwycać żądne atrakcji i wrażeń tłumy. A zatem co jest tym dobrym i pożądanym owocem? Jest nim, jak wierzę, życie ukierunkowane na uwielbienie Boga i wykonanie Jego woli. Ten rodzaj życia znajduje upodobanie w relacji i bliskości z Bogiem i wyraża się wyznaniem, jakie złożył psalmista: „Cóż ja mam w niebie oprócz Ciebie? Poza Tobą nic mnie też nie cieszy na ziemi”. Pragnienie Boga i przebywania w Jego obecności będzie skutkować niechybnie upodobnieniem się do Niego, jak napisał Jan apostoł: „żyjemy bowiem w tym świecie jako Jemu podobni”. Owoc musi się pojawić i w miarę upływu czasu będzie on coraz wyraźniejszy. Tego podobieństwa do Boga, w którym jest miejsce na autentyczne przejawianie „miłości, radości, cierpliwości, pokoju, dobroci, życzliwości, wierności, łagodności czy opanowania” życzę sobie na rok 2019 i wszystkie następne lata.

środa, 26 grudnia 2018

WSPOMNIENIE DONA RICHARDSONA (1935-2018)

Don Richardson
23 grudnia 2018 roku odszedł do wieczności Don Richardson, znany w Polsce m.in. za sprawą książek „Wieczność w ich sercach”, „Dziecko Pokoju” czy konferencji w Toruniu, która miała miejsce na początku lat 90. XX wieku. 

Don Richardson przez 15 lat, wraz z żoną Carol i czwórką dzieci, mieszkał wśród plemienia Sawi – kanibali i łowców głów – zamieszkującego Nową Gwineę. Przetłumaczyli Nowy Testament na język Sawi i dane im było widzieć jak wielu z tego plenienia przychodzi do wiary Chrystusa. To właśnie służba pośród Sawi zaowocowała napisaniem, w 1974 roku, książki pt. „Dziecko Pokoju”. Do dziś została ona opublikowana w 27 językach i stała się prawdziwym bestsellerem.

Służba głoszenia Dobrej Nowiny o Jezusie wśród Sawi stała się dla Dona i Carol nie lada wyzwaniem, gdy okazało się, że kultywują oni podziw dla „mistrzów zdrady”, czyli przebiegłych zwodzicieli, którzy udając przyjaźń „tuczyli” swe ofiary na dzień mordu. Słuchając opowieści ewangelicznych członkowie Sawi uznali Judasza za bohatera tej historii. Tymczasem Jezus pozostawał pożałowania godny, bo dał się wywieść w pole zdrajcy. Don i Carol musieli zmierzyć się z kulturą, w której, jak się wydawało, system wartości był przeciwny etyce Nowego Testamentu. Pomocne okazało się w tej sytuacji poznanie innego szczególnego zwyczaju obecnego w tym egzotycznym plemieniu. Sawijczycy, jak się okazało, praktykowali specyficzny sposób zawierania pokoju, który nie dopuszczał do wybuchów zdrady. Tak opisuje to sam Don Richardson w książce „Wieczność w ich sercach”: „Jeśli jakiś sawijski ojciec podarował innej grupie swego syna jako «Dziecko Pokoju», to nie tylko zapominano o przeszłych urazach, lecz również zapobiegało to zdradzie w przyszłości – jednak tak długo, jak długo pozostawało przy życiu Dziecko Pokoju. Mieliśmy więc w ręku gotowy klucz do przedstawienia Sawijczykom Jezusa Chrystusa jako ostatecznego Dziecka Pokoju. W ten sposób znaczenie ewangelii przebiło się przez wszelkie bariery i dotarło do plemienia Sawi! Kiedy już uświadomili sobie, że Judasz był tym, kto zdradził Dziecko Pokoju, nie patrzyli już na niego jak na bohatera. Dla Sawijczyków zdrada Dziecka Pokoju była najcięższą możliwą zbrodnią! Od tego czasu około dwie trzecie członków tego plemienia (według ich własnych słów) «przez wiarę położyło swe dłonie na Bożym Dziecku Pokoju, Jezusie Chrystusie». Stanowiło to analogię do ich własnego zwyczaju wymagającego od przyjmujących Dziecko Pokoju, by każdy z nich osobiście położył dłonie na ofiarowanym synu i powiedział: «Przyjmujemy to dziecko jako fundament pokoju!».

poniedziałek, 26 listopada 2018

IZAAK. OBIETNICA I PRÓBA

Rebeka i Eliezer u studni – obraz autorstwa
 hiszpańskiego malarza barokowego Bartolomé Estebana Murilla.
To, co wydawało się być tak oczywiste w życiu Izaaka i co zostało zapowiedziane przez Boga jeszcze Abrahamowi – obietnica potomstwa licznego jak „proch ziemi i gwiazdy na niebie” – stało miejscem jego wypróbowania. Droga do radości z wypełnienia się Bożej obietnicy nie była łatwa.

Izaak mógł słusznie spodziewać się potomstwa. Wszak JHWH zapewnił Abrama: „Twoja żona Sara urodzi ci syna. Nadasz mu imię Izaak. Z nim ustanowię moje przymierze jako przymierze wieczne i rozciągnę je na jego potomstwo”. Jednak ten biblijny patriarcha borykał się z bezpłodnością Rebeki.

