„…niech się święci Twoje imię!” (Mt 6,9 BT)
„…uczyńmy sobie imię…” (Rdz 11,4 BG)
Dążenie do władzy (w tym tej autorytarnej) i pragnienie wielkości wpisuje się w historię człowieka i społeczeństw. Ludzkie pragnienie, aby być w centrum historii świata, wraz z dążeniem do usunięcia z kart dziejów Boga, było obecne przez wieki i dało się poznać za sprawą przeróżnych koncepcji i ideologii.
Autor biblijny tak opisuje pragnienia wyrażane przez ludzi przybyłych do krainy Szinear: „zbudujmy sobie miasto i wieżę, której szczyt sięgałby aż do nieba, i uczyńmy sobie imię, abyśmy nie rozproszyli się po całej ziemi!”. Biblijna opowieść, znana jako historia o „wieży Babel”, jest kolejną odsłoną degeneracji rasy ludzkiej. Począwszy od sceny upadku pierwszych ludzi – Adama i Ewy – narracja biblijna odkrywa przed czytelnikiem postępujące zepsucie człowieka. W opowieści o „wieży Babel” ujawnia się owoc szatańskiego zasiewu w sercach ludzi, wyrażonego słowami węża: „będziecie jak Bóg”. Diabeł zasiał w sercach pierwszych ludzi koncepcję wedle której to człowiek miał ustanawiać standardy „dobra i zła” i być w centrum historii. Taka koncepcja wyklucza Boży plan i zamysł, aby człowiek „stworzony na Boży obraz i podobieństwo” reprezentował Stwórcę wobec całego stworzenia i uznał Jego pierwszeństwo, władzę i autorytet. Bóg polecił: „napełniajcie ziemię”, tymczasem autor biblijny, w historii o mieście Babel, wkłada w usta ludzi słowa: „zbudujmy sobie miasto (…) abyśmy się nie rozproszyli po całej ziemi”. Ambicje budowniczych miasta i wieży stały w kontrze wobec planu Stwórcy, by całe stworzenie mogło doświadczyć Bożego panowania a „ziemia była pełna Jego chwały”.
W biblijnej opowieści o budowniczych z równiny babilońskiej (krainy Szinear) nie ma miejsca dla Boga. Pojawia się tam natomiast nieumiarkowane pragnienie posiadania władzy i chęć budowy imperium, którego znakiem rozpoznawczym byłaby „wieża z wierzchołkiem sięgającym nieba”. Wszystko miało opiewać chwałę budowniczych: „uczyńmy sobie imię”. My i tylko my.
Wskutek interwencji Boga budowla nie została dokończona. Stwórca położył kres ludzkiej pysze. Ludzie rozproszyli się „po całej powierzchni ziemi”, jednak nie wnieśli ze sobą pragnienia uwielbienia Boga. Świat napełnił się ludźmi, którzy „choć Boga poznali, nie oddali Mu czci jako Bogu ani Mu nie dziękowali, lecz znikczemnieli w swoich myślach i zaćmione zostało ich bezrozumne serce”.
Boży zamysł, aby Jego Imię było uczczone, wymagał odkupienia ludzkiej natury skażonej grzechem. Zbawienie – uwolnienie od egoistycznych pragnień stawiających człowieka w centrum historii i detronizacja ludzkiego „ego” domagającego się chwały i uwielbienia dla samego siebie – dokonało się na Krzyżu.
Prawdziwe piękno i wartość życia można odnaleźć w relacji z Chrystusem, który kieruje nas ku uwielbieniu Ojca: „niech się święci Twoje imię!”. O tym pięknie tak pisał amerykański teolog i kaznodzieja, Jonathan Edwards: „Moje serce pragnęło jednego: uniżyć się przed Bogiem w prochu i pyle, umniejszyć siebie, aby Bóg był dla mnie wszystkim, abym stał się jak małe dziecko”. Życie, którego celem jest Bóg, to spełnione życie.
„Nie nam, Panie nie nam, ale Imieniu swemu daj chwałę!”
Tak więc jeśli ktoś jest w Chrystusie, nowym jest stworzeniem, to co stare przeminęło, oto wszystko stało się nowe. A wszystko to jest z Boga, który nas pojednał z sobą przez Jezusa Chrystusa i dał nam służbę pojednania. Bóg bowiem w Chrystusie, jednając świat z samym sobą, nie poczytując ludziom ich grzechów, i nam powierzył to słowo pojednania. Tak więc w miejsce Chrystusa sprawujemy poselstwo (...) W miejsce Chrystusa prosimy: Pojednajcie się z Bogiem.
środa, 31 stycznia 2018
poniedziałek, 29 stycznia 2018
BĄDŹCIE DOBREJ MYŚLI
Paweł z Tarsu i jego towarzysze podróży, będąc na statku płynącym do Rzymu, doświadczyli bardzo niesprzyjających okoliczności. Nie była to dobra pora na żeglugę. Paweł, świadomy zagrożenia, ostrzegał sternika i właściciela statku: „jeśli wyruszymy, będzie to ze szkodą i wielką stratą nie tylko dla ładunku i statku, ale również dla naszego życia”. Jego rady pozostały jednak bez echa. U wybrzeży Krety statek doświadczył niszczycielskiej siły wiatru zwanego eurakylon. Burza porwała statek, a siła narastającego sztormu odebrała podróżującym wszelką nadzieję. Szanse na ocalenie były równe zeru. W takich okolicznościach Paweł skierował do załogi i pasażerów statku słowa: „Bądźcie dobrej myśli”. Ta fraza pojawia się dwukrotnie w opisie tych dramatycznych wydarzeń przytoczonym przez Łukasza – autora Dziejów Apostolskich i współpracownika Pawła (Dz 27,21-25).
Czy Paweł był jakimś niepoprawnym optymistą? Czy było to takie „pozytywne i motywujące gadanie”? Słowa Pawła nie były odzwierciedleniem jego nad wyraz optymistycznego postrzegania rzeczywistości, ale były reakcją na zapewnienie, jakie otrzymał od Chrystusa: „Nie bój się, Pawle! Musisz stanąć przed cesarzem. Ponadto Bóg podarował ci wszystkich, którzy płyną z tobą”. Kiedy Paweł przekazywał obecnym na statku słowa: „Bądźcie dobrej myśli”, poparł je wyznaniem: „Wierzę bowiem Bogu, że będzie tak, jak mi powiedziano”.
Optymizm nie jest zły (jest raczej pożądaną postawą życiową, znacznie lepszą niż negatywne i pesymistyczne nastawienie), jednak nie daje on gwarancji na szczęśliwe zakończenie niesprzyjających okoliczności w jakich się znaleźliśmy. Pewność, że przeżywane trudy zakończą się happy endem ma swoje źródło w Bożej obietnicy i Jego wierności.
Bóg ma plan dla naszego życia. Rozpoznanie tego planu i współpraca z Bogiem na rzecz jego realizacji nie gwarantują, że nasze życie będzie wolne od trudów, niebezpieczeństw i „sztormów”. Jednak będąc w centrum Jego woli nie musimy tracić nadziei w sytuacji, gdy okoliczności krzyczą do nas głosem o sile huraganowego wiatru: „Zginiesz marnie!”, „Już nie ma dla ciebie ratunku!”. Paweł wiedział, że Bożym przeznaczeniem dla niego był cesarski Rzym – stolica Imperium. Żaden sztorm nie był w stanie pokrzyżować Bożych planów. Kiedy czytamy historię podróży Pawła do Rzymu, to widzimy, że takich niesprzyjających okoliczności było znacznie więcej. Na Malcie ukąsiła go jadowita żmija. Ale czy jej jad miał być silniejszy od Bożego zapewnienia: „Nie bój się, Pawle! Musisz stanąć przed cesarzem”?
Kiedy okoliczności są dokuczliwe i niesprzyjające nie wystarczy sam optymizm. Miejsce doświadczeń, trudów i życiowych dramatów jest doskonałą okazją, aby zadać sobie pytanie: „Czy jestem w centrum Bożej woli?”. Jeśli odpowiedź jest twierdząca, to nie ma powodu, aby ulegać presji i histeryzować. Sztorm, dokuczliwe zimno wzburzonego morza, jadowita żmija, były tłem w życiu Pawła zmierzającego do Rzymu, aby wypełnić Boże powołanie. Paweł zrealizował Boży plan nie z powodu wrodzonego optymizmu, ale dzięki wierze i zaufaniu do Boga, który dał obietnicę. Bóg, w oczach Pawła, był bardziej przekonywujący niż najbardziej nieprzyjazne okoliczności życia. Takiego zaufania i pewności, jakie towarzyszyły Pawłowi, chcę się uczyć. Potrzebuję też upewniać się, czy jestem w Jego woli podróżując do wyznaczonego mi przez Niego celu.
„Bądźcie dobrej myśli” wszyscy, którzy jesteście w Chrystusie!
Czy Paweł był jakimś niepoprawnym optymistą? Czy było to takie „pozytywne i motywujące gadanie”? Słowa Pawła nie były odzwierciedleniem jego nad wyraz optymistycznego postrzegania rzeczywistości, ale były reakcją na zapewnienie, jakie otrzymał od Chrystusa: „Nie bój się, Pawle! Musisz stanąć przed cesarzem. Ponadto Bóg podarował ci wszystkich, którzy płyną z tobą”. Kiedy Paweł przekazywał obecnym na statku słowa: „Bądźcie dobrej myśli”, poparł je wyznaniem: „Wierzę bowiem Bogu, że będzie tak, jak mi powiedziano”.
Optymizm nie jest zły (jest raczej pożądaną postawą życiową, znacznie lepszą niż negatywne i pesymistyczne nastawienie), jednak nie daje on gwarancji na szczęśliwe zakończenie niesprzyjających okoliczności w jakich się znaleźliśmy. Pewność, że przeżywane trudy zakończą się happy endem ma swoje źródło w Bożej obietnicy i Jego wierności.