Czy Boża obietnica zawiodła? A może Rebeka zwyczajnie nie była tą właściwą żoną dla niego? Tekst biblijny ponad wszelką wątpliwość przeczy takiej narracji. Zatem skąd ta bolesna bezpłodność Rebeki, kiedy Boże obietnice zdawały się być nad wyraz optymistyczne?

W 25 rozdziale Księgi Rodzaju znajdujemy taką informację o Izaaku: „Gdy miał czterdzieści lat, ożenił się z Rebeką (…) Izaak modlił się do Pana za swoją żonę, gdyż była bezpłodna. Pan go wysłuchał i Rebeka, jego żona, poczęła”.

Autor biblijny dodaje jednak taką informację: „Izaak miał sześćdziesiąt lat, gdy oni (synowie: Ezaw i Jakub) mu się urodzili”. Nie trzeba uruchamiać kalkulatora, aby wyliczyć, że upłynęło 20 lat od czasu, kiedy Izaak przekonał się o bezpłodności swojej żony i, jak przypuszczam, zaczął wołać do Boga o pomoc.

20 lat... To sporo czasu. Czas mijał i wydawało się, że Niebo pozostaje głuche na prośbę Izaaka. Jednak odpowiedź przyszła, ale po 20 latach oczekiwania.

środa, 21 listopada 2018

"NIEOBLICZALNY W CZYNIENIU ZŁA"

O kim mowa? Może autor tych słów miał na myśli jakiegoś krwawego tyrana, który zapisał się szczególnie negatywnie na kartach historii? Lista osób, które można określić mianem „nieobliczalni w czynieniu zła” jest długa. Poczynając od starożytności, aż po współczesność można wymieniać postacie, które cechowała nieposkromiona agresja i nienawiść. Kaligula, Iwan IV Groźny, Leopold II – władca afrykańskiego Konga, Adolf Hitler, Józef Stalin, Pol Pot, Idi Amin, Kim Ir Sen… Zdaje się, że do każdego z wymienionych pasuje powyższe określenie. Jednak stwierdzenie „nieobliczalny w czynieniu zła” odnosi się do języka. Autor biblijny zapisał: „Język jest ogniem, sferą nieprawości (…) Jest on nieobliczalny w czynieniu zła, pełny zabójczego jadu. Przy jego pomocy (…) przeklinamy ludzi stworzonych na podobieństwo Boga”.

Wygląda na to, że czasami zło czai się bliżej niż myślimy… Oszczerstwo, plotka, przekleństwo, hejt… Jak groźne jest „wojowanie językiem”? Mędrzec zapisał: „Uderzenie rózgi wywołuje sińce, uderzenie języka łamie kości. Wielu padło od ostrza miecza, ale nie tylu, co od języka”.

Obyśmy mogli uniknąć „połamania kości” i „wykrwawienia się” od ran zadanych słowami.

środa, 14 listopada 2018

A JA WAM MÓWIĘ

„A Ja wam mówię…”

Najwyraźniej Pan Jezus nie zamierzał przejść obojętnie wobec przyjętych przez Jemu współczesnych przekonań i „dogmatów” regulujących życie religijne i społeczne. W ewangelicznym tekście będącym częścią tzw. „Kazania na górze”, jak refren rozbrzmiewają słowa: „Słyszeliście, że powiedziano (…) A Ja wam mówię…”.

Zaraz, zaraz kaznodziejo z Nazaretu. Hola, hola… Trochę powściągliwości, prosimy! Czy nie powinniśmy trzymać się przekonań utrwalonych wielowiekową tradycją? Czyż nie mamy wystarczająco kompetentnych nauczycieli, którzy interpretują dla nas Pisma? Wystarczy nam to co znamy! Nie potrzebujemy niczego zmieniać w naszym religijnym świecie naznaczonym regułami i przepisami. Żadna rewolucja nam nie jest potrzebna. Jesteśmy usatysfakcjonowani i z pewnością zadowalamy naszego Boga.

A jednak trzeba było rewolucji. Słowa Pana Jezusa wniosły nieco niewygody i dyskomfortu do życia słuchaczy.

 „Każdy, kto gniewa się na swojego brata, będzie podlegał sądowi. A kto powie do swego brata: Raka (pusty łbie, półgłówku), będzie podlegał Sanhedrynowi…”. Chcesz powiedzieć, że emocje i słowa mogą być niebezpieczne? Czyż nie można nam oburzać się na głupotę i niewłaściwe zachowanie ziomków? Cóż w tym złego, kiedy zwrócę się do innych obraźliwymi słowami? To przecież tylko słowa, a nie miecz czy pistolet. Czasami, po prostu, trzeba dać upust swoim emocjom. A zresztą jak pozytywnie wypowiadać się o tych wszystkich głupkach, idiotach, kretynach i durniach, którymi wypełniona jest przestrzeń społeczna. Nie brakuje ich w Kościołach. Jak ja ich nie znoszę. Słusznie zresztą. Jak lubić kogoś, kto nie zgadza się z naszymi poglądami. Przesadziłeś kaznodziejo… Ale dobrze, posłucham co masz jeszcze do powiedzenia.

„Każdy, kto pożądliwie patrzy na kobietę, już w sercu swoim dopuścił się z nią cudzołóstwa…”. Proszę? Co w tym złego, jeśli szukam seksualnego zaspokojenia w pornografii? Przecież tylko oglądam. Nie oddaję się pozamałżeńskiej aktywności seksualnej. Znów przesadziłeś kaznodziejo! Nie mam zamiaru rezygnować z przyjemności erotycznego fantazjowania. Drażni mnie Twoja gadka, ale posłucham jeszcze trochę…

„Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują…”. Co? Mam darzyć miłością tych, którzy mnie nienawidzą? A może jeszcze mam wyświadczać im dobro? I jeszcze bez oczekiwania wzajemności? To byłaby dopiero głupota…

Od początku czułem, że Ty jakiś pomylony jesteś, kaznodziejo z Nazaretu. Daj mi żyć po swojemu. Tobie to z pewnością religia wywróciła w głowie. Ale ja się nie dam otumanić tą religijną gadką. Swój rozum mam. Było dobrze zanim się pojawiłeś. Niczego nie chcę zmieniać. Nasi przywódcy uczą, aby kochać bliźnich i nienawidzić wrogów. To rozumiem. Żegnam i obyśmy się nigdy więcej nie spotkali. Takie nauki to nie dla mnie. Moja religia jest życiowa, a nie jakaś „abstrakcyjna”. Nie wróżę ci kaznodziejo, że zdobędziesz posłuch taką mową. Gdybyś chciał porady jak pozyskać zwolenników, to mogę coś tam ci podpowiedzieć, albo podrzucić jakąś książkę z serii „Jak przemawiać, aby cię słuchano”. Trzeba umieć do ludzi dotrzeć. Wzmocnić ich poczucie własnej wartości, rzucić kilka miłych słów… A Ty co? Zraziłeś mnie do siebie i tego tam całego Królestwa Niebios...

„A Ja wam mówię…”

Istotą nauczania Pana Jezusa nie jest to, aby zostawić nas w tym samym miejscu, w którym tkwimy od lat. Pochłonięci rutyną religijnego życia możemy nie dostrzec, że nasze serce niebezpiecznie zdryfowało z dala od Bożej woli. Jego słowa mogą przynieść czasami poczucie dyskomfortu. Po co? Aby pogłębić refleksję nad tym kim jestem i jak mogę lepiej poznać Tego, który chce nas dla siebie na własność. Kiedy On dotyka problemu grzechu, to nie czyni tego po to, aby zostawić nas w miejscu potępienia i rozpaczy. On chce naszej wolności, byśmy mogli kochać Go i cenić ponad wszystko. Na drodze do tej wolności zaznamy nieco niepokoju i dyskomfortu. Jego słowa, mogą nas gnieść, niczym ręka garncarza gniecie glinę, aby stworzyć z niej naczynie przeznaczone do zaszczytnych celów. Może boleć. Ale cel jest jeden. Tak wyraził go Pan Jezus w „Kazaniu na górze”: „Bądźcie tak doskonali, jak doskonały jest wasz Ojciec Niebieski”. On chce wbić w nas obraz samego siebie – swojej czystości, piękna, prawdy i miłości.

Sam wciąż jestem w drodze i często bywam zawstydzony odkrywaną prawdą o sobie.

środa, 24 października 2018

POKORNI ODZIEDZICZĄ ZIEMIĘ

Wśród obietnic, które pojawiają się w mowie Jezusa znanej jako „Osiem błogosławieństw”, pojawia się obietnica „posiadania ziemi”. Ta obietnica, jak każda inna, została uzależniona od szczególnego rodzaju usposobienia – stanu serca człowieka pozostającego pod wpływem Bożej łaski.

Jaka ziemia? Gdzie ta ziemia? Wydaje się, że Pan Jezus odnosi się do Bożego – pierwotnego – planu wobec człowieka, który znany jest z Księgi Rodzaju: „Bądźcie płodni, mnóżcie się i zaludniajcie ziemię oraz czyńcie ją sobie poddaną. Panujcie nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym i nad wszelką istotą poruszającą się po ziemi”.

Boży autorytet przypisany człowiekowi związany był z ziemią. To wobec całego stworzenia człowiek miał reprezentować Boga i ogłaszać Jego wielkość i Jego piękno. Ten autorytet legł w gruzach za sprawą grzechu. Z dziedzica człowiek stał się bankrutem. Zamiast być reprezentantem Stwórcy stał się niewolnikiem Diabła i zakładnikiem jego knowań. Istotą odkupienia, jakie dokonało się w Chrystusie, jest także odbudowanie autorytetu, jaki Bóg zamyślił wobec mężczyzn i kobiet stworzonych na Jego obraz i Jego podobieństwo. W Chrystusie ponownie zostajemy uzdolnieni, aby rozgłaszać Bożą chwałę i Jego wielkość pośród całego stworzenia.

Zapowiedź „dziedziczenia ziemi” – autorytetu do reprezentowania Boga – została poprzedzona stwierdzeniem: „Błogosławieni (szczęśliwi) pokorni (łagodni)…”. Droga do autorytetu (wielkości i dziedzictwa) to droga pokory. Dokładnie taka, która stała się udziałem Pana Jezusa. Paweł z Tarsu zanotował: „Miejcie w sobie takie usposobienie, jakie też było w Chrystusie Jezusie. On, mając naturę Boga, nie uznał za stosowne korzystać ze swojej równości z Bogiem, lecz ogołocił siebie samego, przyjmując naturę sługi i stając się podobnym do ludzi. A z zewnętrznego wyglądu uznany za człowieka, uniżył siebie samego, stając się posłusznym aż do śmierci, i to śmierci na krzyżu”. Jaki był skutek tej pokory i uniżenia Jezusa? W tekście biblijnym czytamy: „Dlatego Bóg Go wywyższył i obdarzył Go imieniem, które jest ponad wszelkie imię, aby na imię Jezusa zgięło się wszelkie kolano istot niebieskich i ziemskich, i podziemnych, i aby wszelki język wyznał, że Jezus Chrystus jest Panem na chwałę Boga Ojca”. Skutkiem był niezwykły autorytet i chwała, jaką odebrał Pan Bóg.