Bóg ma plan dla naszego życia. Rozpoznanie tego planu i współpraca z Bogiem na rzecz jego realizacji nie gwarantują, że nasze życie będzie wolne od trudów, niebezpieczeństw i „sztormów”. Jednak będąc w centrum Jego woli nie musimy tracić nadziei w sytuacji, gdy okoliczności krzyczą do nas głosem o sile huraganowego wiatru: „Zginiesz marnie!”, „Już nie ma dla ciebie ratunku!”. Paweł wiedział, że Bożym przeznaczeniem dla niego był cesarski Rzym – stolica Imperium. Żaden sztorm nie był w stanie pokrzyżować Bożych planów. Kiedy czytamy historię podróży Pawła do Rzymu, to widzimy, że takich niesprzyjających okoliczności było znacznie więcej. Na Malcie ukąsiła go jadowita żmija. Ale czy jej jad miał być silniejszy od Bożego zapewnienia: „Nie bój się, Pawle! Musisz stanąć przed cesarzem”?
Kiedy okoliczności są dokuczliwe i niesprzyjające nie wystarczy sam optymizm. Miejsce doświadczeń, trudów i życiowych dramatów jest doskonałą okazją, aby zadać sobie pytanie: „Czy jestem w centrum Bożej woli?”. Jeśli odpowiedź jest twierdząca, to nie ma powodu, aby ulegać presji i histeryzować. Sztorm, dokuczliwe zimno wzburzonego morza, jadowita żmija, były tłem w życiu Pawła zmierzającego do Rzymu, aby wypełnić Boże powołanie. Paweł zrealizował Boży plan nie z powodu wrodzonego optymizmu, ale dzięki wierze i zaufaniu do Boga, który dał obietnicę. Bóg, w oczach Pawła, był bardziej przekonywujący niż najbardziej nieprzyjazne okoliczności życia. Takiego zaufania i pewności, jakie towarzyszyły Pawłowi, chcę się uczyć. Potrzebuję też upewniać się, czy jestem w Jego woli podróżując do wyznaczonego mi przez Niego celu.
„Bądźcie dobrej myśli” wszyscy, którzy jesteście w Chrystusie!
poniedziałek, 15 stycznia 2018
MOJA "MAŁA OJCZYZNA" Z REFORMACJĄ W TLE
Nieopodal mojego rodzinnego Gostynina znajduje się niewielka wieś Gaśno (52°25'11"N, 19°30'08"E). Okolicznym mieszkańcom miejscowość ta znana jest głównie z pomnika upamiętniającego śmierć 49. powstańców styczniowych z oddziału Józefa Łakińskiego, którzy zginęli 12 marca 1863 r. Autorem obelisku jest gostyniński rzeźbiarz Tadeusz Biniewicz. Ale jest jeszcze inny, ciekawy, wątek historyczny związany z Gaśnem. Otóż miejscowość, podobnie jak wiele innych na Mazowszu, została założona przez osadników holenderskich (tzw. Olędrów). Choć Mazowsze, mając na uwadze rdzennych mieszkańców, pozostawało w czasie reformacji (i wciąż jest) bardzo katolickie, to jednak, za sprawą kilku fal osadniczych, swoją obecność zaznaczyli tu protestanci, którzy zmienili nieco oblicze „arcykatolickiego Mazowsza”.
Kolonizacja olęderska w Polsce, w tym także na Mazowszu, związana jest bezpośrednio z ruchami reformacyjnymi i emigracją menonitów z terenów Fryzji i Północnych Niderlandów. Nazwa „menonici” pochodzi od jednego z przywódców XVI-wiecznej reformacji, urodzonego we Fryzji, Menno Simonsa (1496-1561). Z całą pewnością tej postaci należy się ważne miejsce w historii Kościoła, obok takich reformatorów jak Ulrich Zwingli (1484-1531), Jan Kalwin (1509-1564) czy Marcin Luter (1483-1546). Osoby identyfikujące się z nurtem holenderskiej reformacji i naukami Menno Simonsa nazywali siebie „braćmi”, a w literaturze poświeconej historii Kościoła określani są też jako anabaptyści („nowochrzczeńcy”).
Menno Simons
Simons urodził się Witmarsum we Fryzji – małej miejscowości położonej kilkanaście kilometrów od Morza Północnego. Był katolickim duchownym i dwanaście lat służył jako parafialny ksiądz, w tym pięć lat w rodzinnym Witmarsum. Odejście od doktryn Kościoła rzymskiego, w przypadku Menno Simonsa, było długim i trwającym kilka lat procesem. O swojej duchowej odnowie wspominał: „Bóg miłosierdzia, przez Swą obfitą łaskę okazaną mi nędznemu grzesznikowi, dotknąwszy mego serca, dał mi nowy umysł, upokorzył mnie w bojaźni przed Nim, pouczył mnie abym siebie poznał, wybawiając z drogi śmierci i łaskawie wezwał mnie na wąską drogę życia, do społeczności z Jego świętymi. Jemu chwała na wieki, amen”. Najprawdopodobniej w styczniu 1536 roku został ochrzczony przez zanurzenie, zgodnie z wprowadzoną w XVI-wieku przez anabaptystów praktyką. Mniej więcej w tym samym czasie ożenił się, a swoje ostatnie 25 lat życia poświecił służbie duszpasterskiej wśród „braci” i głoszeniu prawd Ewangelii. Dużo podróżował przekraczając granicę Niderlandów, przebywał w północno-zachodnich Niemczech (niektórzy podają, że zawitał też do Gdańska), publikował książki i broszury, a o owocach swojej działalności pisał tak: „nie tylko wiele dumnych, upartych serc ukorzyło się, wielu nieczystych stało się czystymi, wielu pijaków porzuciło picie, wielu chciwców stało się hojnymi, wielu okrutnych łagodnymi, a bezbożnych pobożnymi, ale także przez nasze świadectwo, które zwiastujemy, nawróceni, wierni ludzie poświęcili swoje dobra i wydali ciała na tortury i śmierć”.
Niderlandzki (i nie tylko) ruch reformacyjny rozwijał się pośród męczeństwa wielu chrześcijan. O prześladowaniach, podkreślając ich duchową (demoniczną) inspirację, Menno Simons pisał: „Szatan musi oskarżać i mordować, ponieważ, jak uczy Pismo, taka jest jego prawdziwa natura i dzieło”. Więzienie, wymyślne tortury, zmuszanie do aktów seksualnych były tragiczną rzeczywistością z którą musieli zmierzyć się zwolennicy reformacji. Wśród świadectw męczenników znana jest historia, utopionego w beczce, Jorisa Wippe, którego ciało wisiało głową w dół na murze miasta Dortrecht. Wippe w pożegnanych słowach zwracał się do dzieci: „zobowiązuje was, Joos i Hanken, abyście razem z Barbelken, waszą posłuszną siostrą, opiekowali sie waszymi małymi trzema siostrzyczkami i Pierkenem, uczcie ich czytać i pracować, aby wzrastały we wszelkiej sprawiedliwości ku chwale Bożej i zbawieniu swoich dusz”.
Tolerancyjna Polska i arcykatolickie Mazowsze
Niepokojeni (prześladowani) w Europie Zachodniej menonici znajdowali schronienie na ziemiach polskich. XVI-wieczna Polska („kraj bez stosów”), na tle innych państw Starego Kontynentu, była tolerancyjnym i otwartym na przybyszów krajem. Olędrzy byli cennymi osadnikami, gdyż doskonale radzili sobie z powodziami, osuszaniem terenów zalewowych i przystosowaniem ich do upraw rolnych. Religijność menonicka była bardzo praktyczna i przejawiała się m.in. opieką nad starcami i biedakami, zgodnie z regułą: „w naszej wspólnocie opiekujemy się ubogimi w ten sposób, że chorych, biednych, wdowy i sieroty naszej wspólnoty wspieramy radą i czynem tak długo, jak długo brakuje im środków do życia”. Menonici, jak pisze Wojciech Marchlewski w książce „Menonici. Życie codzienne od kuchni”, „jeszcze w XVII wieku postrzegani byli przez swoich sąsiadów jako ludzie o wyjątkowej moralności, surowej obserwie i purytańskich obyczajach. Całkowicie wstrzymywali się od picia alkoholu i palenia tytoniu; używali bardzo skromnych i prostych ubrań w barwach ciemnych i szarych”.
Gaśno jest jedną z ponad 100 miejscowości Mazowsza ujętych w katalogu zabytków osadnictwa holenderskiego w Polsce. Menonici, a także przedstawiciele innych grup wyznaniowych wyrosłych na gruncie reformacji, zmienili nieco strukturę wyznaniową Mazowsza. Choć biskup płocki, Wojciech Baranowski, w 1595 roku zapewniał, że wszyscy mieszkańcy (diecezji płockiej) są katolikami „za wyjątkiem jednego szlachcica z Prus nazwiskiem Finck, który znalazł opiekę u starosty płockiego”, a „w innych miastach województwa płockiego nie ma w ogóle protestantów” oraz twierdził, że „do miast województwa mazowieckiego nie są dopuszczani ani protestanci ani żydzi”, to jednak, głównie za sprawą menonitów, sytuacja miała się zmienić. Zachowane po dziś dzień, na Mazowszu, materialne ślady przybyszów z Fryzji i Niderlandów można znaleźć m.in. na trasie wytyczonego „Olęderskiego Szlaku Turystycznego nad środkową Wisłą”. Żyjący na Mazowszu menonici, z całą pewnością, pozostawili też po sobie duchowe dziedzictwo. Wierzę i oczekuję, że na Mazowszu – dziś największej „białej plamie” na mapie ewangelikalnego chrześcijaństwa – powstawać będą liczne Kościoły (wspólnoty) składające się, według słów Menno Simonsa „z wybranych przez Boga Jego świętych i umiłowanych, którzy obmyli swoje szaty w krwi Baranka, którzy narodzili się z Boga i są prowadzeni Chrystusowym Duchem, którzy są w Chrystusie a Chrystus jest w nich, którzy słuchają Jego Słowa i wierzą mu, a w swej słabości żyją zgodnie z Jego przykazaniami, cierpliwie i w cichości wstępując w Jego ślady”.
Kolonizacja olęderska w Polsce, w tym także na Mazowszu, związana jest bezpośrednio z ruchami reformacyjnymi i emigracją menonitów z terenów Fryzji i Północnych Niderlandów. Nazwa „menonici” pochodzi od jednego z przywódców XVI-wiecznej reformacji, urodzonego we Fryzji, Menno Simonsa (1496-1561). Z całą pewnością tej postaci należy się ważne miejsce w historii Kościoła, obok takich reformatorów jak Ulrich Zwingli (1484-1531), Jan Kalwin (1509-1564) czy Marcin Luter (1483-1546). Osoby identyfikujące się z nurtem holenderskiej reformacji i naukami Menno Simonsa nazywali siebie „braćmi”, a w literaturze poświeconej historii Kościoła określani są też jako anabaptyści („nowochrzczeńcy”).