Jak znaleźć się w miejscu, w którym Bóg obdarza nas autorytetem? „On daje łaskę pokornym” zanotowali nowotestamentowi autorzy. Jego łaska nie jest przejawem jakiegoś bliżej nieokreślonego kaprysu Boga. Jego autorytet nie jest delegowany przypadkowo. Drogą do tych rzeczy jest szczególny rodzaj usposobienia - pokorne serce pozostające pod wpływem Bożego panowania. Ulegając Bogu zyskujemy autorytet, aby nieść sztandar Jego chwały wszędzie: w życiu rodzinnym i społecznym.

Na drodze pokory można znaleźć przychylność Boga. Na tej ścieżce uniżenia można doświadczyć niezwykłego autorytetu i wypełnienia się Jego obietnicy „posiadania ziemi”.

środa, 10 października 2018

MANIPULACJA

W ewangelicznym opisie próby, jakiej doświadczył Jezus na pustyni pojawia się taka sugestia Oskarżyciela: „Jeśli jesteś Synem Bożym, rzuć się w dół [ze szczytu Świątyni w Jerozolimie]. Jest przecież napisane: «Swoim aniołom da co do Ciebie nakaz i na rękach nosić Cię będą, abyś nie uraził swojej nogi o kamień»”. W ustach Oskarżyciela, Boża obietnica ochrony i opieki została przedstawiona w sposób niezgodny z jej prawdziwym znaczeniem. Diabeł nadał tej obietnicy własną interpretację i próbował wmówić Jezusowi, że Bóg zrobi coś, do czego przecież się wcale nie zobowiązał. W Bożej obietnicy nie pojawił się nawet cień sugestii, że On weźmie odpowiedzialność za jakieś ekstremalne i nonszalanckie zachowanie. Bożą obietnicą, zacytowaną przez Oskarżyciela, było zapewnienie o ochronie i opiece, a nadinterpretacja i szatańskie kłamstwo polegały na tym, że można, a nawet należy, oczekiwać Jego interwencji, gdy wykażemy się brawurą, lekkomyślnością i głupotą, ulegając jakiej fanaberii.

Nie jest rzeczą dobrą, kiedy dokonujemy nadinterpretacji biblijnych obietnic i próbujemy Boże działanie wpisywać w ustalony przez siebie scenariusz. „Urabianie” Boga do naszych własnych wyobrażeń i nadawanie Jego słowom znaczenia, które mijają się z ich właściwą treścią to droga na manowce (i wcale nie cudne). Zaszczepienie w nas oczekiwania, że Bóg dostosuje się do założonego i ustalonego przez nas biegu zdarzeń, to wciąż aktualna strategia tego, którego Jezus nazywa „ojcem kłamstwa”.

Nie jest właściwym nadawanie innego sensu słowom zapisanym w tekście biblijnym niż wynika to z jego rzeczywistej treści i kontekstu, w jakim to słowo zostało powiedziane.

Nie jest właściwym takie manipulowanie tekstem biblijnym, aby uzasadnić nasze kaprysy i fantazje – oczywiście ubrane w szatę „duchowości”. Znacznie lepszym jest szukanie Bożej woli i dostosowywanie siebie do Jego odwiecznych i dobrych planów.

Reakcją Jezusa na diabelską propozycję skoku ze szczytu Świątyni, ubraną w fałszywie przedstawioną Bożą obietnicę, były słowa: „Lecz jest jeszcze napisane: «Nie będziesz wystawiał na próbę Pana, Boga Twojego»”.

środa, 26 września 2018

BÓG, KTÓRY PRZEMAWIA


Drugi rozdział Ewangelii Mateusza nacechowany jest dynamizmem. Narracja przenosi się z Jerozolimy do Betlejem w Judei, z Betlejem do Egiptu i z Egiptu do Nazaretu w Galilei. Autor Ewangelii przywołuje, z imienia, wiele postaci. Wśród nich jest, władający w Jerozolimie, Herod Wielki i jego syn Archelaos. Pojawiają się, nieco tajemniczy, magowie ze Wschodu. Wreszcie czytamy o Józefie, Marii i Dziecku.

Niejako w tle opisywanych wydarzeń dowiadujemy się o różnych sposobach jakimi Bóg komunikuje do człowieka.

Po pierwsze stworzenie. Mędrcy ze Wschodu przebyli długą drogę do Jerozolimy w odpowiedzi na pojawienie się gwiazdy. Użyte słowo „astēr” może oznaczać gwiazdę ale także planetę czy kometę. Choć jej pojawienie zadziwiło mieszkańców Wschodu, to jednak co do swej natury pozostawała rozpoznawalnym dla nich ciałem niebieskim – dziełem Boga. Wszechświat rozgłasza Boży majestat: „Niebiosa ogłaszają chwałę Boga, Firmament opowiada o dziele Jego rąk”. Paweł z Tarsu napisał, że „to, co w Bogu niewidzialne – Jego wiekuista moc oraz boskość – od stworzenia świata staje się widzialne dzięki rozumnemu oglądaniu dzieł Bożych”. Oglądanie dzieł Bożych, począwszy od pajęczych sieci rozciągniętych na wiotkich gałązkach przydrożnej leszczyny, aż po majestatyczne łańcuchy górskie i odległe galaktyki pozwalają usłyszeć Boga i dostrzec Jego wielkość. Bóg przemawia poprzez stworzenie.