Menno Simons
Simons urodził się Witmarsum we Fryzji – małej miejscowości położonej kilkanaście kilometrów od Morza Północnego. Był katolickim duchownym i dwanaście lat służył jako parafialny ksiądz, w tym pięć lat w rodzinnym Witmarsum. Odejście od doktryn Kościoła rzymskiego, w przypadku Menno Simonsa, było długim i trwającym kilka lat procesem. O swojej duchowej odnowie wspominał: „Bóg miłosierdzia, przez Swą obfitą łaskę okazaną mi nędznemu grzesznikowi, dotknąwszy mego serca, dał mi nowy umysł, upokorzył mnie w bojaźni przed Nim, pouczył mnie abym siebie poznał, wybawiając z drogi śmierci i łaskawie wezwał mnie na wąską drogę życia, do społeczności z Jego świętymi. Jemu chwała na wieki, amen”. Najprawdopodobniej w styczniu 1536 roku został ochrzczony przez zanurzenie, zgodnie z wprowadzoną w XVI-wieku przez anabaptystów praktyką. Mniej więcej w tym samym czasie ożenił się, a swoje ostatnie 25 lat życia poświecił służbie duszpasterskiej wśród „braci” i głoszeniu prawd Ewangelii. Dużo podróżował przekraczając granicę Niderlandów, przebywał w północno-zachodnich Niemczech (niektórzy podają, że zawitał też do Gdańska), publikował książki i broszury, a o owocach swojej działalności pisał tak: „nie tylko wiele dumnych, upartych serc ukorzyło się, wielu nieczystych stało się czystymi, wielu pijaków porzuciło picie, wielu chciwców stało się hojnymi, wielu okrutnych łagodnymi, a bezbożnych pobożnymi, ale także przez nasze świadectwo, które zwiastujemy, nawróceni, wierni ludzie poświęcili swoje dobra i wydali ciała na tortury i śmierć”.
Niderlandzki (i nie tylko) ruch reformacyjny rozwijał się pośród męczeństwa wielu chrześcijan. O prześladowaniach, podkreślając ich duchową (demoniczną) inspirację, Menno Simons pisał: „Szatan musi oskarżać i mordować, ponieważ, jak uczy Pismo, taka jest jego prawdziwa natura i dzieło”. Więzienie, wymyślne tortury, zmuszanie do aktów seksualnych były tragiczną rzeczywistością z którą musieli zmierzyć się zwolennicy reformacji. Wśród świadectw męczenników znana jest historia, utopionego w beczce, Jorisa Wippe, którego ciało wisiało głową w dół na murze miasta Dortrecht. Wippe w pożegnanych słowach zwracał się do dzieci: „zobowiązuje was, Joos i Hanken, abyście razem z Barbelken, waszą posłuszną siostrą, opiekowali sie waszymi małymi trzema siostrzyczkami i Pierkenem, uczcie ich czytać i pracować, aby wzrastały we wszelkiej sprawiedliwości ku chwale Bożej i zbawieniu swoich dusz”.
Tolerancyjna Polska i arcykatolickie Mazowsze
Niepokojeni (prześladowani) w Europie Zachodniej menonici znajdowali schronienie na ziemiach polskich. XVI-wieczna Polska („kraj bez stosów”), na tle innych państw Starego Kontynentu, była tolerancyjnym i otwartym na przybyszów krajem. Olędrzy byli cennymi osadnikami, gdyż doskonale radzili sobie z powodziami, osuszaniem terenów zalewowych i przystosowaniem ich do upraw rolnych. Religijność menonicka była bardzo praktyczna i przejawiała się m.in. opieką nad starcami i biedakami, zgodnie z regułą: „w naszej wspólnocie opiekujemy się ubogimi w ten sposób, że chorych, biednych, wdowy i sieroty naszej wspólnoty wspieramy radą i czynem tak długo, jak długo brakuje im środków do życia”. Menonici, jak pisze Wojciech Marchlewski w książce „Menonici. Życie codzienne od kuchni”, „jeszcze w XVII wieku postrzegani byli przez swoich sąsiadów jako ludzie o wyjątkowej moralności, surowej obserwie i purytańskich obyczajach. Całkowicie wstrzymywali się od picia alkoholu i palenia tytoniu; używali bardzo skromnych i prostych ubrań w barwach ciemnych i szarych”.
Gaśno jest jedną z ponad 100 miejscowości Mazowsza ujętych w katalogu zabytków osadnictwa holenderskiego w Polsce. Menonici, a także przedstawiciele innych grup wyznaniowych wyrosłych na gruncie reformacji, zmienili nieco strukturę wyznaniową Mazowsza. Choć biskup płocki, Wojciech Baranowski, w 1595 roku zapewniał, że wszyscy mieszkańcy (diecezji płockiej) są katolikami „za wyjątkiem jednego szlachcica z Prus nazwiskiem Finck, który znalazł opiekę u starosty płockiego”, a „w innych miastach województwa płockiego nie ma w ogóle protestantów” oraz twierdził, że „do miast województwa mazowieckiego nie są dopuszczani ani protestanci ani żydzi”, to jednak, głównie za sprawą menonitów, sytuacja miała się zmienić. Zachowane po dziś dzień, na Mazowszu, materialne ślady przybyszów z Fryzji i Niderlandów można znaleźć m.in. na trasie wytyczonego „Olęderskiego Szlaku Turystycznego nad środkową Wisłą”. Żyjący na Mazowszu menonici, z całą pewnością, pozostawili też po sobie duchowe dziedzictwo. Wierzę i oczekuję, że na Mazowszu – dziś największej „białej plamie” na mapie ewangelikalnego chrześcijaństwa – powstawać będą liczne Kościoły (wspólnoty) składające się, według słów Menno Simonsa „z wybranych przez Boga Jego świętych i umiłowanych, którzy obmyli swoje szaty w krwi Baranka, którzy narodzili się z Boga i są prowadzeni Chrystusowym Duchem, którzy są w Chrystusie a Chrystus jest w nich, którzy słuchają Jego Słowa i wierzą mu, a w swej słabości żyją zgodnie z Jego przykazaniami, cierpliwie i w cichości wstępując w Jego ślady”.
wtorek, 2 stycznia 2018
WSPANIAŁE LATA 80. i 90. WYBIERAM NADZIEJĘ!
Koniec lat 80. i początek lat 90. miał dla mnie szczególne znaczenie. Rok 1989 był czasem politycznego przełomu w Polsce. Obserwowanie wydarzeń tamtych dni ukształtowało moją wrażliwość polityczną. Zwycięski ruch „Solidarności” z hasłami demokratyzacji życia, prawdy historycznej czy obywatelskiego działania, wzbudzał nadzieję na lepszą rzeczywistość. Tadeusz Mazowiecki, pierwszy niekomunistyczny premier w powojennej Polsce, był symbolem zmian, które miały przynieść wolność i ukształtować nowy ład społeczny oparty na sprawiedliwości, szacunku, uczciwości i prawdzie. Bez żalu wysłuchałem przemówienia Mieczysława Rakowskiego, który na zakończenie obrad XI Zjazdu Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej (styczeń 1990), powiedział: „Sztandar Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej wyprowadzić”. Partia, która uosabiała komunistyczny reżim przestała istnieć. Miało być po nowemu. Lepiej. Sprawiedliwiej. A nade wszystko mieliśmy zyskać poczucie obywatelskiej wspólnoty.
Przełom lat 80. i 90., poza wydarzeniami politycznymi, przyniósł jeszcze zmiany mojej świadomości religijnej. Poszukiwanie realności Boga stało się ważnym celem życiowym. Tekst Biblii, którą otrzymałem w dniu moich osiemnastych urodzin, miał się stać wkrótce źródłem fascynacji i poznania Tego, którego działanie tak opisywał autor, mojego ulubionego, Psalmu 91: „On sam cię wyzwoli (…) Okryje cię swymi piórami i schronisz się pod Jego skrzydła. Jego wierność – to puklerz i tarcza. W nocy nie ulękniesz się strachu…”.
Wchodząc w dorosłość miałem przywilej obserwować duchowe przebudzenie, którego uczestnikami byli w większości młodzi ludzie (uczniowie szkół podstawowych, średnich i studenci), w tym ci, których znałem z najbliższego otoczenia. Elementem tego ożywienia było zmienione i ukierunkowane na relację z Bogiem życie wielu osób oraz przejawianie się darów duchowych takich jak: mówienie innymi językami, prorokowanie, uzdrawianie czy rozróżnianie duchów. Widziałem ludzi, którzy doświadczali Boga w niezwykły i nieznany mi wcześniej sposób. Słyszałem wypowiadane pod natchnieniem Ducha słowa, które ujawniały ukryte myśli i były odpowiedzią na zmagania i troski oraz przynosiły rozwiązanie tam, gdzie dotąd wydawało się, że nie ma nadziei. Te doświadczenia kształtowały u mnie nowy obraz Boga, który przestał być odległym, niedostępnym i nieosiągalnym bytem. Jawił się On jako ktoś bliski i zainteresowany, aby wprowadzić do mojego życia emocjonalną i duchową stabilizację. Przyszedł taki moment kiedy ciężar grzechu, pod którym żyłem i którego obecności doświadczałem, został usunięty. Świadomość Boga – Ojca i realność Jego łaski, która objawiła się w odkupieńczej śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa, nadała mojej egzystencji nowy kierunek. Zyskałem w życiu cel. Pragnienie kochania i cenienia Chrystusa ponad wszystko, wypełniało mnie i nadawało sens mojej egzystencji.