Po drugie Pismo. Komentując opisywane przez siebie wydarzenia, Mateusz, przywołuje teksty Tanachu, które zostały zapisane wiele (setki) lat przed narodzeniem Jezusa. Opisywane wydarzenia są, dla autora Ewangelii, dowodem na prawdziwość proroczego przesłania sprzed wieków. Spisane Słowo Boga pozostaje wciąż fundamentem – podstawowym sposobem – Jego komunikacji z człowiekiem. Gdzie znaleźć przemawiającego Boga i objawiającego swoją wolę dla człowieka? Odpowiedź nie jest skomplikowana. Jego wola i Jego Słowa mogą być odczytane z kart Biblii. Począwszy od Księgi Rodzaju, a skończywszy na Apokalipsie Jana otrzymujemy ponadczasowy przekaz, pozwalający zapoznać się z prawdą o Bogu i Jego sposobach działania. On wciąż mówi ustami proroków: Jeremiasza, Izajasza, Micheasza czy Malachiasza. On nadal przemawia poprzez pisma nowotestamentowych autorów: Pawła, Piotra, Jana czy Jakuba.

Po trzecie nadnaturalne wydarzenia. W Ewangelii Mateusza ważną rolę w komunikacji Boga z człowiekiem odgrywają sny. Przez sen Bóg ostrzegł Mędrców ze Wschodu, aby nie wracali do pałacu Heroda, w śnie Bóg przemówił do Józefa i ostrzegł go przed mającymi nastąpić tragicznymi wydarzeniami. W biblijnej opowieści pojawiają się też aniołowie – Boży wysłannicy – przekazujący wolę Stwórcy. Nowy Testament często przywołuje nadnaturalne sposoby komunikowania Boga z człowiekiem: wizje, sny, proroctwo czy wizytacje anielskie. Dla Pawła z Tarsu, Bóg pozostaje Tym, który udzielając duchowych darów staje się aktywnym uczestnikiem życia wspólnoty Kościoła. Bożki są nieme, ale Bóg – Pan i Stwórca – przemawia: zachęca, dodaje otuchy i napomina.

Pan Bóg przemawia na wiele sposobów. Czasami jest to cichy szept, innym razem donośny głos od którego „rozpływa się ziemia”. On chce być rozpoznany przez piękno stworzenia. Jego głos, dobitnie, rozbrzmiewa z kart Biblii. On także przemawia pośród niezwykłych i nadnaturalnych okoliczności. Pośród tej różnorodności Bożego komunikowania do człowieka wciąż pozostaje aktualne stwierdzenie pojawiające się na kartach Apokalipsy Jana: „Kto ma uszy do słuchania, niech usłyszy…”. Panie, daj mi słyszeć!

czwartek, 13 września 2018

BLISKOŚĆ ZAMIAST WROGOŚCI

Mateusz – autor jednej z trzech tzw. ewangelii synoptycznych – opisuje wydarzenia poprzedzające narodziny Jezusa Chrystusa. Przytacza między innymi słowa, którymi Anioł (Wysłannik) Boga przemówił do Józefa – męża Marii (Miriam): „Twoja żona urodzi syna i nadasz mu imię Jezus (Jeszua), bo ocali (zbawi) swój lud od jego win”. A w podsumowaniu tej historii ewangelista przywołuje słowa proroka Izajasza: „Panna będzie brzemienna i urodzi syna, któremu nadadzą imię Emmanuel, co znaczy «Bóg z nami»”.

Jezus (Jeszua) i Emmanuel. Te dwa imiona nadane narodzonemu z Marii i poczętemu przez Ducha Świętego Mesjaszowi ukazują prostą prawdę, że zbawienie (ocalenie od grzechu i jego skutków) jest ściśle związane z Bożą obecnością. Bóg, w osobie Jezusa, chce być obecny pośród swego ludu, aby ocalić i zachować od śmierci, której żądło utkwiło w zniewolonej grzechem duszy człowieka.

Zbawcza obecność i bliskość Boga jest kluczowym elementem Jego objawienia się człowiekowi. Jego pragnieniem było i jest być blisko człowieka. Kiedy Izrael wyszedł z Egiptu, aby posiąść Kanaan, Pan Bóg polecił Mojżeszowi nadzorowanie budowy świątyni, aby mógł „zamieszkać wśród nich”. Cała historia biblijna zmierza ku temu, by człowiek mógł w pełni doświadczać radości z bliskości i obecności Boga.

Zbawienie to nie tyle kwestia zrozumienia pewnych faktów i poukładany w logiczną całość system przekonań, co doświadczenie Bożej obecności. Kiedy apostoł Paweł, podczas trzeciej podróży misyjnej, znalazł się w Efezie spotkał „pewnych uczniów” zadał im kluczowe pytanie: „Czy otrzymaliście Ducha Świętego, kiedy przyjęliście wiarę?”. Innymi słowy, czy macie potwierdzenie waszej wiary w postaci realnej, zbawczej, obecności Boga? Czy, mówiąc językiem apostoła Pawła, wasze ciała są „świątynią obecnego w was Ducha Świętego?”.

Na temat chrześcijańskiej wiary można pisać niezliczone tomy książek. Można analizować każde słowo zapisane w Biblii pod kątem literackim, historycznym czy teologicznym (co osobiście bardzo cenię). Jednak zgromadzenie nawet największej wiedzy nie jest istotą tego czym jest chrześcijańskie życie. Życie chrześcijańskie pozostaje doświadczeniem zbawczej ingerencji Boga potwierdzonej obecnością Ducha Świętego. Ta zbawcza obecność Boga stała się możliwa dzięki przyjściu na świat, wyczekiwanego i zapowiedzianego ustami proroków, Mesjasza – Jezusa i Emmanuela.

Bliskość z Bogiem jest też furtką do doświadczania bliskości pomiędzy ludźmi. Zdarza się, że relacje międzyludzkie były karmione wielowiekową nienawiścią i niechęcią. „Mur wrogości” to często standard współistnienia, zarówno w wymiarze lokalnym, jak i tym nieco szerszym. Czasami ów „mur wrogości” dotyka skonfliktowanych ze sobą narodów. Zwykle mówienie o pokoju i braterstwie napotyka na podatny grunt, ale praktyka życia zdaje się przeczyć tym deklaracjom o „budowaniu pokojowego współistnienia” na wielu płaszczyznach. Historia i teraźniejszość zdają się dowodzić, że „Homo homini lupus (est)”. Paweł z Tarsu pisał o skłonności do „życia w złości i zawiści” o „byciu znienawidzonymi i nienawiści jedni do drugich”. To rezultat choroby, którą Biblia określa mianem grzechu. Oddzieleni do Boga stajemy się wrogami dla siebie nawzajem. Kąsamy się okrutnie i spijamy truciznę nienawiści. Pudrowanie tej rzeczywistości „dobrymi intencjami” i „staraniami, aby było lepiej” przynosi tylko pozorne efekty. Rozwiązanie tej dramatycznej sytuacji, w jakiej znalazł się człowiek, znajduje się w ewangelicznym przesłaniu o „Jezusie Chrystusie, synu Dawida, synu Abrahama” – jak zaczął swoją opowieść Mateusz. A tak dzieło Jezusa opisał, wspomniany już, Paweł z Tarsu: „On [Chrystus] jest naszym pokojem. On zburzył w swoim ciele dzielący [nas] mur wrogości. Pojednał nas z Bogiem w jednym ciele przez krzyż. Swoim przyjściem ogłosił Dobrą Nowinę…”. Tą Dobrą Nowiną jest pokój – z Bogiem i ludźmi. Bliskość zamiast wrogości.

czwartek, 6 września 2018

INACZEJ NIŻ MYŚLISZ

Ustami proroka JHWH przedstawił kogoś, komu ma przysługiwać szczególna rola w Bożym planie. Kogoś mającego niezwykłą godność. Postać otoczoną splendorem zwycięzcy:

„Oto Mój sługa
odniesie zwycięstwo,
wyrośnie wysoko,
będzie wyniesiony
i bardzo wywyższony!”

Kiedy zatrzymamy się nad tymi słowami, być może przed naszymi oczami stanie ktoś na miarę wielkiego zdobywcy, przed którym kłaniają się rozliczne narody. Może nasza wyobraźnia przywoła jednego z potężnych władców, znanych z kart historii. Oto zwycięski monarcha otoczony aurą nieśmiertelności w towarzystwie klękających w podziwie poddanych... A może pojawi mam się bardziej współczesny obraz kogoś niezwykle wpływowego i cieszącego się międzynarodowym uznaniem.

Tymczasem kolejne słowa proroka zadziwiają. Wydają się nie brzmieć logicznie z zapowiedzią zwycięstwa, wyniesienia i wywyższenia. W następnych wersach dowiadujemy się czegoś więcej o tajemniczym „słudze JHWH”:

„Był wzgardzony i odrzucony przez ludzi…”. I tak pryska czar tego zapowiadanego zwycięstwa. Przecież miało być wywyższenie! Tymczasem w prorok nagle przywołuje obraz kogoś „pełnego boleści i doświadczonego cierpieniem”. Każde kolejne słowo zdaje się umacniać nas w przekonaniu, że ten wstępnie deklarowany splendor i zapowiadana wielkość były jedynie złudzeniem.

Oto otrzymujemy opis kogoś, z kim nie da się wiązać żadnej nadziei. Jego losem jest cierpienie, poniżenie i udręczenie. Wszystko co najgorsze stało się jego udziałem. Wyrok, uwięzienie i wreszcie nagła śmierć, jak mówi prorok: „został wyrwany z krainy żyjących”. I jeszcze te naznaczone dramatyzmem słowa: „JHWH chciał go zmiażdżyć cierpieniem…”. Ręka JHWH dokonała sądu i ograbiła z nadziei tych, którzy byli mamieni obietnicą zwycięstwa i wywyższenia.

Czy na pewno?

Oto znów prorok obwieszcza na temat „sługi JHWH”:

„ujrzy potomstwo,
wydłuży swoje dni
i przez niego spełni się wola JHWH.
Po udrękach swojego życia
ujrzy światłość…”.

A zatem jest nadzieja! Był grób i nagle rodzi się życie. Była ciemność, a oto pojawia się światłość. Mówiąc o swoim słudze JHWH obiecuje: „dam mu udział pośród wielkich i z potężnymi podzieli zdobycz za to, że na śmierć wydał swoje życie”.