Inaczej niż z nadziejami politycznymi, które w wielu aspektach okazały się płonne, mogę powiedzieć, że ufność i wiara zakorzenione w Chrystusie wciąż pozostają trwałym fundamentem, na którym chcę budować moją codzienność – tę teraźniejszą i przyszłą. Nie znajduję nic bardziej pewnego niż Jego obecność i przepełnione obietnicami Jego Słowo. Miłość Chrystusa i Jego przebaczenie są najbardziej realnym doświadczeniem w moim życiu. Na różne sposoby, czasami bardzo nieudolnie, próbuję dzielić się prawdą o Jego łasce. Nie należę do elity intelektualnej, finansowej i nie sytuuję się na szczycie drabiny społecznego prestiżu. Moja rzeczywistość, to małe miasteczko w centrum Polski i praca podobna tej, którą wykonuje wielu moich rodaków. Żyję zwyczajnym życiem. Jednak pośród tej „zwyczajności” poczytuję sobie za największy przywilej znać Chrystusa i chcę mówić za Pawłem z Tarsu: „Teraz już nie żyję ja, lecz żyje we mnie Chrystus. Choć nadal prowadzę życie w ciele, jednak obecne moje życie jest życiem wiary w Syna Bożego, który mnie umiłował i samego siebie wydał za mnie. Nie mogę odrzucić łaski danej przez Boga”.
Jestem wdzięczny Bogu, za przywilej poznania Go i doświadczenia tej szczególnej radości, o której pisał psalmista: „O, jak szczęśliwy jest ten, któremu przebaczono nieprawość I którego grzech został zakryty!”. Tę radość znajduję w Jezusie Chrystusie.
Przełom lat 80. i 90., poza wydarzeniami politycznymi, przyniósł jeszcze zmiany mojej świadomości religijnej. Poszukiwanie realności Boga stało się ważnym celem życiowym. Tekst Biblii, którą otrzymałem w dniu moich osiemnastych urodzin, miał się stać wkrótce źródłem fascynacji i poznania Tego, którego działanie tak opisywał autor, mojego ulubionego, Psalmu 91: „On sam cię wyzwoli (…) Okryje cię swymi piórami i schronisz się pod Jego skrzydła. Jego wierność – to puklerz i tarcza. W nocy nie ulękniesz się strachu…”.
Wchodząc w dorosłość miałem przywilej obserwować duchowe przebudzenie, którego uczestnikami byli w większości młodzi ludzie (uczniowie szkół podstawowych, średnich i studenci), w tym ci, których znałem z najbliższego otoczenia. Elementem tego ożywienia było zmienione i ukierunkowane na relację z Bogiem życie wielu osób oraz przejawianie się darów duchowych takich jak: mówienie innymi językami, prorokowanie, uzdrawianie czy rozróżnianie duchów. Widziałem ludzi, którzy doświadczali Boga w niezwykły i nieznany mi wcześniej sposób. Słyszałem wypowiadane pod natchnieniem Ducha słowa, które ujawniały ukryte myśli i były odpowiedzią na zmagania i troski oraz przynosiły rozwiązanie tam, gdzie dotąd wydawało się, że nie ma nadziei. Te doświadczenia kształtowały u mnie nowy obraz Boga, który przestał być odległym, niedostępnym i nieosiągalnym bytem. Jawił się On jako ktoś bliski i zainteresowany, aby wprowadzić do mojego życia emocjonalną i duchową stabilizację. Przyszedł taki moment kiedy ciężar grzechu, pod którym żyłem i którego obecności doświadczałem, został usunięty. Świadomość Boga – Ojca i realność Jego łaski, która objawiła się w odkupieńczej śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa, nadała mojej egzystencji nowy kierunek. Zyskałem w życiu cel. Pragnienie kochania i cenienia Chrystusa ponad wszystko, wypełniało mnie i nadawało sens mojej egzystencji.
Inaczej niż z nadziejami politycznymi, które w wielu aspektach okazały się płonne, mogę powiedzieć, że ufność i wiara zakorzenione w Chrystusie wciąż pozostają trwałym fundamentem, na którym chcę budować moją codzienność – tę teraźniejszą i przyszłą. Nie znajduję nic bardziej pewnego niż Jego obecność i przepełnione obietnicami Jego Słowo. Miłość Chrystusa i Jego przebaczenie są najbardziej realnym doświadczeniem w moim życiu. Na różne sposoby, czasami bardzo nieudolnie, próbuję dzielić się prawdą o Jego łasce. Nie należę do elity intelektualnej, finansowej i nie sytuuję się na szczycie drabiny społecznego prestiżu. Moja rzeczywistość, to małe miasteczko w centrum Polski i praca podobna tej, którą wykonuje wielu moich rodaków. Żyję zwyczajnym życiem. Jednak pośród tej „zwyczajności” poczytuję sobie za największy przywilej znać Chrystusa i chcę mówić za Pawłem z Tarsu: „Teraz już nie żyję ja, lecz żyje we mnie Chrystus. Choć nadal prowadzę życie w ciele, jednak obecne moje życie jest życiem wiary w Syna Bożego, który mnie umiłował i samego siebie wydał za mnie. Nie mogę odrzucić łaski danej przez Boga”.
Jestem wdzięczny Bogu, za przywilej poznania Go i doświadczenia tej szczególnej radości, o której pisał psalmista: „O, jak szczęśliwy jest ten, któremu przebaczono nieprawość I którego grzech został zakryty!”. Tę radość znajduję w Jezusie Chrystusie.
sobota, 30 grudnia 2017
PRZEBACZONE GRZECHY
Po zmartwychwstaniu Pan Jezus spotkał się z uczniami i, w relacji podanej przez autora Ewangelii, „tchnął na nich i powiedział: Przyjmijcie Ducha Świętego. Grzechy tych, którym je przebaczycie, są im przebaczone, a tych, którym je zatrzymacie, są zatrzymane” (J 20,22-23).
W dniach swojej ziemskiej służby Chrystus pozostawił przykład postępowania, jak myślę związany z praktykowaniem powyższego polecenia odnoszącego się „odpuszczania i zatrzymywania” grzechów.
Do sparaliżowanego człowieka, którego przyjaciele przynieśli, by dać mu możliwość spotkania z Jezusem, powiedział: „Człowieku, twoje grzechy zostały ci odpuszczone” (Łk 5,20). Prowadząca niemoralne (grzeszne) życie kobieta, która przyszła, aby rozlać na stopy Jezusa pachnący olejek alabastrowy, usłyszała z Jego ust: „Odpuszczone są jej liczne grzechy, ponieważ bardzo umiłowała” (Łk 7,47). Do innej kobiety przyłapanej na cudzołożnym czynie, kiedy jej oskarżyciele – domagający się ukamienowania – wycofali się ze swojego zamiaru, Pan Jezus powiedział: „Ja też cię nie potępiam: Idź i odtąd już nie grzesz” (J 8,11).
Istotą dzieła Jezusa jest przebaczenie. Z krzyża wybrzmiały takie słowa konającego Jezusa: „Ojcze, przebacz im…”. Odpuszczenie grzechów spotka się z docenieniem u tych, który zasmakowali jego śmiercionośnej siły i zniewolenia.
Żyjący pod ciężarem grzechu mogą doświadczyć pełnego mocy stwierdzenia: „Zostało ci przebaczone”. Dlaczego? Jak to? Ponieważ Jezus umarł i zmartwychwstał. Ponieważ „On sam w swoim ciele zaniósł nasze grzechy na krzyż. Uczynił to po to, abyśmy martwi dla grzechów, żyli dla sprawiedliwości” (1 Ptr 2,24).
Krzyż nie jest wołaniem potępienia dla grzeszników, wręcz przeciwnie, objawia niezmierzoną dobroć i przebaczenie okazywane przez Boga tym, którzy wołają: „Boże, okaż miłosierdzie mnie, największemu z grzeszników”. Czytając słowa Jezusa o „zatrzymywaniu i przebaczaniu grzechów” nie straćmy z oczu prawdy o tym, że Jego działem jest przebaczenie. On wciąż pozostaje Zbawicielem i „przyjacielem celników i grzeszników”.
Kościół wciąż pozostaje tym szczególnym miejscem, w którym grzesznik może usłyszeć pełne nadziei przesłanie: „Wiarygodna to Słowo, warte przyjęcia z całą otwartością, że Chrystus przyszedł na świat, aby zbawić grzeszników” (1 Tm 2,15).
W dniach swojej ziemskiej służby Chrystus pozostawił przykład postępowania, jak myślę związany z praktykowaniem powyższego polecenia odnoszącego się „odpuszczania i zatrzymywania” grzechów.
Do sparaliżowanego człowieka, którego przyjaciele przynieśli, by dać mu możliwość spotkania z Jezusem, powiedział: „Człowieku, twoje grzechy zostały ci odpuszczone” (Łk 5,20). Prowadząca niemoralne (grzeszne) życie kobieta, która przyszła, aby rozlać na stopy Jezusa pachnący olejek alabastrowy, usłyszała z Jego ust: „Odpuszczone są jej liczne grzechy, ponieważ bardzo umiłowała” (Łk 7,47). Do innej kobiety przyłapanej na cudzołożnym czynie, kiedy jej oskarżyciele – domagający się ukamienowania – wycofali się ze swojego zamiaru, Pan Jezus powiedział: „Ja też cię nie potępiam: Idź i odtąd już nie grzesz” (J 8,11).
Istotą dzieła Jezusa jest przebaczenie. Z krzyża wybrzmiały takie słowa konającego Jezusa: „Ojcze, przebacz im…”. Odpuszczenie grzechów spotka się z docenieniem u tych, który zasmakowali jego śmiercionośnej siły i zniewolenia.
Żyjący pod ciężarem grzechu mogą doświadczyć pełnego mocy stwierdzenia: „Zostało ci przebaczone”. Dlaczego? Jak to? Ponieważ Jezus umarł i zmartwychwstał. Ponieważ „On sam w swoim ciele zaniósł nasze grzechy na krzyż. Uczynił to po to, abyśmy martwi dla grzechów, żyli dla sprawiedliwości” (1 Ptr 2,24).
Krzyż nie jest wołaniem potępienia dla grzeszników, wręcz przeciwnie, objawia niezmierzoną dobroć i przebaczenie okazywane przez Boga tym, którzy wołają: „Boże, okaż miłosierdzie mnie, największemu z grzeszników”. Czytając słowa Jezusa o „zatrzymywaniu i przebaczaniu grzechów” nie straćmy z oczu prawdy o tym, że Jego działem jest przebaczenie. On wciąż pozostaje Zbawicielem i „przyjacielem celników i grzeszników”.
Kościół wciąż pozostaje tym szczególnym miejscem, w którym grzesznik może usłyszeć pełne nadziei przesłanie: „Wiarygodna to Słowo, warte przyjęcia z całą otwartością, że Chrystus przyszedł na świat, aby zbawić grzeszników” (1 Tm 2,15).