Bożym paradoksem jest to, że ze śmierci rodzi się życie, z poniżenia – wywyższenie, z ciemności – światłość, z przekleństwa – błogosławieństwo i z boleści – radość uzdrowienia. Wygląda na to, że Bóg nie układa się z nami i nie dostosowuje swojego sposobu działania do naszych oczekiwań i wyobrażeń. To, co wydaje się słabością okazuje się być siłą, to co nosi w sobie posiew śmierci okazuje się być eksplozją życia. Inaczej niż byśmy myśleli.

„…jakby oszuści, a przecież prawdomówni, jakby nieznani, a przecież dobrze znani, jakby umierający, a oto żyjemy, jakby karceni, lecz nie uśmiercani, jakby smutni, lecz zawsze radośni, jakby ubodzy, a jednak ubogacający wielu, jakby ci, którzy nic nie mają, a posiadają wszystko”.

 Inaczej niż myślisz.

niedziela, 26 sierpnia 2018

JESZCZE O NADZIEI

Wyglądało na to, że już wszystko stracone. Nadzieja na cud, która tliła się w sercu Marty i Marii w dniach choroby ich brata, zgasła. Zamiast oczekiwanej radości przyszła żałoba. Jedyne co mogły teraz robić, to przychodzić na grób Łazarza i opłakiwać bolesną stratę.

A jeszcze kilka dni temu siostry, z wiarą i nadzieją w sercach, posłały do Jezusa wiadomość, że „oto choruje ten, którego kochasz”. Nie chodziło przecież jedynie o przekazanie informacji. Siostry Łazarza wiedziały, że On – Ten, który był ich przyjacielem – ma moc, aby rozprawić się z chorobą i przynieść kres cierpieniu. Przypominały sobie Jego cuda: uzdrowienie syna urzędnika królewskiego w Kafarnaum, przywrócenie pełnej sprawności człowiekowi w Jerozolimie, który trzydzieści osiem lat był sparaliżowany i niezdolny do samodzielnego życia. I jeszcze to niezwykłe otwarcie oczu niewidomego od urodzenia, któremu Jezus pomazał oczy błotem uczynionym z własnej śliny. Mesjasz, któremu wierzymy – mówiły do siebie z przekonaniem – nie pozostawi nas i naszego brata w takim położeniu. Nasza prośba nie pozostanie bez odpowiedzi. Ufamy w Jego moc nad chorobą.

Jednak sytuacja nie potoczyła się po myśli Marty i Marty. Nadzieja na uzdrowienie ich brata spoczęła w grobie wraz z jego martwym, zniszczonym chorobą, ciałem.

Grób. Pustka. Ciemność. Rozpacz.

Każdy kolejny dzień od śmierci Łazarza dodawał tylko bólu i przysparzał więcej cierpienia. I jeszcze to dręczące pytanie: Dlaczego?

Czwartego dnia od śmierci Łazarza, kiedy jego ciało już cuchnęło, do wioski Marty i Marii przyszedł Jezus. Za późno. Nie w porę. Mogły tylko wyrazić swój ból i żal: „Panie, gdybyś tu był, mój brat by nie umarł…”. Gdybyś usłyszał naszą modlitwę. Jeśli zareagowałbyś na nasze wołanie, gdy wysłałyśmy do Ciebie wiadomość. Gdybyś…

Nawet przybyli, aby uczestniczyć w żałobie sióstr, zadawali sobie pytanie: „Czy Ten, który otworzył oczy niewidomemu, nie mógł sprawić, by on nie umarł?”. Dlaczego? Czemu nadzieja okazała się taka płonna?

Pan Jezus, gdy przybył do wioski Marty i Marii poprosił, by zaprowadzono Go do miejsca gdzie spoczęło ciało Łazarza. Pieczara na której spoczywał kamień skrywała nie tylko rozkładające ciało brata Marty i Marii, ale była też miejscem, gdzie umarła ich nadzieja.

Jezus poprosił o odsunięcie kamienia zasłaniającego wejście do grobu. Potem wypowiedział pełne mocy dwa słowa: „Łazarzu, wyjdź!”. Słowa Jezusa wyprowadziły umarłego z ciemności do światła. Pęta śmierci nie były w stanie oprzeć się autorytetowi Tego, który wydał polecenie. Słowa skierowane do rozkładającego i cuchnącego ciała nie pozostały jedynie pobożnym życzeniem. Zmarły Łazarz wyszedł z grobu! Życie pochłonęło śmierć! Ciemność została pokonana przez światło!

Czasami nadzieja, którą nosimy w sercu umiera. Wydaje się, że wszystko już skończone. Do grobu złożyliśmy najcenniejsze marzenia. Może wołamy do Boga o zbawienie naszych bliskich, tymczasem widzimy, że pęta ciemności zaciskają się coraz mocniej nad ich życiem. Może wołamy o siebie i przytłaczające nas okoliczności, tymczasem Niebo zdaje się milczeć. Ciemność zdaje się triumfować. Złowieszczy głos obwieszcza: „Już za późno!”, „Wszystko przepadło!”, „Nie ma już żadnej nadziei!”.

Jednak słowa Jezusa mają moc, aby spenetrować najgłębsze ciemności i przywrócić nadzieję. Nawet jeśli „już cuchnie” wciąż możemy doświadczyć życiodajnej mocy, której źródło tkwi w Tym, który tak mówi o sobie przez usta Izajasza: „Milczałem od długiego czasu, w spokoju powstrzymywałem się, teraz niczym rodząca zakrzyknę, dyszeć będę z gniewu, zbraknie mi tchu. Wypalę góry i wzgórza, sprawię, że wyschnie wszystka ich zieleń, przemienię rzeki w stawy, a jeziora osuszę. Sprawię, że niewidomi pójdą po nieznanej drodze, powiodę ich ścieżkami, których nie znają, ciemności zamienię przed nimi w światło, a wyboiste miejsca w równinę. Oto są rzeczy, których dokonam i nie zaniecham”.

Kiedy zdają się już gasnąć wszystkie światła, gdy wydaje się, że nie ma już żadnej nadziei chcę przypominać sobie Abrahama, który „wbrew nadziei uwierzył nadziei” i uczyć się od Pawła, aby „nie ufać sobie samemu, lecz Bogu, który wskrzesza z martwych”.

Grób. Ciemność. Pustka. Zwątpienie. To wciąż nie jest koniec. Bóg wywołuje z grobu do życia. On przemawia do ciemności: „Niech się stanie światłość!”. On zapewnia drogę tam, gdzie przed naszymi oczami rozciąga się nieprzebrana pustka. On daje „olejek radości zamiast żałobnej szaty i pieśń pochwalną zamiast ducha zwątpienia”.

Moje serce ufaj.

sobota, 18 sierpnia 2018

NADZIEJA NIE ZAWODZI...

Wszystko wydawało się być rozstrzygnięte na korzyść Izraela. JHWH objawił swoją moc i poniżył pychę faraona. Po upływie czterystu trzydziestu lat potomkowie Abrahama wyszli z Egiptu „w liczbie około sześciuset tysięcy mężów pieszych, nie licząc kobiet i dzieci”. Nad ich wyjściem czuwał sam Bóg, który „szedł przed nimi w dzień jako słup obłoku, by ich prowadzić drogą, w nocy zaś jako słup ognia, aby im świecić, żeby mogli iść we dnie i w nocy”. Celem wędrówki była ziemia – żyzna i przestronna, opływająca w mleko i miód. Być może podczas marszu mężczyźni i kobiety snuli wizję dobrodziejstw, jakie czekały na nich w Kanaanie: „Cudownie jest doświadczać Bożego prowadzenia!”, „Jak wspaniałe rzeczy czekają na nas w ziemi, jaką Bóg obiecał naszym ojcom!”, „Boże obietnice są niezwykłe!”.

Jednak w drodze ku obietnicy pojawiła się przeszkoda, właściwie dwie przeszkody. Jedną z ich były wody morza, drugą wyborowe wojska faraona, które wyruszyły w pościg za Izraelem.

Jak to jest, wyruszyć z pieśnią wdzięczności na ustach i być owładniętym cudownością Bożej obietnicy i nagle zostać skonfrontowanym z brutalną rzeczywistością, która wydaje się do nas krzyczeć: „Bóg zawiódł!”, „Wszystko stracone!”? Izrael znalazł się w potrzasku. Z jednej strony drogę do obietnicy zamykały wody morza, z drugiej zaś – rydwany wojsk faraona. Autor biblijny wspomina o „wielkim przerażeniu” Izraelitów. Lecz właśnie w tej sytuacji bez wyjścia, w rzeczywistości przepełnionej ludzkim strachem dokonały się dwie rzeczy. Pośrodku morza pojawiła się droga, którą potomkowie Abrahama mogli przejść, a fale stały się grobem dla egipskich ciemiężycieli. W biblijnej historii, którą można przeczytać w 14 rozdziale Księgi Wyjścia, pojawiają się takie słowa skierowane przez Mojżesza do Izraelitów: „Nie bójcie się! (…) zobaczycie zbawienie do JHWH, jakie zgotuje nam dzisiaj. Egipcjan bowiem, których widzicie teraz, nie będziecie już nigdy oglądać. JHWH będzie walczył za was, a wy pozostańcie spokojni”.

Przeszkody, które pojawiły się na drodze do Kanaanu nie były zaprzeczeniem prawdziwości Bożych obietnic. Miejsce, które wydawało się być „grobem Bożej obietnicy” okazało się być przestrzenią do zamanifestowania wielkości Boga: „JHWH cofnął wody gwałtownym wiatrem wschodnim i uczynił morze suchą ziemią. Wody się rozstąpiły”. A potem „powracające fale zatopiły rydwany i jeźdźców całego wojska faraona (…) nie ocalał z nich ani jeden”.

Przeciwności wpisane są w istotę chrześcijańskiego życia. Kiedy jednak na drodze ku otrzymaniu Bożych obietnic pojawiają się trudności, które mają potencjał, by zatrwożyć nasze serca i zasiać zwątpienie w prawdziwość Jego słów, możemy przypomnieć sobie historię Izraela. Przeszkody, z Bożej perspektywy, są jedynie kolejną możliwością, by On mógł objawić swoją chwałę i rozprawić się z wrogami naszej duszy. Jego zwycięstwo jest pewne. Jego łaska nie zawodzi. Pośród ludzkiej niemocy, niepewności i strachu wciąż jest miejsce, aby oglądać Jego zwycięstwa.

Moje serce, ufaj! Choćby wszystko wokół krzyczało, że to już koniec i nie ma żadnej nadziei… Jest nadzieja!