środa, 27 grudnia 2017
GDZIE JESTEŚ?
W biblijnym opisie upadku człowieka pojawia się pytanie, które zadaje Pan Bóg „przechadzający się po ogrodzie (Edenie) podczas powiewu wiatru”. Pan Bóg woła mężczyznę (Adama) i pyta: „Gdzie jesteś?”. Jego uwaga koncentruje się na nieobecności człowieka w miejscu wyznaczonym mu przez Stwórcę. Pan Bóg zwraca uwagę na fakt, że człowieka nie ma tam, gdzie powinien być.
To ciekawe, bo częściej w historii słyszymy pytanie, które zadają ludzie: „Boże, gdzie jesteś?”. Wraz z tym pytaniem pojawia się cała lista zarzutów: „Gdzie jesteś, kiedy w świecie obecne jest cierpienie, choroba, wojna, przemoc, nienawiść…”.
Problemem świata, w którym żyjemy nie jest nieobecność Boga. Bóg się nie ukrył i nie zataił prawdy o sobie. Paweł z Tarsu dowodzi, że ludzie mają skłonność do zakłamywania prawdy o Bogu, a przecież „to, co można wiedzieć o Bogu, jest dla nich jawne, gdyż Bóg im to objawił. To bowiem, co w Bogu niewidzialne – Jego wiekuista moc oraz boskość – od stworzenia świata staje się widzialne dzięki rozumnemu oglądaniu dzieł Bożych. Dlatego ludzie ci nie mają wymówki”.
Bóg jest tam, gdzie być powinien. Jego dziełem jest zapewnienie człowiekowi nadziei, życia i błogosławieństwa. Pełnia tych dobrodziejstw zawiera się w Chrystusie. Istotą dzieła, które dokonało się w Chrystusie jest to, że jako obcy i wrogowie przez nasze myśli i czyny, zostaliśmy pojednani z Bogiem przez krew Jego krzyża. Lista długów została anulowana. Darowane zostały nam wszelkie grzechy – Bóg usunął je, przybijając do krzyża. Śmierć została pokonana. Życie i przebaczenie triumfuje. Pełne mocy: „Wykonało się!” rozbrzmiewa z kart Ewangelii. Bóg, bogaty w miłosierdzie, objawił pełnię łaski i przebaczenia w Chrystusie. Zwycięstwo pochłonęło śmierć. Tyrania grzechu została złamana. Chrystus rozbroił diabelskie zwierzchności i władze. Wszystko gotowe. Autorzy nowego testamentu na wszelkie sposoby i rozlicznymi słowami rozgłaszają triumf Chrystusa „Pierworodnego spośród umarłych i Władcy królów ziemi, który nas miłuje i który swoją krwią uwolnił nas od naszych grzechów”.
W obliczu Bożego dzieła, zapewniającego zbawienie, życie, przebaczenie, wolność od grzechu i stanowiącego źródło wiecznego błogosławieństwa, pojawia się wciąż aktualne pytanie: „Człowieku, gdzie jesteś?”.
To ciekawe, bo częściej w historii słyszymy pytanie, które zadają ludzie: „Boże, gdzie jesteś?”. Wraz z tym pytaniem pojawia się cała lista zarzutów: „Gdzie jesteś, kiedy w świecie obecne jest cierpienie, choroba, wojna, przemoc, nienawiść…”.
Problemem świata, w którym żyjemy nie jest nieobecność Boga. Bóg się nie ukrył i nie zataił prawdy o sobie. Paweł z Tarsu dowodzi, że ludzie mają skłonność do zakłamywania prawdy o Bogu, a przecież „to, co można wiedzieć o Bogu, jest dla nich jawne, gdyż Bóg im to objawił. To bowiem, co w Bogu niewidzialne – Jego wiekuista moc oraz boskość – od stworzenia świata staje się widzialne dzięki rozumnemu oglądaniu dzieł Bożych. Dlatego ludzie ci nie mają wymówki”.
Bóg jest tam, gdzie być powinien. Jego dziełem jest zapewnienie człowiekowi nadziei, życia i błogosławieństwa. Pełnia tych dobrodziejstw zawiera się w Chrystusie. Istotą dzieła, które dokonało się w Chrystusie jest to, że jako obcy i wrogowie przez nasze myśli i czyny, zostaliśmy pojednani z Bogiem przez krew Jego krzyża. Lista długów została anulowana. Darowane zostały nam wszelkie grzechy – Bóg usunął je, przybijając do krzyża. Śmierć została pokonana. Życie i przebaczenie triumfuje. Pełne mocy: „Wykonało się!” rozbrzmiewa z kart Ewangelii. Bóg, bogaty w miłosierdzie, objawił pełnię łaski i przebaczenia w Chrystusie. Zwycięstwo pochłonęło śmierć. Tyrania grzechu została złamana. Chrystus rozbroił diabelskie zwierzchności i władze. Wszystko gotowe. Autorzy nowego testamentu na wszelkie sposoby i rozlicznymi słowami rozgłaszają triumf Chrystusa „Pierworodnego spośród umarłych i Władcy królów ziemi, który nas miłuje i który swoją krwią uwolnił nas od naszych grzechów”.
W obliczu Bożego dzieła, zapewniającego zbawienie, życie, przebaczenie, wolność od grzechu i stanowiącego źródło wiecznego błogosławieństwa, pojawia się wciąż aktualne pytanie: „Człowieku, gdzie jesteś?”.
WYPACZONY OBRAZ
W dalekim kraju mieszkał sobie pewien artysta-malarz, który z zamiłowaniem oddawał się swojej twórczej pasji. Gdyby powiedzieć o Jego dziełach, że były ładne, to jakby nic nie powiedzieć. Z obrazów emanowało zachwycające piękno. Malarz zawarł w swoich dziełach wszystko to kim sam był. A znany był jako dobry, prawy, odważny, wrażliwy, oddany wszelkiej słusznej i szlachetnej sprawie. Taki właśnie przekaz miały obrazy, które tworzył – były doskonale dopracowane w najmniejszym szczególe i promieniowały urokiem szlachetnej duszy ich twórcy.
Tymczasem w kraju naszego artysty wybuchła wojna, w rezultacie której wszystkie jego dzieła zostały zagrabione. Niektóre zostały całkowicie zniszczone. Ocalałe trafiły w ręce pewnego człowieka, który tak dalece zaingerował w pierwotną treść dzieł, że nie urzekały już one pięknem i doskonałością, ale raczej przemawiały do oglądających swoją brzydotą i niechlujstwem. Niestety za tę brzydotę obwiniano naszego artystę. Negatywne komentarze pojawiały się obficie: „Cóż to za niepasujący do siebie zestaw kolorów!”, „Jakie rozmazane kształty!”, „Ależ okropne obrazy na których widać tylko szarość i czerń…”, „Ich twórca musiał być kompletnym nieudacznikiem”, „Z pewnością nie są to prace zasługujące na jakąkolwiek uwagę. Tragiczne!”.
Mijały miesiące, lata i dekady, które utrwaliły negatywny wizerunek naszego twórcy w opinii kolejnych pokoleń ludzi. W podręcznikach szydzono z braku jakiejkolwiek wrażliwości artystycznej malarza, a prezentowane dzieła stały się synonimem wszystkiego co złe i pozbawione choćby ułamka artyzmu. Nazwisko malarza wypowiadano z politowaniem, złością, pogardą i szyderstwem.
Kiedy imię naszego malarza zostało już całkowicie zszargane i obarczone najgorszymi epitetami pojawił się ktoś, kto twierdził, że jego dalecy przodkowie znali twórcę i zapewniał, że te krytykowane dzieła są tylko jakimś falsyfikatem, który szkodzi prawdziwemu wizerunkowi artysty. Jako dowód pokazywał zachowane zdjęcia oryginalnych obrazów. Choć były to tylko fotografie, to jednak zawierały tak wielki ładunek piękna i doskonałości, że niektórzy oglądający doświadczali szczególnego i wzniosłego „poruszenia serca”, które towarzyszyło im podczas, choćby przelotnego, na nie spojrzenia.
Człowiek, który dysponował zdjęciami oryginalnych obrazów mistrza postanowił stworzyć galerię, nazwaną imieniem artysty, która mogłyby odkłamać rozpowszechniany o malarzu przekaz. Jednak zdecydowanej większości ludzi łatwiej było żyć stereotypami. Utrwalony i negatywny wizerunek naszego twórcy był wygodny dla wszystkich, którzy chcieli w nim widzieć jedynie żałosnego i pozbawionego choćby cienia talentu malarza. Dla większości, nasz mistrz, pozostawał kimś zasługującym na politowanie i był zdecydowanie niewartym zainteresowania, chyba tylko po to, aby dać upust nienawiści i pogardy. Dziwne, że nikt nie chciał podjąć wysiłku, aby zweryfikować swoje niewłaściwe poglądy…
Ta niedoskonała historia chce przekazać ważną treść.
Nieskończenie dobry i doskonały Bóg jest twórcą, który chciał być rozpoznany w dziełach, które stworzył. Tymczasem jego „obrazy” – ludzie – zostały skażone brzydotą grzechu. Ludzie, choć stworzeni na obraz i podobieństwo Boga, stali się „samolubni, rozkochani w pieniądzu, chełpliwi, wyniośli, bluźnierczy, nieposłuszni rodzicom, niewdzięczni, niegodziwi, nieczuli, nieprzejednani, skorzy do oszczerstw, niepohamowani, okrutni, gardzący tym, co dobre, zdradzieccy, bezmyślni, nadęci…”.
Grzech wypaczył prawdę o Bogu, utrwalając negatywny i fałszywy wizerunek samego Stwórcy. Bóg przestał być postrzegany jako źródło miłości, prawdy i dobra. A jednak istnieje możliwość poznania Go takim, jakim jest On naprawdę. Problemem jest fakt, że tylko nieliczni zdobywają się na wysiłek, aby odkryć prawdę o Tym, który chce dać się poznać każdemu kto ma odwagę poddać weryfikacji utrwalone na Jego temat wyobrażenia i poglądy. Jego dzieła, podobnie jak On sam, nie noszą znamion brzydoty, której przejawem są: kłamstwo, wykorzystanie, nienawiść, chciwość, obłuda i wiele innych. Na przestrzeni lat, dekad i wieków, wielu z tych, którzy powoływali się na znajomość Boga i nazywali się Jego „namiestnikami” i „reprezentantami” przekazało fałszywy i wypaczony obraz tego Kim On jest.
Niektórzy „w Imię Boga” nie wahali się mordować i wykorzystywać innych dla swoich prywatnych i samolubnych celów. Ponieważ czynili to z Jego imieniem na ustach, wielu zaczęło te niegodziwości przypisywać samemu Bogu. Jednak był to tylko falsyfikat i tragiczne w skutkach kłamstwo. Aby Go poznać trzeba spojrzeć poza utrwalony stereotyp, choćby ten reprezentowany przez Richarda Dawkinsa: „Bóg Biblii jest prawdopodobnie najmniej przyjazną postacią całej literatury pięknej: zazdrosny i dumny z tej zazdrości; małostkowy, niesprawiedliwy, nie znający przebaczenia pedant; roszczeniowy, krwiopijczy zwolennik czystek etnicznych; mizoginiczny, homofobiczny, rasistowski, mordujący dzieci, ludzi w ogóle, czy też synów w szczególności, zsyłający plagi, megalomański, sadomasochistyczny, kapryśnie manifestujący brak zrozumienia despota”.
Abyśmy mogli przejrzeć i zobaczyć jak jest naprawdę, zostały nam dane Ewangelie. Cztery teksty, których wspólnym tematem jest On – Jezus Chrystus. Jeden z Ewangelistów napisał: „Boga nikt nigdy nie widział. Jednorodzony Bóg, który jest w łonie Ojca, On uczynił Go znanym”. Słuchając słów Jezusa, przyglądając się Jego życiu (dziełom) i uczestnicząc, wraz z autorami Ewangelii, w wydarzeniach jakim były Jego śmierć i zmartwychwstanie, otrzymujemy możliwość dostrzeżenia prawdy o Bogu. Ta prawda przemawia między innymi w takich stwierdzeniach: „Największą miłość okazuje ten, kto swoje życie oddaje za przyjaciół” i „Bóg bowiem tak bardzo ukochał świat, że dał swego Jedynego Syna, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne”.
Uwolnienie od niewoli grzechu przynosi jeszcze jeden skutek – Boży obraz w człowieku może zostać odbudowany, gdyż „każdy kto pozostaje w Chrystusie nowym jest Stworzeniem”. To „nowe stworzenie” – człowiek żyjący w więzi i relacji z Bogiem – jest przemieniane i odnawiane na doskonały obraz Tego, który tchnął życie i objawił swoją chwałę. Żyć w Chrystusie i prezentować właściwy obraz Boga wobec całego stworzenia to cel i zadanie powierzone wszystkim, którzy doświadczyli Jego łaski.
„Stworzenie więc ufnie oczekuje objawienia się synów Bożych (…) w nadziei, że zostanie wyrwane z zepsucia, które je zniewala, do wolności, którą jest chwała dzieci Bożych”
Tymczasem w kraju naszego artysty wybuchła wojna, w rezultacie której wszystkie jego dzieła zostały zagrabione. Niektóre zostały całkowicie zniszczone. Ocalałe trafiły w ręce pewnego człowieka, który tak dalece zaingerował w pierwotną treść dzieł, że nie urzekały już one pięknem i doskonałością, ale raczej przemawiały do oglądających swoją brzydotą i niechlujstwem. Niestety za tę brzydotę obwiniano naszego artystę. Negatywne komentarze pojawiały się obficie: „Cóż to za niepasujący do siebie zestaw kolorów!”, „Jakie rozmazane kształty!”, „Ależ okropne obrazy na których widać tylko szarość i czerń…”, „Ich twórca musiał być kompletnym nieudacznikiem”, „Z pewnością nie są to prace zasługujące na jakąkolwiek uwagę. Tragiczne!”.
Mijały miesiące, lata i dekady, które utrwaliły negatywny wizerunek naszego twórcy w opinii kolejnych pokoleń ludzi. W podręcznikach szydzono z braku jakiejkolwiek wrażliwości artystycznej malarza, a prezentowane dzieła stały się synonimem wszystkiego co złe i pozbawione choćby ułamka artyzmu. Nazwisko malarza wypowiadano z politowaniem, złością, pogardą i szyderstwem.
Kiedy imię naszego malarza zostało już całkowicie zszargane i obarczone najgorszymi epitetami pojawił się ktoś, kto twierdził, że jego dalecy przodkowie znali twórcę i zapewniał, że te krytykowane dzieła są tylko jakimś falsyfikatem, który szkodzi prawdziwemu wizerunkowi artysty. Jako dowód pokazywał zachowane zdjęcia oryginalnych obrazów. Choć były to tylko fotografie, to jednak zawierały tak wielki ładunek piękna i doskonałości, że niektórzy oglądający doświadczali szczególnego i wzniosłego „poruszenia serca”, które towarzyszyło im podczas, choćby przelotnego, na nie spojrzenia.
Człowiek, który dysponował zdjęciami oryginalnych obrazów mistrza postanowił stworzyć galerię, nazwaną imieniem artysty, która mogłyby odkłamać rozpowszechniany o malarzu przekaz. Jednak zdecydowanej większości ludzi łatwiej było żyć stereotypami. Utrwalony i negatywny wizerunek naszego twórcy był wygodny dla wszystkich, którzy chcieli w nim widzieć jedynie żałosnego i pozbawionego choćby cienia talentu malarza. Dla większości, nasz mistrz, pozostawał kimś zasługującym na politowanie i był zdecydowanie niewartym zainteresowania, chyba tylko po to, aby dać upust nienawiści i pogardy. Dziwne, że nikt nie chciał podjąć wysiłku, aby zweryfikować swoje niewłaściwe poglądy…
Ta niedoskonała historia chce przekazać ważną treść.
Nieskończenie dobry i doskonały Bóg jest twórcą, który chciał być rozpoznany w dziełach, które stworzył. Tymczasem jego „obrazy” – ludzie – zostały skażone brzydotą grzechu. Ludzie, choć stworzeni na obraz i podobieństwo Boga, stali się „samolubni, rozkochani w pieniądzu, chełpliwi, wyniośli, bluźnierczy, nieposłuszni rodzicom, niewdzięczni, niegodziwi, nieczuli, nieprzejednani, skorzy do oszczerstw, niepohamowani, okrutni, gardzący tym, co dobre, zdradzieccy, bezmyślni, nadęci…”.
Grzech wypaczył prawdę o Bogu, utrwalając negatywny i fałszywy wizerunek samego Stwórcy. Bóg przestał być postrzegany jako źródło miłości, prawdy i dobra. A jednak istnieje możliwość poznania Go takim, jakim jest On naprawdę. Problemem jest fakt, że tylko nieliczni zdobywają się na wysiłek, aby odkryć prawdę o Tym, który chce dać się poznać każdemu kto ma odwagę poddać weryfikacji utrwalone na Jego temat wyobrażenia i poglądy. Jego dzieła, podobnie jak On sam, nie noszą znamion brzydoty, której przejawem są: kłamstwo, wykorzystanie, nienawiść, chciwość, obłuda i wiele innych. Na przestrzeni lat, dekad i wieków, wielu z tych, którzy powoływali się na znajomość Boga i nazywali się Jego „namiestnikami” i „reprezentantami” przekazało fałszywy i wypaczony obraz tego Kim On jest.
Niektórzy „w Imię Boga” nie wahali się mordować i wykorzystywać innych dla swoich prywatnych i samolubnych celów. Ponieważ czynili to z Jego imieniem na ustach, wielu zaczęło te niegodziwości przypisywać samemu Bogu. Jednak był to tylko falsyfikat i tragiczne w skutkach kłamstwo. Aby Go poznać trzeba spojrzeć poza utrwalony stereotyp, choćby ten reprezentowany przez Richarda Dawkinsa: „Bóg Biblii jest prawdopodobnie najmniej przyjazną postacią całej literatury pięknej: zazdrosny i dumny z tej zazdrości; małostkowy, niesprawiedliwy, nie znający przebaczenia pedant; roszczeniowy, krwiopijczy zwolennik czystek etnicznych; mizoginiczny, homofobiczny, rasistowski, mordujący dzieci, ludzi w ogóle, czy też synów w szczególności, zsyłający plagi, megalomański, sadomasochistyczny, kapryśnie manifestujący brak zrozumienia despota”.
Abyśmy mogli przejrzeć i zobaczyć jak jest naprawdę, zostały nam dane Ewangelie. Cztery teksty, których wspólnym tematem jest On – Jezus Chrystus. Jeden z Ewangelistów napisał: „Boga nikt nigdy nie widział. Jednorodzony Bóg, który jest w łonie Ojca, On uczynił Go znanym”. Słuchając słów Jezusa, przyglądając się Jego życiu (dziełom) i uczestnicząc, wraz z autorami Ewangelii, w wydarzeniach jakim były Jego śmierć i zmartwychwstanie, otrzymujemy możliwość dostrzeżenia prawdy o Bogu. Ta prawda przemawia między innymi w takich stwierdzeniach: „Największą miłość okazuje ten, kto swoje życie oddaje za przyjaciół” i „Bóg bowiem tak bardzo ukochał świat, że dał swego Jedynego Syna, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne”.
Uwolnienie od niewoli grzechu przynosi jeszcze jeden skutek – Boży obraz w człowieku może zostać odbudowany, gdyż „każdy kto pozostaje w Chrystusie nowym jest Stworzeniem”. To „nowe stworzenie” – człowiek żyjący w więzi i relacji z Bogiem – jest przemieniane i odnawiane na doskonały obraz Tego, który tchnął życie i objawił swoją chwałę. Żyć w Chrystusie i prezentować właściwy obraz Boga wobec całego stworzenia to cel i zadanie powierzone wszystkim, którzy doświadczyli Jego łaski.
„Stworzenie więc ufnie oczekuje objawienia się synów Bożych (…) w nadziei, że zostanie wyrwane z zepsucia, które je zniewala, do wolności, którą jest chwała dzieci Bożych”
piątek, 22 grudnia 2017
ZŁY LUTER I DOBRY PAPIEŻ, CZYLI...
Zły Luter i dobry papież,
czyli protestanccy heretycy (schizmatycy, odszczepieńcy) mają wrócić na łono
prawdziwego i jedynego Kościoła.
W różnych „profesjonalnych”
dyskusjach o protestanckiej reformacji przejawia się taki komentarz:
"Świętowanie 500-lecia Reformacji to błąd. Jedynym prawdziwym Kościołem
jest Kościół katolicki". Taka wypowiedź została m.in. przytoczona w
programie TVP „Warto rozmawiać”. Program był wyemitowany 9 listopada i został
opatrzony takim wstępem: Czy katolicy, tak jak papież Franciszek, mają
dziękować za „dary reformacji”, uważając luteranizm za lekarstwo dla Kościoła?
A może tradycyjnie powinniśmy widzieć w Lutrze rozłamowca, heretyka i wcielenia
zła?
Otóż Kościół katolicki nie
jest „jedynym prawdziwym Kościołem”. Nigdy nie był takim. Jeśli mamy
jakikolwiek szacunek do historii, to trzeba uczciwie przyznać, że w pierwszych
wiekach chrześcijaństwa Kościół rzymski (z biskupem Rzymu) istniał równolegle
obok Kościołów w innych miastach, w tym największych miastach cesarstwa:
Antiochii, Efezie, Aleksandrii, Lyonie, Kartaginie, Konstantynopolu i innych.
Prymat biskupa Rzymu, tak
podnoszony przez Kościół katolicki, jest jedynie katolickim poglądem i nie
trzyma się on prawdy historycznej. Przykładowo w III wieku toczył się w
Kościele spór pomiędzy Cyprianem (biskupem Kartaginy) a Stefanem I (biskupem
Rzymu). Władza (autorytet) Rzymu nie rozciągała się na inne miasta
(biskupstwa).
Piotr apostoł nie był też
żadnym pierwszym papieżem. Wystarczy przeczytać tekst nowotestamentowy (Dzieje
Apostolskie, List Pawła do Galatów, Pierwszy i Drugi List Piotra), aby się o
tym przekonać. Jedynie narracja katolicka każe nam wierzyć, że kolejni biskupi
Rzymu byli papieżami - następcami apostoła Piotra. E.E. Cairns w swojej
historii Kościoła („Z chrześcijaństwem przez wieki. Historia Kościoła
powszechnego”) zauważa: „We wczesnym Kościele biskupa Rzymu uważano za jednego
z wielu biskupów, którzy byli sobie równi pod względem rangi, władzy i funkcji.
Między rokiem 313 a 450 biskupa Rzymu zaczęto traktować jako pierwszego wśród
równych. Poczynając jednak od wstąpienia na tron biskupa Leona I w roku 440,
biskup Rzymu zaczął domagać się zwierzchnictwa nad innymi biskupami”.
Różnice w Kościele,
szczególnie te pomiędzy Wschodem a Zachodem istniały od samego początku.
Przykładem są dyskusje o kanoniczności niektórych ksiąg biblijnych. Przykładowo
kanoniczność Listu do Hebrajczyków nie budziła większych wątpliwości w Kościele
Wschodnim, natomiast była obiektem dyskusji w Kościele Zachodnim. Odwrotnie
było z Księgą Objawienia Jana (Apokalipsą).
Do dziś wschodnie
chrześcijaństwo ma w swoim kanonie księgi (np. dwa listy św. Klemensa
Rzymskiego czy Pasterz Hermasa), które nie zaliczane są do natchnionych w
obrębie tzw. Kościoła Zachodniego.
Rzymskie papiestwo z
czasem zyskiwało władzę i wpływy na równi z władzą polityczną, co już samo w
sobie jest, delikatnie mówiąc, czymś obcym nauce Chrystusa i Nowego Testamentu.
Historycy uznają, że Grzegorz zwany Wielkim (540-604 r. n.e.) utwierdził
duchową zwierzchność biskupa Rzymu i uczynił Kościół zachodni potęgą
polityczną, na tyle silną by w późniejszych wiekach kontrolować władzę świecką
(ciekawa koncepcja).
W 1054 roku dokonał się
rozłam pomiędzy Kościołem na Wschodzie i na Zachodzie. Patriarcha
Konstantynopola nałożył klątwę na biskupa (papieża) Rzymu i jego następców.
Wcześniej patriarchę Konstantynopola Michała Cerulariusza wyklął Leon IX.
Historia Kościoła nie jest
historią katolicyzmu. Katolicyzm jest jednym z wielu nurtów szeroko rozumianego
chrześcijaństwa.Czy teologicznie poprawnym? Pozostawiam to sumieniu tych,
którzy są częścią Kościoła rzymskiego.
Reformacja zrodziła się w
środowisku ludzi będących częścią zachodniego chrześcijaństwa. Jej dorobkiem na
gruncie teologicznym było przywrócenie właściwego miejsca Biblii w nauczaniu i
praktyce chrześcijańskiej.
Ja się cieszę z
protestanckiej Reformacji i uznaję w niej wartość dla cywilizacji europejskiej.
Tym samym nie podzielam katolickich głosów jakoby była ona „katastrofą
cywilizacyjną”. Nie podzielam też opinii profesora Johna Rao z nowojorskiego
Uniwersytetu Świętego Jana, który stwierdził, że „protestantyzm to straszliwa
katastrofa, której założenia i skutki nie są do pogodzenia z Kościołem
(katolickim). Protestanci są o tyle na złej drodze, o ile z własnej woli
podążają za ideami protestantyzmu. Katolicy zaś są o tyle na dobrej drodze, o ile
za tymi ideami nie podążają”.
Kiedyś jeden z portali
historycznych wyprodukował koszulkę z podobizną Lutra i napisem „Nie płakałem
po papieżu”. Nie wiem czy Luter wypowiedział takie słowa, ale z perspektywy
historycznej przyznaję rację takiemu sformułowaniu. Co nie znaczy, że w
tradycji katolickiej nie znajduję nic godnego uwagi. Staram się widzieć
historię Kościoła w całym i szerokim jej spektrum. Natomiast przekonania i
praktykę wiary chcę czerpać ze źródła jakim jest Biblia. Dlatego protestancka
zasada „Sola scriptura” jest mi niezwykle bliska.
poniedziałek, 18 grudnia 2017
PAWEŁ Z TARSU - PO PROSTU Z JEZUSEM ŻYĆ
Przez wiele lat trudził się, by uczynić poselstwo o Jezusie – ukrzyżowanym i
zmartwychwstałym – znanym w ówczesnym społeczeństwie. Przemierzył tysiące
kilometrów. Odbył liczne podróże piesze i drogą morską. Dotarł (prawdopodobnie)
aż do Hiszpanii. Założył wiele wspólnot chrześcijańskich, w tym te znane z
tekstu Nowego Testamentu: w Koryncie, Efezie, Tesalonice czy Filippi. Zwalczał
szerzące się w Kościele herezje. Był zaangażowany we wsparcie materialne na
rzecz ubogich chrześcijan w Jerozolimie. Miał ogromne osiągnięcia w służbie
uzdrawiania chorych, przez jego ręce Bóg objawiał niezwykłą moc. Odważnie
składał świadectwo o Jezusie przed możnymi ówczesnego świata. Pod wpływem jego
nauki, już w czasie jego życia, znajdowało się tysiące osób.
Tak w skrócie można przedstawić życie Pawła z Tarsu.
U kresu swoich dni zapisał, gorzko brzmiące, słowa: „Wszyscy mnie opuścili”.
Czy stracił coś ze swojej apostolskiej gorliwości? Czy odszedł od prawd, które z takim oddaniem głosił w miastach Imperium Romanum? Czy popadł w grzech, który zrujnował jego opinię w oczach innych wierzących? Nic z tych rzeczy.
Temu gorzkiemu wyznaniu: „Wszyscy mnie opuścili” towarzyszyły też takie słowa: „Toczyłem piękny bój. Bieg ukończyłem. Wiarę - zachowałem. Teraz czeka na mnie wieniec sprawiedliwości, który w tym Dniu da mi Pan, sędzia sprawiedliwy”.
Najwyraźniej uznanie w oczach ludzi nie zawsze idzie w parze z Bożą aprobatą.
Życie apostoła Pawła – Żyda, faryzeusza, obywatela Rzymu, a przede wszystkim apostoła Chrystusa Jezusa - uczy, że największą wartością jest aprobata Tego, którego Królestwo sięga poza doczesność i znikomość tego wieku.
Ludzka przychylność i uznanie to przemijające dobra. Dziś możesz być „cenionym i poważanym”, jutro opuszczonym i lekceważonym przez tych samych, którzy okazywali ci zainteresowanie. O tę aprobatę nie warto zabiegać. Jest jednak uznanie, o które należy się troszczyć i jego pragnąć. Tym uznaniem jest Boża przychylność i Jego pochwała. Jak nią zyskać? Ze wszystkich listów Pawła, które nam pozostawił, przebija się takie oto proste stwierdzenie: „w Chrystusie”. Istotą Bożej aprobaty jest „być w Chrystusie”. Nie można się rozczarować, jeśli nasze życie powierzymy Jemu i zbudujemy je wokół relacji i bliskości z Chrystusem. Wszystko inne to „gonitwa za wiatrem”.
Życia w Chrystusie, tak po prostu – zwyczajnie i codziennie, życzę sobie i innym.
Tak w skrócie można przedstawić życie Pawła z Tarsu.
U kresu swoich dni zapisał, gorzko brzmiące, słowa: „Wszyscy mnie opuścili”.
Czy stracił coś ze swojej apostolskiej gorliwości? Czy odszedł od prawd, które z takim oddaniem głosił w miastach Imperium Romanum? Czy popadł w grzech, który zrujnował jego opinię w oczach innych wierzących? Nic z tych rzeczy.
Temu gorzkiemu wyznaniu: „Wszyscy mnie opuścili” towarzyszyły też takie słowa: „Toczyłem piękny bój. Bieg ukończyłem. Wiarę - zachowałem. Teraz czeka na mnie wieniec sprawiedliwości, który w tym Dniu da mi Pan, sędzia sprawiedliwy”.
Najwyraźniej uznanie w oczach ludzi nie zawsze idzie w parze z Bożą aprobatą.
Życie apostoła Pawła – Żyda, faryzeusza, obywatela Rzymu, a przede wszystkim apostoła Chrystusa Jezusa - uczy, że największą wartością jest aprobata Tego, którego Królestwo sięga poza doczesność i znikomość tego wieku.
Ludzka przychylność i uznanie to przemijające dobra. Dziś możesz być „cenionym i poważanym”, jutro opuszczonym i lekceważonym przez tych samych, którzy okazywali ci zainteresowanie. O tę aprobatę nie warto zabiegać. Jest jednak uznanie, o które należy się troszczyć i jego pragnąć. Tym uznaniem jest Boża przychylność i Jego pochwała. Jak nią zyskać? Ze wszystkich listów Pawła, które nam pozostawił, przebija się takie oto proste stwierdzenie: „w Chrystusie”. Istotą Bożej aprobaty jest „być w Chrystusie”. Nie można się rozczarować, jeśli nasze życie powierzymy Jemu i zbudujemy je wokół relacji i bliskości z Chrystusem. Wszystko inne to „gonitwa za wiatrem”.
Życia w Chrystusie, tak po prostu – zwyczajnie i codziennie, życzę sobie i innym.
piątek, 15 grudnia 2017
BŁOGOSŁAWIEŃSTWO
Bóg jest tym, który błogosławi. W tekście biblijnym traktującym o „dziejach
stworzenia nieba i ziemi” (Rdz 2,4) Bóg błogosławi istoty żyjące i człowieka.
Jego błogosławieństwo jest wyrazem przychylności, łaski, miłości, upodobania i
stanowi o szczególnej więzi pomiędzy Nim a tymi, którzy są powołani do życia z
Jego woli.
Bóg błogosławi: Adama i Ewę, Noego i jego rodzinę, Abrama i
w nim wszystkie narody ziemi, Izmaela, Izaaka, Jakuba i Józefa. Błogosławieni
przekazują błogosławieństwo innym, wśród nich są ojcowie (rodzice), którzy błogosławią
swoich synów i córki. Wśród zapisanych na kartach Księgi Rodzaju
błogosławieństw są słowa, podeszłego wiekiem Jakuba, skierowane do Józefa:
„Józef jak drzewo owocowe, jak
drzewo owocowe przy źródle, jego gałązki pną się po murze. Pomnożą się
jego prześladowcy, nękać go będą łucznicy. Jednak łuk jego pozostanie mocny i
silne jego ramiona, dzięki potężnemu Bogu Jakuba, Pasterzowi, Skale Izraela. Bóg
twego ojca będzie ci pomagał, Bóg Wszechmocny ci pobłogosławi:
błogosławieństwami nieba z góry, błogosławieństwami głębin leżących na dole,
błogosławieństwami piersi i łona. Błogosławieństwa twego ojca będą mocniejsze
od błogosławieństw gór odwiecznych, od wspaniałości dawnych pagórków. Niech
spłyną one na głowę Józefa, na głowę księcia wśród swoich braci”.
Wciąż jest wiele przestrzeni, aby błogosławić. Kogo? Kiedy?
Gdzie? Każdego, zawsze i wszędzie. Dlaczego? Ponieważ taka jest Boża natura,
wszak „On sprawia,
że słońce wschodzi dla złych i dobrych i zsyła deszcz dla sprawiedliwych i
niesprawiedliwych”.
środa, 22 listopada 2017
SIŁA GRZECHU I MOC ODKUPIENIA
![]() |
| Kadr z filmu pt. "Zniewolony" |
Ludzka niegodziwość to smutny fakt historyczny i stały element teraźniejszości.
Nienawiść, segregacja rasowa, chciwość, morderstwo to
niechlubne owoce niezależności i niewdzięczności wobec Boga. Zaślepieni i
zachłyśnięci własną „wielkością” od pokoleń wołamy: „Nie potrzebujemy Ciebie
Boże! Chcemy urządzać świat po swojemu!”. Tam, gdzie poszanowanie Boga
przestaje być wartością pojawiają się: „niesprawiedliwość, zło, niegodziwość,
zazdrość, chęć mordu, niezgoda, podstęp, złośliwość, oszczerstwo” i wiele
innych. Lista tych „owoców” została szeroko przedstawiona w Liście do Rzymian
autorstwa Pawła z Tarsu.
„Lecz”
Pośród tej całej listy niegodziwości, będących udziałem
człowieka, pojawia się pełne mocy nowotestamentowe stwierdzenie: „LECZ”.
Uwikłani we wszelkie możliwe zło, jako „chodzące trupy” – niezdolni do
czynienia tego co dobre – możemy usłyszeć takie oto słowa: „Lecz Bóg, hojny w swym
miłosierdziu, kierując się swą wielką miłością, którą nas obdarzył, i to nas,
martwych z powodu upadków, ożywił wraz z Chrystusem. Bo z łaski zbawieni
jesteście”.
Pośród „przytłaczającej mocy ciemności” i wszelkiego, nawet
najgorszego zła, wciąż przemawiają słowa zapisane w Liście do Rzymian: „Bóg
natomiast daje dowód swej miłości do nas przez to, że gdy jeszcze byliśmy
grzesznikami, Chrystus za nas umarł”. To jest niepojęte.
To za sprawą krzyża (śmierci i zmartwychwstania) Jezusa
rozlega się donośny okrzyk: „Oto wszystko czynię nowym!”.
Historia ludzkości to z jednej strony opowieść o ludzkiej
niemoralności i degeneracji, z drugiej zaś o niezwykłym odkupieniu, w którego
centrum pozostaje osoba Jezusa Chrystusa. Bóg nas „wrogo nastawionych,
pochłoniętych czynieniem zła, pojednał w ziemskim ciele Jezusa przez Jego
śmierć, aby postawić nas przed sobą jako świętych, nieskazitelnych i
nienagannych”.
Wzburza mnie ogrom ludzkiej niegodziwości, w tym tej mojej
własnej. Lecz nie mogę przejść obojętnie wobec wielkości i mądrości Boga, który
„w Chrystusie świat ze sobą jedna, nie poczytując ludziom ich upadków”.
Tej niezwykłej, zbawiającej i odkupieńczej łaski,
doświadczył kiedyś pewien zdemoralizowany handlarz niewolników – John Newton.
Kiedy znalazł przebaczenie dla swoich grzechów, napisał znany hymn „Cudowna
łaska” (ang. „Amazing grace”):
Cudowna Boża łaska ta
Zbawiła z grzechów mnie
Zgubiony nędzny byłem ja,
Lecz teraz cieszę się.
Zbawiła z grzechów mnie
Zgubiony nędzny byłem ja,
Lecz teraz cieszę się.
Ta łaska wlała Boży strach
W kamienne serce me
I wtedy zobaczyłem w łzach,
Żem na przepaści dnie.
W kamienne serce me
I wtedy zobaczyłem w łzach,
Żem na przepaści dnie.
Lecz łaska podźwignęła mnie
I naprzód wiedzie wciąż
Przez ciemne i burzliwe dnie
Tam gdzie Ojcowski dom.
I naprzód wiedzie wciąż
Przez ciemne i burzliwe dnie
Tam gdzie Ojcowski dom.
O, Boże dzięki, dzięki Ci
Za cudną łaską Twą
Do nóg Twych padam w kornej czci,
Niebiosa chwałą brzmią
Za cudną łaską Twą
Do nóg Twych padam w kornej czci,
Niebiosa chwałą brzmią
W upadłym i pełnym
niegodziwości świecie ludzkiej chciwości wypatruję „zadziwiającej łaski Bożej”.
Ta łaska wciąż jest skuteczna wobec zbrodni, nienawiści i wszelkiego grzechu.
Wiem, bo sam doświadczyłem tej łaski.
NADZIEJA
Wśród przyszłych wydarzeń jest też takie, które autorzy biblijni nazywają "Dniem Pana", w którym, według słów zapisanych w Drugim Liście Piotra, "podstawy świata stopnieją w ogniu, ziemia odpowie za swoje działania i człowiek zda sprawę ze swoich dokonań" (Nowe Przymierze, przekład Piotra Zaręby).
"Ten Dzień" nadejdzie jak "złodziej w nocy". Choć nieoczekiwanie, to jednak nie bez zauważalnych rezultatów. Ów Dzień zakończy stary porządek rzeczy i wyznaczy początek nowej rzeczywistości. Tą rzeczywistością, oczekiwaną i upragnioną przez chrześcijan, jest "nowe niebo i nowa ziemia, w których mieszka sprawiedliwość".
W tej nadchodzącej nowej rzeczywistości, w której ukazane zostanie całe piękno Bożego odkupienia, kiedy "nie będzie już śmierci ani bólu, krzyku ani znoju (...) i nic przeklętego", zostaną ogłoszone słowa: "Zbawienie, chwała i moc należą do naszego Boga, gdyż słuszne są Jego wyroki (...) Pan, nasz Wszechmogący Bóg, objął panowanie!".
Smutek, cierpienie, choroba, śmierć należą do "starego porządku", który przeminie. Radość, uzdrowienie, życie i błogosławieństwo to obietnica Tego, który ogłosił: "Oto wszystko czynię nowym".
Tak więc pozostaje NADZIEJA, a "nadzieja nie może zawieść, ponieważ miłość Boga wypełniła nasze serca przez Ducha Świętego, który jest nam dany".
"Ten Dzień" nadejdzie jak "złodziej w nocy". Choć nieoczekiwanie, to jednak nie bez zauważalnych rezultatów. Ów Dzień zakończy stary porządek rzeczy i wyznaczy początek nowej rzeczywistości. Tą rzeczywistością, oczekiwaną i upragnioną przez chrześcijan, jest "nowe niebo i nowa ziemia, w których mieszka sprawiedliwość".
W tej nadchodzącej nowej rzeczywistości, w której ukazane zostanie całe piękno Bożego odkupienia, kiedy "nie będzie już śmierci ani bólu, krzyku ani znoju (...) i nic przeklętego", zostaną ogłoszone słowa: "Zbawienie, chwała i moc należą do naszego Boga, gdyż słuszne są Jego wyroki (...) Pan, nasz Wszechmogący Bóg, objął panowanie!".
Smutek, cierpienie, choroba, śmierć należą do "starego porządku", który przeminie. Radość, uzdrowienie, życie i błogosławieństwo to obietnica Tego, który ogłosił: "Oto wszystko czynię nowym".
Tak więc pozostaje NADZIEJA, a "nadzieja nie może zawieść, ponieważ miłość Boga wypełniła nasze serca przez Ducha Świętego, który jest nam dany".
Subskrybuj:
Posty (Atom)











